Obraz artykułu Błękit w zieleni. Jazz, zjawy i sens życia

Błękit w zieleni. Jazz, zjawy i sens życia

80%

Bill Evans ukończył komponowanie utworu "Blue in Green" o piątej rano w dniu, w którym wraz z między innymi Milesem Davisem i Johnem Coltranem wszedł do studia, by nagrać jeden z najważniejszych albumów w historii jazzu - "Kind of Blue". Przez całą noc ogrywał w kółko kilka taktów, wprowadzając się w niemal w hipnotyczny stan i trudno nie odnieść wrażenia, że komiks zatytułowany na część tego utworu próbuje wywołać zbliżoną aurę świtu po nieprzespanej, gorączkowej nocy.

Muzykę da się wychwycić w niemal każdym szeleście przerzucanych stron. Kiedy mijamy próg Becker's, od razu trafiamy do jednego z tych zadymionych jazzowych klubów, od jakich aż roi się w popkulturze. Kiedy Erik (główny bohater) odnajduje w rodzinnym domu swój pierwszy saksofon i zaczyna na nim z czułością grać, obserwujemy na kilku małych kadrach ułożonych na tle przypominającym negatyw strony z nutami jego wyginającą się sylwetkę i zbliżenia na detale - zupełnie jakby dźwięk mógł przybrać fizyczną postać.

 

Muzyka zostaje zamanifestowana nawet w subtelniejszy sposób - jako kadr przypominający płytę winylową albo umieszczone co kilka stron na pierwszym lub odleglejszym planie instrumenty, okładki czy plakaty. To także ona posuwa wydarzenia naprzód, a przynajmniej te w zakresie przemian zachodzących w postawie Erika Dietera, człowieka noszącego znamię zmarnowanego talentu, który w pełnych salach grywa tylko wtedy, kiedy prowadzona przez niego klasa stawia się na zajęcia w pełnym składzie.

Na początku "Błękitu w zieleni" wraca w rodzime strony po śmierci matki, a mimowolna podróż w czasie stopniowo wyzwala w nim młodzieńczą pasję do muzyki, co zostaje symbolicznie ukazane jako odzyskanie wigoru i wejście w pierwszą bliską, fizyczną relację z kobietą od lat. Skonfrontowanie dzisiejszego siebie z przeszłym wyzwala szereg przemyśleń, prowadzi do gorzkich wniosków na temat życia (pełno w nim nic nieznaczących chwil) i refleksji dotyczącej ukształtowania - czy raczej zaprogramowania - przez rodziców (wiodłem życie zbudowane na cudzym strachu. Wiecznie ścigałem cudzą wielkość).

 

Kiedy oś fabularna zostaje ustabilizowana, wyłaniają się dwa główne wątki - talent i dziedziczenie. Pierwszy scenarzysta Ram V ukazuje w nieco romantyzowany sposób, jako dar gwarantujący wybitność, o ile pozwolić mu rozkwitnąć. Faktycznie jednak wielu muzyków ceni go nisko, nie trzeba zresztą daleko szukać, tak wypowiadał się Bill Evans: Talent jest bezwartościowy, a wielu twórców traktuje siebie bez wartości. Co w takim razie, jeżeli nie talent? Na to słynny pianista również miał odpowiedź: Bardziej pociągają mnie artyści, którzy rozwijali się przez lata, stali się lepszymi i pełniejszymi muzykami. Wierzę w to, co jest rozwijane poprzez ciężką pracę. Warto o tym przypominać, bo nic z większą siłą nie odbiera młodym artystom i artystkom mobilizacji do działania od przeświadczenia, że urodzili się bez mistycznego genu, który pozwoliłbym niewielkim wysiłkiem rzucać tłumy na kolana.

Wątek dziedziczenia ma bardziej metafizyczny wymiar. Erik zaczyna odkrywać prawdę o swojej rodzinie dopiero po śmierci matki, a zgłębianie jej wkrótce staje się obsesją. Ram V potrafi wciągnąć w tę podróż także czytelników/czytelniczki, bo w przywoływanych przez niego wspomnieniach (zarówno przekazywanych ustnie, jak i zaklętych w przedmiotach), kryje się wiele uniwersalnych prawd. Podobnie jednak jak od każdej strony emanuje muzyka, towarzyszy jej także dziwny rodzaj grozy, którego źródła nie da się od razu zidentyfikować.

"Błękit w zieleni" od pierwszych stron wydaje się osadzony w estetyce horroru, choć treść jednoznacznie wskazuje na dramat. Z czasem Erik zostaje jednak nawiedzany przez tajemniczego upiora, który próbuje wyrządzić mu krzywdę nie tyle w sposób fizyczny, co obnażając prawdę. Na podobnej zasadzie, na jakiej odebranie możliwości dalszego okłamywania siebie było kluczowym momentem "Kto się boi Virginii Woolf?", tak i tutaj realną grozę wzbudza to, co po prostu obiektywnie istnieje (lub nie istnieje). Sama zjawa jest natomiast czymś na miarę Babadooka z filmu Jennifer Kent - personifikacją obaw i trudów, z jakimi boryka się główny bohater.

 

Ram V w konwencji arthouse'owego horroru, który stanowiłby idealny materiał na film studia A24, nie jest może aż tak intrygujący, jak w "Dzikim lądzie", horrorze historycznym, który ukazał się w Polsce dwa lata temu, ale atutem, który wyróżnia "Błękit w zieleni" i nawet po przeczytaniu każe do niego wracać są rysunku Ananda RK, czyli Ananda Radhakrishnana - indyjskiego twórcy o niezwykle bogatym w ornamentykę i techniki stylu, który przypomina prace Aarona Campbella ("Infidel") czy przede wszystkim Martina Simmondsa ("Departament Prawdy").

Już pierwsza strona zachwyca szeregiem pomysłów. Budynek na jej szczycie przypomina rysunek architektoniczno-budowlany, tworzony od linijki, symetryczny i przejrzysty, z kolorami nałożonymi tak cienką warstwą, że nie przykrywają nawet najcieńszej linii umieszczonej pod spodem. Jego dolna część nie została jednak ukończona - kilka postaci wędruje po lekko przybrudzonej bieli, a na nieco bliższym planie unoszą się pożółkłe liście. W dwóch pozostałych kadrach można z kolei ujrzeć sylwetki w przybliżeniu. Drugoplanowe z pierwszego wyglądają jak wycięte kawałki papieru wklejone na zasadzie kolażu; na drugim widnieje mężczyzna skąpany w mocno kontrastującym ze światłem za jego plecami cieniu, narysowanym za pomocą długich linii.

 

Można do tego dorzucić jeszcze realistyczne twarze w bliższych perspektywach; zastosowanie akwareli; minimalne przesunięcia w nakładaniu barw przypominające druk risografem; rzadko wykorzystywane we współczesnym komiksie granie samym liternictwem (na przykład w postaci rozsypujących się liter, gdy myśli Erika kierują się w ponure rewiry); a także szeroką rozpiętość rożnego rodzaju przejść pomiędzy kadrami - zawieszający upływ czasu dla mocniejszego wydźwięku sceny aspekt do aspektu, minimalne przesunięcia w chwili do chwili i tak dalej. Wizualny przepych do tego stopnia zawłaszcza uwagę, że niekiedy trudno skupić się na treści, ale gdyby go "ugrzecznić", scenariusz mógłby okazać się niewystarczającym atutem, by "Błękit w zieleni" zapadł w pamięci na dłużej.

 

Chociaż talent jest cechą wrodzoną i niezmienną, a sposób wychowania można modyfikować, ani na jedno, ani na drugie jako młoda osoba nie mamy wpływu, a w dodatku obydwa mogą stać się w przyszłości zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. W świecie muzyki czy sportu mnóstwo jest historii o błyskotliwych młodzieńcach, którzy osiedli na laurach i zostali prześcignięci przez mniej utalentowane, ale pracowite osoby. Jeszcze więcej można odnaleźć takich, gdzie dom okazywał się dla kogoś kulą u nogi, a doświadczenia pierwszych lat życia przełożyły się na wszystkie późniejsze. "Błękit w zieleni" doskonale ukazuje to wewnętrzne skonfliktowanie, ale przewrotnie intensywniej przemawia za pomocą formy niż treści. Potrafi wprawić w zadumę zarówno na poziomie refleksji nad własną biografią, jaki i podziwiania wyjątkowego dzieła artystycznego, a jak jeszcze do tego kochacie jazz, to absolutnie nie możecie tego tytuły przegapić.


Błękit w zieleni

Tytuł oryginalny: Blue in Green

Polska, 2022

Kboom

Scenariusz: Ram V

Rysunki: Anand RK



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły o muzyce