Obraz artykułu The Soft Moon: Nie muszę już uciekać się do wewnętrznych tortur czy auto-sabotażu

The Soft Moon: Nie muszę już uciekać się do wewnętrznych tortur czy auto-sabotażu

Postpunkowo-industrialny The Soft Moon od kilku lat ma w Polsce spore grono słuchaczy, a po raz pierwszy wystąpił nad Wisłą podczas Soundrive Festival 2013. Nowy album ("Exister") zarówno zadowoli starych fanów, jak i przyciągnie nowych, mieni się wieloma barwami, jest bardziej zróżnicowany niż poprzednie, a zarazem skrajnie osobisty. Dlaczego akurat ten kierunek? Na to i inne pytania odpowiedział Luis Vasquez.

Łukasz Brzozowski: Często miewasz dni, kiedy czujesz się zupełnie inaczej niż zazwyczaj?

Luis Vasquez: Z reguły moje dni są bardzo normalne. Cenię sobie porządek. Kiedy szykuję się do wyjazdu w trasę, muszę załatwić mnóstwo spraw, ale samo życie w drodze to już inna sprawa. Bardzo często towarzyszy mi wtedy chaos, robię pięć rzeczy na minutę, jestem ciągle zmęczony. Dlatego lubię, kiedy moje prywatne życie jest kontrastem do tego scenicznego.

 

Czasami się lenię, czasami robię coś dla siebie - lubię tę swobodę. Bywają momenty, gdy moi znajomi narzekają, że nie spędzam z nimi zbyt wiele czasu, ale w życiu zdarza się tak, że chęć odpoczynku wygrywa z zabawą. Jest to tym fajniejsze, że po koncertach z reguły ciągle z kimś gadam, dlatego potrzebuję resetu po powrocie do normalnego świata.

Często trafiałem na wypowiedzi muzyków, którzy podkreślali, że przy częstych trasach i regularnym cyklu wydawniczym łatwo stracić znajomych.

Niestety to prawda, choć kiedyś uznawałem tego typu głosy za stereotypowe. W moim przypadku sytuacja wygląda jeszcze trudniej, ponieważ po latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych wyprowadziłem się do Włoch, spędziłem tam rok, a następnie trafiłem do Berlina na sześć lat. Nie żałuję żadnej z tych decyzji, ale bardzo bolało mnie odcięcie od rodziny czy bliskich znajomych. Widywałem się z nimi tylko przy okazji koncertów granych w ich okolicy albo w okresie świątecznym. Czasami dawało mi to w kość, chciałoby się zmniejszyć dystans między nami.

 

Wielu przyjaciół patrzy na mnie inaczej niż kiedyś, twierdzą, że nieco się zmieniłem. Nie są w błędzie - przez ostatnich kilka lat w moim życiu wydarzyło się mnóstwo rzeczy, mieszkałem w różnych miejscach, obracałem się w różnych kręgach towarzyskich. Jeśli już masz coś w głowie i sporo podróżujesz, z automatu nasiąkasz pewnymi rzeczami, przestajesz być zwyczajnym chłopaczkiem z małego miasta. Jakiś czas temu wróciłem do Stanów i kiedy mam dużo roboty - jak teraz - znajomi są zdziwieni, nie przywykli do tego, nie znali od podszewki mojego berlińskiego trybu życia, który w dużej mierze polegał na ciągłym zasuwaniu. Nic dziwnego, w końcu widywali mnie tylko podczas okazjonalnych, bardzo luźnych wizyt na starych śmieciach [śmiech].

Dzisiaj mogę opisywać swoje emocje na sposoby, o jakich wcześniej chyba nie miałem pojęcia.

Lubisz, kiedy najbliżsi zauważają zmiany?

Jak najbardziej. Mam wrażenie, że doceniają mnie jeszcze bardziej niż kiedyś [śmiech]. Sam zachowywałbym się bardzo podobnie, gdyby tego typu los spotkał któregoś z moich najbliższych przyjaciół. Jak tu nie dopingować ważnej dla ciebie osoby, jeśli zdobywa rozgłos, jest zadowolona z tego, co robi i cały czas pnie się w górę?

 

W trakcie prac nad bardzo tanecznym klipem do "Become the Lies" wspomniałeś, że nigdy nie czułeś się równie wolny - w jaki sposób to odkryłeś?

Wydaje mi się, że ta wypowiedź nie dotyczyła wyłącznie prac nad klipem - choć w jakiś sposób na pewno - ale przede wszystkim wniosków, do których doszedłem przy tworzeniu "Exister". Ewolucja The Soft Moon zawsze polegała na poznawaniu siebie, rozliczaniu się z własnymi traumami, akceptacją konkretnych życiowych stanów i ciągle powracającego pytania: Dlaczego jestem tak pojebany?

 

Nowa płyta stanowi swoisty kamień milowy w tych poszukiwaniach, przyszły z nią zupełnie inne emocje niż te, które zazwyczaj odczuwałem. Nabrałem pewności siebie, może nawet radości, a do tego zacząłem używać znacznie bardziej zróżnicowanych form ekspresji. Dzisiaj mogę opisywać swoje emocje na sposoby, o jakich wcześniej chyba nie miałem pojęcia. Między innymi dlatego teledysk do "Become the Lies" powstał w takiej formie - skoro mogę opowiedzieć więcej muzycznie, nie mam obaw, by przełożyć to na wizualny aspekt twórczości.

Ale nigdy wcześniej nie poszedłeś w tak ekspresyjne rejony jak w tym teledysku - nie stresowało cię to?

Trochę tak, to było coś nowego, ale pomysł nie narodził się w pięć minut. Chciałem zrobić coś podobnego już na wysokości "Deeper", czyli ponad siedem lat temu, ale zawsze odkładałem to na bok, musiałem poczekać na odpowiedni moment. Poza tym moje występy nie są ospałe. Zdarza mi się trochę tańczyć czy podrygiwać, choć wygląda to znacznie bardziej rockowo, ponieważ trzymam gitarę [śmiech]. Zawsze miałem w sobie ten pierwiastek, a wyzwolenie go w teledysku dało mi poczucie maksymalnej wolności.

 

Wolność to nie tylko piękno i swoboda, ale także jej konsekwencje. Nie odnosisz wrażenia, że wiele osób o tym zapomina?

Zgadzam się. Nie chciałbym generalizować, ale wiele osób podchodzi do wolności w bardzo niedojrzały sposób, myśli o niej tylko w kategoriach robienia tego, na co ma się ochotę. Kiedy wspominasz o wolności, od razu cofam się w myślach do czasów berlińskich. Ludzie pracują tam jakby mniej, są trochę luźniejsi, dlatego sporo imprezowałem i naprawdę świetnie się bawiłem, ale nie zawsze było różowo. W pewnym momencie poczułem przeładowanie bodźcami i stopniowo zacząłem ponosić konsekwencje wolności. Można powiedzieć, że zacząłem nieco sabotować własne życie, dlatego warto mieć jakiś imperatyw albo cokolwiek, co powstrzyma cię przed absolutnym pójściem na całość. Brzmi fajnie, ale to tylko pozory, lepiej się pilnować i nie przesadzać - inaczej można nawet stracić życie.

 

Sabotowanie własnego życia brzmi bardzo poważnie.

Wyniosłem z tego cenną lekcję. Przesadzałem z różnymi substancjami, nie wylewałem za kołnierz, a w dodatku czasami znajdowałem się w centrum niebezpiecznych sytuacji, które mogły skończyć się poważnymi uszczerbkami na zdrowiu fizycznym.

 

Czasami trzeba zebrać parę ciosów od życia - niekoniecznie fizycznych - by wygrzebać się z niefajnych sytuacji.

Kiedy mieszkałem w Berlinie, w moim życiu doszło do przełamania granic, o których nawet nie myślałem i nie było to dobre samo w sobie, ale po czasie dało do zrozumienia i pomogło znaleźć wcześniej nieznane perspektywy. Jak na ironię, dzięki tym wydarzeniom dostałem spory zastrzyk kreatywności, który spożytkowałem na pisanie nowych numerów. To bardzo niebezpieczny sposób tworzenia muzyki.

Pewnie teraz masz inne podejście.

Wydaje mi się, że "Exister" można sklasyfikować jako zamknięcie pewnego etapu w moim życiu. Nie muszę uciekać się do wewnętrznych tortur czy auto-sabotażu, znajduję się w innym położeniu, znacznie lepszym. Z takim nastawieniem na pewno będzie mi się ciekawie komponowało nowy materiał. Wcześniej zawsze ciążyło na mnie mnóstwo negatywnych emocji, teraz czuję pewność siebie i w końcu uciekłem od dawnych nawyków. Wiem, kim jestem.

 

Kim jesteś?

Czułem, że zapytasz, ale to trudne zagadnienie - wolałbym napisać na ten temat grubą książkę. W dużym skrócie - musiałem domknąć wiele spraw. Kiedy wróciłem z Berlina do Stanów, żeby być bliżej rodziny, zastałem wiele rzeczy, których zupełnie się nie spodziewałem. Musiałem to rozwiązać i jakoś przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Zamiast narzekać, próbowałem zaaklimatyzować się, bo świat jest, jaki jest i niektórych spraw po prostu nie zmienisz. Zrobiłem, co musiałem i zakończyłem ten etap życia, by z czystym sumieniem ruszyć naprzód. Nie muszę godzinami rozmyślać o trudnych relacjach z matką czy z wujkami, mam to za sobą. Co prawda zdarza mi się popełniać błędy, a;e podchodzę do świata znacznie bardziej refleksyjnie, a przede wszystkim pragnę pokoju.

Na szczęście ludzie zawsze okazywali mi mnóstwo wsparcia, a jedyną osobą, która próbowała usilnie mnie zmieniać była moja matka. Sporo nad tym myślałem i podświadomie czuję, że właśnie dlatego źródła "Exister" należy upatrywać w relacjach na linii matka-syn.

Nie obawiasz się, że brak negatywnego zaplecza może być utrudnieniem w komponowaniu?

Nie, bo problemy nie odejdą, ale teraz mam zupełnie inną metodę walczenia z nimi. Kiedyś doszukiwałem się winy w sobie, jęczałem, płakałem, wszystko mnie przytłaczało, a teraz nie daję sobie wejść na głowę, zwalczam zagrożenie zamiast poddawać się mu. Oczywiście odczuwam emocje tak samo jak kiedyś, mam słabości, ale nigdy wcześniej nie dysponowałem aż taką siłą. Dlatego nie ma we mnie strachu. Nie przewidzę swoich ruchów twórczych na najbliższe miesiące, ale wiem, że będę mocniejszy niż kiedykolwiek dotąd.

 

"Exister" to twój sposób na pokazanie światu, że jesteś, jaki jesteś i nie zamierzasz tego zmieniać, ale czy ktoś dał ci kiedyś do zrozumienia, że powinieneś być kimś innym niż tego chcesz?

Na szczęście ludzie zawsze okazywali mi mnóstwo wsparcia, a jedyną osobą, która próbowała usilnie mnie zmieniać była moja matka. Sporo nad tym myślałem i podświadomie czuję, że właśnie dlatego źródła "Exister" należy upatrywać w relacjach na linii matka-syn. To straszne, bo gdy potrzebujesz pozytywnej energii, z reguły zwracasz się do matki jako najbliższej ci osoby, a moja w ogóle nie chciała mnie zrozumieć i nie próbowała mobilizować do robienia rzeczy, które kocham.

 

Nie brzmisz jednak na rozgoryczonego.

Fajnie, że to zauważyłeś. Wszystko dzięki nowej płycie. Wiele myślałem o matce, znajdowała się w centrum mojego życia - zwłaszcza, jeśli weźmiesz pod uwagę to, że nigdy nie poznałem swojego ojca - i chciałem przepracować z nią wszelkie trudności, chciałem zostać zrozumiany. W pewnym momencie poczułem jednak, jak bezcelowe są próby dialogu, dlatego przestałem je podejmować. Ta kobieta nie ma żadnej autorefleksji, nie rozumie, że traktowała mnie źle, więc po co mam się forsować i starać? Jeśli druga strona nie wyraża chęci zmian, skakanie wokół niej jest bezsensowne.

Miałeś problemy, by w pełni się od tego odciąć? Po sobie wiem, że czasami trzeba lat, by przepracować trudne relacje z rodzicem.

Wszystko działo się stopniowo. Gdybym musiał zamknąć cały proces w dokładnym przedziale czasowym, powiedziałbym, że działo się to w trakcie tworzenia "Exister", czyli przez około rok. Chociaż właściwie... ciągnęło się to jeszcze dłużej, bo próbowałem ratować relację z matką od razu po powrocie z Berlina, trzy lata temu. Było boleśnie, moja psychika została nieźle poturbowana, ale w końcu postawiłem kropkę nad i. Do tego muzyka zawsze pomagała mi w wyleczeniu się z trudnych sytuacji.

 

Z treścią na "Exister" utożsami się chyba największa liczba twoich słuchaczy, nigdy nie wstrzeliłeś się z tak uniwersalnym przekazem.

Odnoszę podobne wrażenie. Już na wczesnym etapie swojej muzycznej przygody poczułem, że to, co robię może mieć spore znaczenie dla innych. Z każdą kolejną płytą wchodziłem coraz głębiej w siebie i coraz bardziej rozumiałem, jak moja twórczość wpływa na słuchaczy.

 

Twoja twórczość od zawsze była bardzo osobista, ale czy kiedykolwiek bałeś się, że ludzie tego nie zrozumieją?

Raczej nie. Jako kompozytor nie zawsze muszę być bardzo dokładny, lubię zostawić furtkę na własną interpretację, przez co moja muzyka może być postrzegana na różne sposoby. Zwróć uwagę na tytuły poszczególnych kawałków - to bardzo często jedno słowo lub hasło. Każdy może podejść do nich tak, jak zechce.

 

Grasz wyjątkowo mroczną muzykę, ale dziennikarze i fani mówią, że jesteś bardzo przyjacielskim człowiekiem. Trudno takim być?

Chyba tak, ale staram się, jak mogę, by traktować ludzi z należytym szacunkiem. Nie żeby sprawiało mi to wiele trudności, z natury jestem miłym i otwartym człowiekiem, ale zawsze warto podchodzić do innych tak, jak chciałbyś, żeby inni podchodzili do ciebie.

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły o muzyce