Obraz artykułu Blue Phobia. Człowiek z szafiru

Blue Phobia. Człowiek z szafiru

76%

Doświadczenie społeczne Jane Elliott z 1995 roku, w którym odseparowała osoby o niebieskich oczach i nakazała pozostałym traktować je jako mniej wartościowe, unaoczniło dyskryminacyjne mechanizmy (całość można zobaczyć w filmie "Niebieskoocy"). Eri Tsuruyoshi w debiutanckiej mandze poszła o krok dalej - pokazała całkowicie zdehumanizowane osoby o niebieskich odbarwieniach skóry, które dla oprawców są niczym ponad źródło dochodu.

Ciężaru refleksyjnego tych dwóch pozycji nie da się ze sobą zestawić - w końcu jedna w całości została osadzona w fikcji, druga ukazuje ludzi z krwi i kości, którzy chociaż poddani wykluczeniu w bezpieczny, przebiegający zgodnie ze scenariuszem sposób, łamią się i proszą o przerwanie badania. "Blue Phobia" ma jednak tę przewagę, że nie jest tytułem z uniwersyteckiej biblioteki albo antydyskryminacyjnego szkolenia, może trafić do przypadkowych osób i w subtelny sposób, otulony gruba warstwą pochłaniającej fabuły oraz aurą horroru, rozprzestrzeniać prosty, a jednak wciąż w wielu kręgach niezrozumiały komunikat o tym, że kolory i kształty ciał nie mówią nic o zamkniętych w ich wnętrzach osobach.

 

Przesłanie choć wyraźnie nakreślone, nie stanowi trzonu fabularnego. Podobnie jak w anime "86", w "Ataku tytanów" czy w "The Promised Neverland", porządkuje raczej klasowe zależności wewnątrz społeczeństw wykreowanych przez autorów, podminowuje je trwającym od dekad konfliktem, który wydaje się tak bardzo immanentną częścią rzeczywistości, że tylko nielicznym jednostkom przychodzi do głowy podejmowanie prób zmiany status quo. Przypadek "Blue Phobii" jest jednak o tyle bardziej nietypowy, że nieludzkie traktowanie jednej z grup nie wynika z pradawnych zaszłości, w ogóle nie można powiązać go z nienawiścią, tylko z cechą być może jeszcze groźniejszą, bo skutecznie usypiającą sumienia przeświadczeniem o słuszności pobudek - chciwością.

Indygopaci to osoby, które po wystawieniu na długotrwałe działanie morskiego szafiru cierpią na chorobę przemieniającą kości w kryształ (pomysł najprawdopodobniej zainspirowany prawdziwą dolegliwością - srebrzycą), a tak się nieszczęśliwie złożyło, że wytwarzany przez nie obcy materiał jest surowcem umożliwiającym sprostanie zapotrzebowaniu energetycznemu całej ludzkości. Im więcej chorych, tym więcej energii można wygenerować i zbić na niej jeszcze więcej pieniędzy, więc pazerne elity bez skrupułów zaczynają żerowanie na słabszych i bezbronnych, a zatrudnieni przez nie specjaliści posługują się tymi samymi wymówkami, jakich wojenni zbrodniarze używali podczas procesów norymberskich - taka praca albo wykonywaliśmy tylko rozkazy.

 

W "Blue Phobii" próżno jednak szukać filozoficznych rozważań czy nadmiernej ekspozycji, tom otwiera scena wyciągnięta wprost z filmu grozy, z pozbawionym wspomnień mężczyzną odzyskującym przytomność w szpitalu, przykutym do łóżka, z kilkoma igłami zanurzonymi w żyłach. Tsuruyoshi doskonale uchwyciła nastrój, najpierw zwężając kadry do wąskich ujęć na niepokojąco wyglądające oświetlenie stołu operacyjnego czy kroplówkę; później odbijając panikę głównego bohatera na papierze za pomocą długich linii sztucznie wprawiających rysunki w ruch czy nerwowo nabazgranych dymków z myślami mężczyzny próbującego zrozumieć, w jakim znalazł się położeniu.

Akcja przyspiesza w zawrotnym tempie, ale zamiast realizmu, odzwierciedla stany wewnętrzne głównego bohatera, w wyniku czego na przykład iniekcja ukazana na całej stronie wygląda gwałtowniej od wystrzału z karabinu, a wypełniający prawie cały kadr dymek z samym wykrzyknikiem został tak bardzo zniekształcony, jak tylko to możliwe, by nie utracić funkcji komunikacyjnej. Kiedy chwilę później rozpoczyna się próba ucieczki z tajemniczej placówki badawczej, pośpiech i desperacja uderzają z każdej kolejnej strony, zwłaszcza wówczas, gdy narysowane z wyjątkową dbałością o detale, gęsto cieniowane monstrum rusza w pościg, a w swojej nieustępliwości przypomina tytułowe coś z "Coś za mną chodzi" Davida Roberta Mitchella albo T-1000 z drugiej części "Terminatora".

 

To właśnie takie momenty najlepiej ukazują umiejętności Tsuruyoshi, bo o ile jej projekty postaci nie odznaczają się oryginalnością, o tyle "animowanie" ich robi piorunujące wrażenie i aż chciałoby się zobaczyć pełnometrażowy film, który nie pozwalałby oderwać wzroku na ekranu choćby na sekundę. Anime umożliwiłoby zresztą wypełnienie luki, która momentami nieco doskwiera - ze względu na to, że w mangach zazwyczaj nie korzysta się z pełnej palety barw, objawy indygopatii możemy obserwować wyłącznie w postaci cieni, dopowiadając sobie w myślach, że jest to zastępstwo koloru niebieskiego. Nie jest to może strata wpływająca negatywnie na odbiór, ale wystarczy rzut oka na okładkę, by apetyt na więcej wzrósł.

"Blue Phobia" to idealny materiał na jednotomówkę (aczkolwiek w oryginale ukazała się pod postacią dwóch cieńszych tomów) - intryguje, skupia uwagę, ale także wyczerpuje temat, którego przeciąganie albo poszerzanie dygresjami musiałoby obniżyć intensywność akcji. To właśnie ona, rysowana z niemalże ożywiającą martwe obrazki gorączkowością, w połączeniu z nienachalnym przesłaniem równościowym są esencją mangi Eri Tsuruyoshi i oby na niej ta początkująca autorka nie zatrzymała się.


Blue Phobia

Polska, 2022

Waneko

Scenariusz: Eri Tsuruyoshi

Rysunki: Eri Tsuruyoshi



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły o muzyce