Obraz artykułu Emma Ruth Rundle: Wszyscy na świecie w jakiś sposób cierpimy

Emma Ruth Rundle: Wszyscy na świecie w jakiś sposób cierpimy

Twórczość Emmy Ruth Rundle przygniata, dostarcza skrajnych emocji i oczyszczenia. Nawet jej tegoroczne "EG2: Dowsing Voice" (czyli sequel debiutu sprzed ponad dekady), mimo ambientowo-folkowej konwencji, brzmi jak koniec świata. Przy okazji premiery materiału, rozmawiamy o przezwyciężaniu demonów, przynależności do sceny i poszukiwaniu nadziei.

Łukasz Brzozowski: Jeszcze przed pandemią zdarzało ci się powtarzać, że przeżywasz ciężki okres po zakończeniu trasy koncertowej. Czy teraz, kiedy świat zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni, podtrzymujesz te słowa?

Emma Ruth Rundle: W branży muzycznej istnieje zjawisko depresji po trasie. Możesz lubić koncertowanie, możesz nie lubić go, ale dół najpewniej i tak cię dopadnie. Dzieje się tak dlatego, ponieważ samo występowanie na scenie każdego wieczora jest czymś nienaturalnym. Dostarcza wielu intensywnych emocji, których nie odczuwasz na co dzień oraz stałego przypływu adrenaliny. Jeśli doświadczasz czegoś takiego przez miesiąc bez przerwy, a później nagle się od tego odcinasz, trudno powrócić do rzeczywistości. Przynajmniej do pewnego momentu.

 

W dodatku podczas trasy twój mózg pracuje inaczej niż zazwyczaj. Nie działasz w zgodzie z codziennymi schematami, często dochodzi do niespodziewanych zwrotów akcji, a większość osób - kiedyś i ja - nie oszczędza się z alkoholem czy innymi używkami. To jak życie w innym uniwersum. Czasami lubię dłuższe ciągi koncertowe, czasami nie, trudno o jakąś regułę, ale każdy muzyk, jakiego poznałam choć raz przechodził przez depresję po trasie. Żeby dojść po tym do siebie, potrzeba mniej więcej dwóch tygodni.

Czy da się uniknąć depresji po trasie albo przynajmniej osłabić ją?

Nie da się tego uniknąć, to nie tylko kwestia psychiczna, ale i reakcja ciała na diametralną zmianę warunków, w których funkcjonujesz. Równie dobrze mógłbyś zapytać mnie, jak zapobiec zmęczeniu po dłuższym locie samolotem - nie przeskoczysz tego w żaden sposób. Oczywiście możesz poczytać jakieś poradniki w internecie i nieco zminimalizować skalę dyskomfortu, ale w dłuższej perspektywie jest to w zasadzie niemożliwe. O urok ekstremalnego trybu życia. W przeszłości bardzo cieszyłam się na myśl o końcu trasy, bo tęskniłam za bliskimi i za domem, ale nawet radość wynikająca z powrotu do tych wszystkich wspaniałych rzeczy nie pomagała przeskoczyć tego trudnego zjawiska. Trzeba to po prostu wytrzymać i będzie dobrze.

 

Podczas tras w poprzednich latach nie oszczędzałaś się z używkami i byłaś w dość niepokojącej kondycji, ale czy doszłaś do momentu, w którym pomyślałaś: Przezwyciężyłam trudności, czuję się w pełni dobrze?

Nie wiem, czy ktokolwiek na świecie czuje się w stu procentach dobrze. Uzyskanie absolutnego spełnienia jest chyba czymś niemożliwym. Niemniej zmieniłam styl życia, dzięki czemu czuję, że jest lepiej niż było. Kiedyś zażywałam narkotyki i piłam alkohol, bo czułam mnóstwo emocji związanych z wejściem na scenę, a dzięki nim mój poziom strachu bądź stresu spadał, więc wzrastała pewność siebie. Niestety rozwiązania tego typu okazują się przydatne tylko na chwilę, doszło do efektu kuli śnieżnej, a w konsekwencji pogorszenia stanu zdrowia psychicznego. Sam wyjazd w trasę jest czymś destabilizującym - nie możesz kontrolować diety, łatwo się męczysz, nie masz zbyt wiele czasu na odpoczynek, a przesadzanie z używkami tylko to wzmacnia.

 

Jednocześnie uważam, że nigdy nie będę całkowicie wolna od pułapek, w które potencjalnie mogę wpaść. Teraz unikam alkoholu i w najbliższej przyszłości pewnie po niego nie sięgnę, ale kto wie, co przyniesie przyszłość? Pewne rzeczy zostaną ze mną na zawsze, choćbym chciała, żeby było inaczej. Obecnie jestem w trasie praktycznie nieustannie od czerwca i zdarzało mi się już poważnie zachorować, choć na szczęście funkcjonuję lepiej niż dawniej.

Czy to bardzo frustrujące, kiedy mroczne strony życia zostają z tobą do końca i w żaden sposób nie możesz się ich pozbyć?

Trudno powiedzieć. Często coś jest na tyle w ciebie wrośnięte, że funkcjonujesz normalnie nawet mimo dyskomfortu. Dla przykładu - mam chorobę oka. Raczej nie da się jej wyleczyć, ale daję sobie radę. Póki mogę z tym normalnie żyć, jest w porządku. Podobnie sytuacja wygląda z wewnętrznymi demonami sprzed lat. Pewne rzeczy wracają raz na jakiś czas i bywają męczące, gdy się o nich myśli, ale nie jest tak, że uniemożliwia mi to podniesienie się z łóżka. Niedoskonałości są bardzo istotną częścią mnie i chyba nie wyobrażam sobie życia bez nich. Wszyscy na świecie w jakiś sposób cierpimy. Tylko od nas zależy, czy jesteśmy w stanie to przezwyciężyć. Czasami zastanawiam się, jak to jest nie mieć depresji i czy istnieje na świecie ktoś wolny od tego typu problemów. Moja odpowiedź brzmi: Nie wiem, choć bliżej mi do tej realistycznej opcji oznaczającej, że każda osoba na Ziemi zmaga się z jakimiś problemami. Nie chcę przy tym przedstawiać siebie jako osobę chorobliwie nieszczęśliwą i pogrążoną w depresji. Moje życie ma także jasne barwy. Jest w nim sporo pozytywów, bo stale poszukuję piękna i nadziei. Mam dookoła siebie ludzi, którzy pomagają w tym oraz dużą dozę samozaparcia.

 

Ale w jaki sposób możemy aktywnie poszukiwać nadziei i piękna, kiedy nasze życie idzie w zupełnie innym kierunku niż byśmy tego chcieli?

Niestety nie jest to coś, co możesz zrobić na pstryknięcie palcem. W traumatycznych sytuacjach kluczowym czynnikiem pozostaje czas, nie przezwyciężysz tego. Po prostu musisz dbać o siebie i czekać na dobry moment oraz korzystać z pomocy, jeśli masz taką możliwość. Każda forma leczenia czy dłuższej rekonwalescencji wymaga cierpliwości, nawet w aspekcie fizycznym. Jeśli złamiesz nogę, nie ma opcji, żebyś po tygodniu biegał i skakał - musisz swoje odczekać.

 

Nie ma na świecie nikogo, kto posiadłby kontrolę nad upływającymi latami, miesiącami czy godzinami, dlatego czasami jesteśmy w potrzasku. Należy wtedy wykształcić w głowie pewne mechanizmy, próbować zachować spokój i trzymać się dobrych myśli. Jak ze złamaną nogą - teraz boli jak cholera, ale za jakiś czas znowu na niej staniesz. Pewne rzeczy - oczywiście nie wszystkie - po prostu mijają, a wiara w prawdziwość tego stwierdzenia potrafi podnieść na duchu przez dłuższy czas.

8 listopada wystąpisz z Ulverem w Helsinkach. Od strony stylistycznej więcej was dzieli niż łączy, ale i ty, i oni jesteście artystami nie-metalowymi, którzy docierają przede wszystkim do metalowców. Czy to nie jest ograniczające, biorąc pod uwagę fakt, że na poziomie estetycznym oferujecie znacznie więcej niż metal?

Nie wiem, czy ograniczające to dobre określenie. Czuję się bardzo swobodnie i luźno na scenie metalowej, docieranie do takiego grona odbiorców jest przyjemne, a nie irytujące, bo czemu miałoby być? Sama wchodziłam w świat muzyki, słuchając post-rocka, by niedługo potem zaliczyć sporo tras z zespołami obracającymi się w okolicach metalu. Dodatkowo moja twórczość ma w sobie spory poziom smutku czy mroku - choćby za sprawą poruszanych przeze mnie zagadnień - który trafia do słuchaczy cięższych rzeczy. Dużo niepokoju, niepewność, rozbieranie cierpienia na czynniki pierwsze... Te hasła mówią same za siebie. Ostatni krążek zatytułowałam "Engines of Hell", chyba przyznasz, że to całkiem metalowe [śmiech].

Ulver czy ja nie docieramy tylko do metalowców. Po naszą twórczość sięgają najróżniejsze osoby, a próby dokładnego określenia ich gustów byłyby trudne. To bardzo otwarte, cierpliwe i poszukujące jednostki. Rozumiem jednak, co masz na myśli, choć wydaje mi się, że połączenie pod tytułem "Emma Ruth Rundle i Ulver" jest dość spójne i sensowne.

 

Trudno wrzucić cię do konkretnej szufladki stylistycznej, a ludzie opisują twoją muzykę jako depresyjną i wyjątkowo mroczną, ale czuję, że duchowo bliżej tobie do posępnego indie spod znaku Phoebe Bridgers albo Julien Baker. Coś w tym jest?

Z całą pewnością tak. Powiem więcej, gdybym była trochę młodsza i zaczęła działać na scenie w inny sposób niż kiedyś, najpewniej jeździłabym dzisiaj w trasy właśnie z nimi. Wybrałam jednak inną, własną ścieżkę, podążam nią cały czas i w ogóle tego nie żałuję. Bardzo lubię twórczość Phoebe czy Julien, chciałabym coś z nimi kiedyś nagrać albo przynajmniej poznać je, ale czuję się dobrze w obecnym położeniu i nie muszę niczego zmieniać. Uwielbiam niszę, w której tworzę, a możliwość uczestniczenia w takich przedsięwzięciach jak Roadburn czy Amplifest napawa mnie wielką dumą. To cudowne miejsca i cudowni ludzie, czuję się tam jak w domu.

Poza tym blisko mi do takiej estetyki jako słuchaczce. Kiedy siedzę sama, nie słucham innych piosenkarek, jaram się nadciągającym występem Godflesh albo nowymi materiałami Cult of Luna, z którymi zresztą byłam w trasie. Jeszcze pod koniec 2020 roku wyszło "May Our Chambers Be Full", czyli efekt mojej kooperacji z Thou, a doszło do niej dlatego, bo jestem wielką fanką tego zespołu. Przyswajam mnóstwo różnej muzyki, nie nakładam na siebie żadnych ograniczeń.

 

Czułaś się bardziej odizolowana i odcięta od świata, kiedy mieszkałaś w Walii czy kiedy mieszkałaś w Kentucky?

Nie mogę tego porównać, to dwa zupełnie odmienne światy. W Kentucky miałam dookoła cudowną społeczność - uwielbiam tych ludzi, a spędzanie z nimi czasu to sama frajda. Co prawda nie czułam się w pełni przynależna do tego miejsca, funkcjonowałam bardziej jak przybysz z daleka, ale i tak doświadczyłam tam wielu fajnych rzeczy. Z kolei w Walii nie miałam innych osób obok siebie, spędzałam czas głównie na samotnych wędrówkach, ale było to wyjątkowo dalekie od izolacji bądź pełnego odcięcia.

 

fot. Geert Braekers


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły o muzyce