Soundrive Festival 2022

Obraz artykułu Cave In: Przez długi czas musieliśmy walczyć z własnymi demonami

Cave In: Przez długi czas musieliśmy walczyć z własnymi demonami

Po tragicznej śmierci Caleba Scofielda w 2018 roku nie było większych nadziei na to, że Cave In wróci na scenę. Legenda amerykańskiego post-hardcore'u w końcu jednak reaktywowała się, a jej pierwszy album od dziesięciu lat ("Heavy Pendulum") trzyma wysoki poziom. Jak radzić sobie ze śmiercią? Jakie są plusy dorosłości? Czy nowa płyta Meshuggah brzmi dobrze? Na te i inne pytania odpowiadają John-Robert Conners i Stephen Brodsky.

Jako ludzie zmieniacie się w dynamiczny sposób?

John-Robert Conners: To ciągły proces. Przechodzimy przez różne życiowe sytuacje, które formują nasze charaktery. Niektóre wydarzenia są czymś nowym, pozwalają znaleźć świeży punkt widzenia, więc rozwijamy się. Co prawda chętnie powiedziałbym, że wcale się nie zmieniam, że wciąż jestem tym samym nastolatkiem pełnym energii, którym byłem lata temu, ale rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Ostatnia dekada stała dla nas pod znakiem szeregu zmian na poziomie egzystencjalnym, co oczywiście wpłynęło na to, jacy jesteśmy jako ludzie. Chcemy rozwijać się i być lepszymi osobami.

 

Można powiedzieć, że po prostu dojrzeliście.

JRC: Oczywiście, że tak. Zauważam, jaka odpowiedzialność ciąży na mnie w ostatnim czasie, czuję na sobie pozytywną presję mobilizującą do sprawnego działania na wielu frontach. Takie podejście wymaga dużej dojrzałości. Niemniej chcę wierzyć, że wciąż mam w głowie tego rozbrykanego nastolatka, który co jakiś czas robi hałas, bo chce z niej wyjść [śmiech].

Wewnętrzny nastolatek pojawia się tylko przy tworzeniu muzyki czy w innych okolicznościach również?

JRC: Myślę, że towarzyszy mi cały czas, co wynika z mojego stylu życia. Pasje i zajawki, które miałem jako dzieciak, wciąż mnie jarają. Śmieję się z podobnych rzeczy, zachowuję się podobnie - baza charakteru pozostała nietknięta. Ponadto jestem ojcem dwójki dzieci, a jedno z nich weszło w wiek nastoletni, co pozwala mi przeżyć okres dojrzewania na nowo - bardzo interesujące doświadczenie. Ma swoje dobre i złe strony, choć te dobre przeważają.

 

Zakładam, że do złych stron zaliczasz bunt i nieprzewidywalność towarzyszące dojrzewaniu.

JRC: Dokładnie tak, choć nie uważam tego za wielką wadę. Trzeba rozmawiać i wspólnie dochodzić do niektórych wniosków. Świat, w którym żyją nastolatkowie - niezależnie od pokolenia - zmienia się bardzo dynamicznie, a oni znajdują się w centrum tych zmian, bo najczęściej sami ich chcą. Wiadomo, że te rzeczy, połączone z burzą hormonów oraz poszukiwaniem własnej drogi, potrafią doprowadzić do chaosu w głowie i eksplozji skrajnych emocji. To bardzo naturalne, a przede wszystkim zdrowe.

 

Ciągnę ten temat, ponieważ "Heavy Pendulum" to wasza pierwsza płyta od dziesięciu lat, dlatego ciekawi mnie, czy jesteście innymi ludźmi niż przy premierze "White Silence".

Stephen Brodsky: Bardzo wiele rzeczy uległo zmianie nawet na poziomie życia personalnego każdego z nas. W okolicach premiery "White Silence" mieszkałem w Nowym Jorku, ale jakiś czas temu przeniosłem się do Massachusetts, dlatego musiałem zacząć funkcjonować nieco inaczej. Te dwa rejony są jak dzień i noc, mógłbym mnożyć różnice między nimi. "Heavy Pendulum" jest naszą pierwszą płytą stworzoną bez Caleba Scofielda, który zmarł kilka lat temu. O ile wciąż jesteśmy wstrząśnięci tą sytuacją, chcielibyśmy, żeby znowu był z nami, o tyle udało się nam przestawić pewne rzeczy w głowach i nieco oczyścić z bólu. Nie był to łatwy proces, przez długi czas musieliśmy walczyć z własnymi demonami, co potrafiło skutecznie wydrenować umysł, ale skutki tej batalii okazały się korzystne w długofalowym rozumieniu. Znaleźliśmy nowe sposoby doceniania życia i czerpania z niego garściami, o których wcześniej nawet byśmy nie pomyśleli. Szkoda, że doszło do tego przy tak tragicznej sytuacji, ale dzięki niej rozwinęliśmy się w znaczącym stopniu.

 

Ciekawie jest obserwować zmiany charakterów. Wszyscy gramy muzykę od dawna, nawet dwa-trzy lata przed powstaniem Cave In wraz z Johnem bujaliśmy się po różnych kapelach, więc więź połączona z doświadczeniem są w nas bardzo mocne. To interesujące, gdy po tylu perturbacjach wciąż masz podobne zainteresowania jak w wieku nastoletnim, ale podchodzisz do nich inaczej, bo nabywane latami umiejętności umożliwiają wykonywanie niektórych czynności w lepszy sposób. Nie wiem, czy potrafiłbym wskazać większy plus dorosłości. Dojrzewasz, a wraz z tobą twoje rzemiosło, ale napędzająca cię iskra pozostaje równie silna, co kiedyś. Mamy wiele szczęścia, że dalej to robimy.

Wierzę, że iskra pozostaje silna, ale na pewno przeżywaliście momenty, kiedy przygasała.

SB: To nie podlega wątpliwości. Nawet ostatnio rozmawiałem z kimś o tym, że gdy pierwszy raz mieliśmy do czynienia z wielką wytwórni, a potem kontrakt wygasł, miałem spore problemy z pisaniem nowej muzyki. Towarzyszył mi duży stres, a w parze z nim szedł brak jakiejkolwiek weny. Niby komponowałem jakieś kawałki, ale czułem w nich brak siebie, nie potrafiłem maksymalnie się zaangażować. Czułem się wypalony i bezradny. Pracowaliśmy nad płytą, która okazała się komercyjną porażką, ale wielkie zaangażowanie Adama oraz Caleba pchało nas dalej. Kiedy nie dawałem rady, to oni zajmowali się tworzeniem i nie pozwalali reszcie wymięknąć. Wciąż uważam, że numery ich autorstwa z tego okresu są jednymi z najlepszych w dyskografii Cave In. Poza tym wypalenie dało nam szansę odbić się od dna i niedługo później rozbłysnąć jak nigdy wcześniej.

 

W tym roku miną cztery lata od śmierci Caleba. Czy po takim czasie udało się wam zrozumieć i zaakceptować tę sytuację?

JRC: Myślę, że w jakiś sposób to zaakceptowaliśmy i poszliśmy dalej, ale już do końca będziemy czuć pewną pustkę. Zupełnie jakby ktoś wyrwał część nas na zawsze i nigdy nie wrócił z brakującym kawałkiem. Byliśmy z Calebem bardzo blisko, znaliśmy się przez wiele lat, ale tak dramatyczne sytuacje pozwalają wziąć się z życiem za bary i dojrzeć, zmienić pewne rzeczy w sobie. Nauczyliśmy się radzić sobie ze znacznie mniejszymi stresami i pokonywać przeciwności losu. Oczywiście nie każdy jest w stanie wyciągnąć z tego pozytywną naukę i patrzeć na świat mniej samolubnie, ale nam się udało. Jakkolwiek źle to nie zabrzmi, nawet z tragedii warto wyciągnąć coś dobrego. Nie jest łatwo, ale wszystko zależy od znalezienia sposobu na dalsze życie, a przede wszystkim na radzenie sobie z problemem. Mamy mnóstwo wspomnień z Calebem, stworzyliśmy razem mnóstwo świetnej muzyki, to pcha nas do przodu.

 

Ale jak zapełnić tę nieznośną pustkę po śmierci przyjaciela?

SB: Nie da się. Musisz żyć z tym, że nigdy jej nie wypełnisz, nie spotkasz już drugiej takiej osoby. Możesz skupiać się na czymś innym, ale pustka pozostanie. Między innymi dlatego wciąż gramy muzykę, bo zapewnia nam radość i wewnętrzny spokój, a granie na żywo piosenek, które stworzyliśmy z Calebem pozwala poczuć się tak, jakbyśmy spędzali z nim czas. To dla nas bardzo ważna rzecz, bo czujemy, że jego dusza wciąż znajduje się gdzieś blisko. Nawet kiedy pracowaliśmy nad "Heavy Pendulum" zastanawialiśmy się, co w danej sytuacji zrobiłby Caleb i czy podobałyby mu się efekty zespołowych działań. Dzięki takim drobnostkom wciąż podtrzymujemy w sobie same dobre wspomnienia. Czujemy się silniejsi.

Czy proces tworzenia "Heavy Pendulum" był równie emocjonalny, co praca nad kompilacją Final Transmission", skoro duch Caleba wciąż unosi się nad wami?

JRC: Z pewnością tak, ale w inny sposób. "Final Transmission" było projektem napędzanym przez rozpacz, a "Heavy Pendulum" ukazuje nas z pozytywnej strony, wyciągnęliśmy wnioski z tej sytuacji. Wciąż mamy w sobie dużo przytłaczających i wybuchających na przeróżne strony emocji, ale teraz podajemy je nieco inaczej. Chcemy podtrzymać wspomnienia o Calebie i jednocześnie przedstawić światu nową wersję zespołu.

 

SB: Kiedy tworzyliśmy "Final Transmission", napędzały nas pomysły Caleba z czasów, gdy jeszcze żył - ten materiał w dużej mierze opiera się na nich. Chcieliśmy oddać mu hołd i zrobić coś, z czego byłby zadowolony. Jednym z jego celów było nagranie albumu w zajebistym studiu, więc wiedzieliśmy, że musimy takie znaleźć. W związku z tym tworzenie "Heavy Pendulum" stanowiło pewien test dla zespołu. Musieliśmy sprawdzić, czy potrafimy to robić bez niego.

 

Sam straciłem bardzo bliską osobę w niedawnym czasie i zastanawiam się, czy w krótkiej perspektywie można przekuć gorycz wywołaną śmiercią w coś kreatywnego?

JRC: Bardzo przykro mi to słyszeć. Jednocześnie przyznam, że da się przekuć gorycz w coś kreatywnego, ale potrzeba czasu. Mniej więcej rok przed śmiercią Caleba odeszła moja prababcia, z którą żyliśmy w świetnych relacjach, była jedną z najbliższych mi osób. Wtedy zrozumiałem, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku - każde z nas z umrze i nic z tym nie zrobimy. Po prostu musimy pogodzić się z nieuchronnym końcem i opuścić świat z godnością, bo oprócz tego nic nie wskóramy. Każdy człowiek wypada bezradnie w tym temacie. Kiedy to pojąłem, mocno wyluzowałem i zacząłem postrzegać otaczającą mnie rzeczywistość nieco inaczej niż przedtem.

 

Rozumiem cię, ale gdy odchodzi ktoś bliski, trudno jest myśleć racjonalnie.

SB: W naszym przypadku dużo zrobiło poczucie jedności i ciągłe wsparcie. Przeszliśmy to wszystko razem, dlatego dziś jesteśmy znacznie silniejsi, a do tego pewniejsi siebie. Lamentowaliśmy wspólnie, przechodziliśmy wspólną żałobę - takie doświadczenia umacniają człowieka. Podczas stypy Caleba zagraliśmy nawet kilka kawałków, co było niesamowicie trudne przez te wszystkie emocje, ale daliśmy radę i wiedzieliśmy, że postąpiliśmy, jak należy. Polecam ci przeżywać ten czas z najbliższymi. Nie zamykaj się w sobie, nie uciekaj, tylko pozwól sobie pomóc. Przyjaciele oraz rodzina na pewno będą obok i zapewnią poczucie bezpieczeństwa w tym trudnym okresie. Określenie "w kupie siła" zawsze znajduje zastosowanie w przypadku żałoby. Dzięki cudzej obecności podniesiesz się szybciej, a ból stopniowo zacznie maleć.

Do tego dochodzą emocje, których nie wolno blokować.

JRC: Jak najbardziej. Przez pierwsze tygodnie po śmierci Caleba nie mogłem dojść do siebie. Byłem w absolutnej rozsypce - płakałem, wyłem, nie mogłem skupić się na najprostszych czynnościach. To brzmi strasznie, ale gdybym próbował zablokować ten proces, teraz mógłbym funkcjonować znacznie gorzej. Im szybciej dasz dojść uczuciom do głosu, tym mniejsza szansa, że negatywne wspomnienia dopadną cię w przyszłości.

 

Powinniśmy traktować "Heavy Pendulum" jako jednorazowy prezent dla fanów czy planujecie zostać z nami na dłużej?

SB: W ostatnim czasie żaden z nas nie myślał za bardzo o promocji płyty lub pracach nad ewentualnym następcą. Dyskusję odnośnie tych kwestii zostawimy na potem, kiedy poczujemy, że nadchodzi właściwa chwila. Obecnie po prostu chwytamy dzień i cieszymy się teraźniejszością. "Heavy Pendulum" ukaże się już za moment, słuchacze polubili dotąd opublikowane single, gramy koncerty, współpracujemy z Relapse, robimy klipy - wszystko idzie w dobrym kierunku. Nie chcę wybiegać za daleko w przyszłość, bo dobrze mi w obecnym stanie.

 

Obecnie wydajecie się szczęśliwsi niż kiedykolwiek dotąd.

SB: Tak, bo wszyscy robimy to, co kochamy. Współpraca z Relapse układa się świetnie, oni też sprawiają wrażenie pozytywnie nakręconych nową płytą, co jest bardzo pomocne i mobilizujące. Mamy masę roboty, ale to dobra robota - zapewnia nam wiele satysfakcji, a przede wszystkim radości. Przetrwaliśmy najgorsze kryzysy, teraz jedziemy z górki. Nie zawsze doceniałem małe rzeczy i miałem klapki na oczach, ale obecnie patrzę ma świat w znacznie szerszym ujęciu.

 

Jeśli dobrze pamiętam, w pewnym momencie życia byliście metalowcami. Dalej możecie mówić o sobie w ten sposób z dumą czy wiąże się to z odrobiną wstydu?

JRC: W żadnym wypadku nie wiąże się to ze wstydem - kocham metal. Jednym z moich ulubionych zespołów jest Meshuggah, a ich ostatnia płyta dosłownie miażdży wszystko na swojej drodze.

 

SB: Ostatnio brałem udział w podcaście Speak and Destroy, w którym przez co najmniej pół godziny rozmawialiśmy o Metallice. Jak wiadomo, nie da się nawijać o Metallice bez wspominania o metalu jako wielkiej całości, więc to chyba będzie najlepsza odpowiedź na twoje pytanie.

 

fot. Jay Zucco


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły o muzyce