Soundrive Festival 2022

Obraz artykułu Arek Kłusowski: Pandemia wywołała swoistą modę na hermetyczność

Arek Kłusowski: Pandemia wywołała swoistą modę na hermetyczność

Arek Kłusowski może kojarzyć się jako finalista znanego talent show, ale dawno temu uciekł przed łatką chłopca z telewizji. Jego dwa pierwsze solowe albumy to śmiały miks popu i indie rocka, a nadchodzący trzeci krążek będzie czymś zupełnie innym. Czy wokalista płynie pod prąd? Co się liczy w jego życiu? Czy znalazłby pracę w hotelu? Na te i inne pytania odpowiada poniżej.

Łukasz Brzozowski: Uważasz siebie za osobę płynąca pod prąd?

Arek Kłusowski: Chyba tak. Mam to we krwi, co wynika z wielu czynników - od uwarunkowań czysto geograficznych aż po różne środowiska, w jakich się obracałem, gdy byłem trochę młodszy. To wszystko ukształtowało mój charakter i sprawiło, że - jak to ująłeś - płynę pod prąd.

 

Jakie to były środowiska?

Przede wszystkim małomiasteczkowe, powiedziałbym wręcz, że wiejskie. Nie wychowywałem się w wielkiej metropolii, pochodzę z trochę innej rzeczywistości, co na pewno znacząco na mnie wpłynęło. Urodziłem się na Podkarpaciu, gdzie króluje zupełnie inna mentalność niż na przykład w Warszawie - to bastion PiS-u i miejsce wypełnione ludźmi o dosyć staroświeckich, mocno nacechowanych religijnie, niekiedy nawet archaicznych poglądach. Zawsze od tego odstawałem, dlatego dosyć prędko znalazłem własną drogę, która nie miała z tym wszystkim nic wspólnego.

Mimo znalezienia własnej drogi, zaczerpnąłeś z tamtego okresu jakieś nauki albo wiedzę, które zostały z tobą do dzisiaj?

Raczej nie, ale przebywanie w tym kręgu dało mi możliwość szerszego zrozumienia ludzi. Obracałem się w naprawdę różnych światkach czy subkulturach, nasiąkałem tym i dzięki temu jestem w stanie spojrzeć na pewne rzeczy bez uprzedzeń czy klapek na oczach. To dobra rzecz, mamy dziś dużą łatwość w osądzaniu innych, przylepianiu im stereotypów czy wykluczania, dlatego staram się działać inaczej, patrzeć obiektywnie, poznać obydwie strony medalu w niektórych sytuacjach, choć oczywiście nie we wszystkich. Zachowania ludzkie są uwarunkowane wieloma nałożonymi na siebie czynnikami, więc należałoby zachować wyrozumiałość i nie oceniać wyłącznie wedle swojego widzimisię. Nie skreślam, nie staję po żadnej ze stron, nie oceniam pochopnie - unikam wyrażania opinii, póki sam nie zajrzę dogłębnie w daną rzecz.

 

To duże wyzwanie, łatwo jest przypiąć komuś łatkę, wrzucić go do jakiejś szuflady.

To prawda, z biegiem czasu staliśmy się bardzo radykalni, a nawet zero-jedynkowi. Często jest tak, że ludzie już nie próbują znaleźć drugiego dna, nie próbują zrozumieć, chcą komuś dopieprzyć za wszelką cenę. Wystarczy, że ten ktoś ma inne podejście do świata. Wydaje mi się, że pandemia pomogła wyostrzyć w ludziach te cechy i wywołała swoistą modę na hermetyczność. Mówi się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, przy czym należy pamiętać, że punkt siedzenia często ulega zmianom, bo przecież możemy zmieniać swoje opinie czy poglądy, nikt chyba tego nie zabronił. W ostatnich latach zebrałem swój bagaż doświadczeń, co dał mi dużo dobrego i staram się wykorzystywać to na sto procent.

 

Zacząłem od płynięcia pod prąd dlatego, bo wielu muzyków wypowiada się bardzo krytycznie na temat programów typu talent show, uważają, że przyczyniają się do zabijania muzyki. Czy ty, finalista "The Voice of Poland" sprzed kilku lat, możesz się pod tym podpisać?

Nie powiedziałbym, że "The Voice of Poland" cokolwiek we mnie zabiło. To było przyjemne doświadczenie, dzięki któremu nauczyłem się mnóstwa pożytecznych rzeczy, do jakich dochodziłbym samodzielnie przez długie lata. Znajduję w tym więcej plusów niż minusów. Udział w tym programie był przyspieszonym kursem dojrzewania w show-businessie. Z drugiej strony jestem dosyć wrażliwy, więc nieco poturbowało mnie to jako człowieka i zmieniło spojrzenie na niektóre sprawy. Bardzo wyraźnie operuję emocjami, ale mimo otrzymanych tam ran szybko doszedłem do wniosku, że zagoją się i miałem rację. Mimo odpuszczenia pewnych spraw, wiem, że na zawsze zostaną mi w pamięci. Nawet bezlitosna machina talent show może nieść za sobą dobre konsekwencje, jeśli nie podchodzimy do niej idealistycznie, umiemy to przetrawić i iść dalej z nabytą wiedzą.

Arek Kłusowski stoi, światło skierowane na niego, zdjęcie portretowe.

Czy twoja obecność w biznesie muzycznym i w szeregach dużej wytwórni nie powoduje, że stajesz się bardziej cyniczny, mniej skupiony na emocjach? W końcu niektóre mechanizmy działania tej branży potrafią być surowe.

Wydaje mi się, że najbardziej cyniczny, butny, pewny siebie i zapatrzony w swój umysł byłem wtedy, kiedy zupełnie nie potrafiłem taki być. Zdarza mi się myśleć o błędach albo zdarzeniach z przeszłości, które nie były - z perspektywy czasu - udanymi posunięciami, ale bardzo ich potrzebowałem. Człowiek uczy się na upadkach i wyciąga z nich wnioski, by później podążać inną ścieżką. Na początku działałem bardzo lekkomyślnie. Nie bałem się niczego, szedłem po swoje i dobijałem się na wszystkie możliwe sposoby do tej branży - jeśli nie drzwiami, to oknami.

 

Miałem w głowie żądzę robienia muzyki wyłącznie na własnych zasadach, bez oglądania się na innych. Nie oznacza to, że w tamtym czasie zachowywałem się jak bezduszny robot. Nigdy nie posunąłem się do budowania drogi na krzywdzie innych osób - tak mnie wychowano. Ostatnie lata dosyć mocno mnie skopały i kazały zrozumieć niektóre rzeczy inaczej. Miałem trudny okres, borykałem się z depresją. Na szczęście na skutek tych trudnych doświadczeń zostałem ulepiony na nowo. Moja dusza odrodziła się, dostałem zupełnie nowy ładunek energetyczny. Oczywiście wciąż mam rysy dawnego siebie - charakteru i naturalnych predyspozycji do określonego typu zachowań nie skorygujesz w stu procentach - ale jestem znacznie bardziej pokorny, momentami nawet nieśmiały, a niektórzy ludzie uważają, że zakompleksiony, co akurat stoi daleko od prawdy.

 

Jakie są główne zalety tego, że zbudowałeś siebie na nowo w trakcie walki z depresją?

Dało mi to mnóstwo dobrego w kontekście współpracy z ludźmi. Kiedyś miałem z tym problemy, dzisiaj już nie. Na początku kariery nie uznawałem żadnych ustępstw - musiało być po mojemu albo w ogóle. Później wskazówka przechyliła się na drugą stronę, ufałem różnym doradcom aż za bardzo, zachowywałem się jak ostatni naiwniak. Obecnie podchodzę do wszystkiego na luzie. Obojętne mi, czy po koncercie będę spał w czterogwiazdkowym, luksusowym hotelu czy na materacu w salonie mojej koleżanki - to są absolutnie drugoplanowe rzeczy, nic nie zmieniają. Sprawy czysto materialne straciły u mnie na znaczeniu. Ponadto ludzie zaczynają doceniać mnie jako sprawnego muzyka, kompozytora, tekściarza, mało kto patrzy na mnie i myśli sobie o zarozumiałym chłopcu z talent show.

 

Brzmi jak dobra życiowa filozofia.

Zgadza się, ale z zaznaczeniem, że moim celem jest wędrówka w górę. Nie chcę stać w miejscu. Pewne rzeczy w moim rozumowaniu nie ulegają zmianie, a jedno z nich to nieustanna potrzeba rozwoju, ciągły progres. Bez tego byłoby naprawdę ciężko, mógłbym prędko osiąść na laurach.

Oprócz tworzenia na własny rachunek, piszesz również teksty dla innych polskich twórców. Czy w takiej sytuacji można przemycić odrobinę siebie, czy trzeba działać w zgodzie z wytycznymi?

We wcześniejszych latach tworzyłem pod pseudonimem, ponieważ nie wszystkie treści, które u mnie zamawiano, spajały się z moim gustem, nie leżały mi. Oczywiście zawsze trzymały pewien poziom, to nie była żadna wiocha, nie trącały grafomanią, ale miałem inną wrażliwość, a musiałem jakoś zapewnić sobie utrzymanie.

 

Co konkretnie ci nie pasowało?

Nie chciałem do końca utożsamiać się z danym artystą, a miałem pewną świadomość, że piosenka z moim tekstem będzie grana w radiach. To była główna motywacja, by działać pod pseudonimem artystycznym i w pewnym sensie bez żadnych wyrzutów sumienia robić lekką chałturę [śmiech]. Teraz podchodzę do tego bardzo skrupulatnie i jeśli treść czy ogólny zamysł nie zgadzają mi się, porzucam projekt. Nie zależy od tego moje życie. Znajduję się dzisiaj w zupełnie innym punkcie. Teraz żeby stworzyć fajny i wartościowy tekst dla kogoś, muszę czuć chemię, muszę znać poglądy artysty zlecającego mi zadanie. Nie wchodzę w taką współpracę w ciemno, bez wcześniejszego researchu. Jesteś tym, co śpiewasz. Czasami trzeba urządzić sobie zabawę w socjologa i przeanalizować niektóre rzeczy, by w przyszłości nie żałować mocno przestrzelonych decyzji. Chcę odnaleźć złoty środek. Odpowiadam również za szkielet melodii w piosenkach.

 

Raz podkreślasz, że tworzysz dla ludzi, a kiedy indziej, że nie chcesz spełniać niczyich oczekiwań. Jak to ze sobą pogodzić?

Jeśli chodzi o oczekiwania, miałem na myśli to, że niektóre osoby stawiały przede mną bardzo dokładne wytyczne, jak zaznaczyć swoją obecność w mainstreamie albo co robić, by osiągnąć sukces. Nie chcę tak działać, jazda na autopilocie nie ma nic wspólnego z moimi priorytetami. Staram się tym bawić. Stała obecność w mediach to nie jest mój priorytet. Zdecydowanie wolę funkcjonować wedle własnych pomysłów, choć oczywiście nigdy nie zamykam się na mądre rady... Często radiowcy czy osoby z branży narzekają, że operuję zbyt dużą ilością tekstu w piosenkach, że wszystko jest za długie... Co mam powiedzieć? Trudno, nie dogodzę każdemu

Arek Kłusowski stoi przodem w jasnych ubraniach, zdjęcie portretowe.

Słusznie, uginanie się przed każdym, kto ma inne zdanie jest bezsensowne.

Pewnie, że tak. Jestem artystą, który ma własny styl i chcę, by ludzie ten styl rozpoznawali, dlatego nie mam najmniejszej ochoty być rozmiękczany i poddawany szeregowi ingerencji z zewnątrz. Adele czy inne maksymalnie charakterystyczne postaci ze świata popu mają zresztą podobnie, bo wiedzą, że najważniejsza jest ich osobowość. W końcu śpiewają o sobie i opowiadają własne historie.

 

Nie odpowiedziałeś, co to znaczy, że tworzysz dla ludzi.

To znaczy, że chcę dać im tak dobrą rzecz, na jaką mnie stać. Dlatego nie lenię się i nie ociągam, pracuję w pocie czoła, żeby czuć dumę z tego, co robię. Ostatnimi czasy inspiruje mnie różna dziwna muzyka - od brzmień etnicznych, nawet bliskowschodnich, aż po agresywne, bardzo intensywne techno. Zmierzam też do tego, że to, co zrobiłem na dwóch poprzednich płytach, było szczerze. Skomponowałem taką muzykę, jakiej sam chętnie bym posłuchał. Nowy album zabrzmi zresztą zupełnie inaczej. Jestem przekonany, że zaskoczy niejednego słuchacza.

 

Myślisz, że z wiedzą, którą posiadłeś lata temu, kończąc technikum hotelarskie, znalazłbyś dzisiaj pracę w hotelu, gdybyś musiał?

Myślę, że bez problemu. Bardzo dobrze znam standardy, jakie powinny panować w hotelach, dlatego gdy śpię w różnych miejscach tego typu, zawsze sprawdzam, czy wszystko jest na swoim miejscu. Oczywiście nie ze złośliwości, by potem coś komuś wytykać, tylko z ciekawości. Gdybym musiał, mógłbym zająć się wieloma rzeczami - mam doświadczenie jako barista, jako sommelier, wiem, jak funkcjonuje branża gastronomiczna. Dałbym sobie radę, gdybym musiał odstawić muzykę na bok.

 

fot. Łukasz Sikorski (1), Ola Bodnaruś (2), Krzysztof Szlęzak (3)


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły o muzyce