Soundrive Festival 2022

Obraz artykułu Niedocenione skarby dyskografii The Smiths

Niedocenione skarby dyskografii The Smiths

Wpływ The Smiths na współczesną alternatywę jest nieoceniony. Razem z Hüsker Dü, Pixies i Sonic Youth wymyślili indie rocka, a na ich dokonania powoływały się takie zespoły jak Oasis, The Killers czy The National. Duet Morrissey-Marr to jedną z lepszych rzeczy, jakie spotkały deszczowy Manchester, ale rezultat ich współpracy to nie tylko hity. Nagrali również wiele niesłusznie zapomnianych utworów, a poniżej znajdziecie pięć z tych, na które warto zwrócić szczególną uwagę.

"Frankly, Mr. Shankly"

"The Queen is Dead" uchodzi za najlepszy album The Smiths, czemu trudno się dziwić. Zespół wspiął się na nim na wyżyny możliwości, osiągnął kwintesencję swojego stylu. Gitarowe zagrywki Marra - sięgające od surf rocka aż po raczkujący wtedy jangle pop - dźwigały zawartość instrumentalną przy równie charakterystycznym wokalu Morrisseya i dziko pulsującej sekcji rytmicznej stanowiącej coś więcej niż tylko element tła. Mimo niezliczonych pochwał, wiele osób - delikatnie pisząc - nie przepada za drugim na krążku "Frankly, Mr. Shankly".

 

Na facebookowej grupie The Smiths Smithsposting - zrzeszającej siedemdziesiąt dwa tysiące fanów zespołu - powstała ankieta na najgorszy utwór The Smiths, w której "Frankly, Mr. Shankly" zwyciężył w cuglach, a jednak warto podjąć próbę wybronienia go chociażby dlatego, bo stanowi wizytówkę zespołu. Wesoła melodia leżąca u fundamentu kawałka, brzmiąca jak skrzyżowanie spowolnionego ska z indierockowymi flażoletami, sprawnie uzupełnia znacznie mniej pogodny tekst Morrisseya o tym, jak niesprawiedliwie poważni bossowie z wytwórni traktują młodych artystów. Nonszalancko rzucone oddaj nam pieniądze w końcówce brzmi kąśliwie i szorstko - stara brytyjska szkoła.

"William, It Was Really Nothing"

Kiedy lata temu Roman Rogowiecki próbował przekonać całą Polskę, że najlepsze płyty to składanki, chyba nikt mu nie wierzył. Ja też nie wierzyłem, ale czas zadziałał na korzyść legendarnego dziennikarza radiowej Trójki. "Hatful of Hollow", czyli właśnie składanka, albo - pisząc dosadniej - zbiór odpadów, jest prawdopodobnie moim ulubionym materiałem The Smiths. Znalazły się tutaj świetne numery, które szybko urosły do miana klasyków, choć nie pojawiły się na żadnym z pełnoprawnych krążków (chociażby "Heaven Knows I'm Miserable Now"); wielkie hity podane w odmiennej aranżacji ("This Charming Man" w wersji akustycznej), znalazło się również "William, It Was Really Nothing".

To jedna z najlepszych rzeczy, jakie powstały pod szyldem The Smiths. Idealny energetyczny kop na wejście. Od początku do końca Marr nieustannie szarżuje firmowym riffem ozdobionym akustycznymi wtrętami, a w emocjonującym tekście Morrissey przekonuje bliskiego przyjaciela, by nie marnował życia na ślub z kobietą, której nie kocha. Wszystko w lekko ponad dwie minuty, bo w tym zespole nie było zgody na przerost formy nad treścią.

"Is It Really So Strange?"

Sytuacja bardzo podobna do "William, It Was Really Nothing" - niedoceniony numer ze składanki nie tracącej niczego w porównaniach z resztą dyskografii kapeli. Co ciekawe, "Louder than Bombs" powstało bardziej z pobudek biznesowych niż artystycznych. Stało się tak dlatego, ponieważ w 1987 roku The Smiths opublikowali kompilacyjny album "The World Won't Listen", sprofilowany głównie pod brytyjską publikę. Materiał odniósł sukces, ale zespół szybko uznał, że trzeba przygotować oddzielnie wydawnictwo z myślą o amerykańskim rynku. Może to skok na kasę, ale dzięki temu usłyszeliśmy tak świetne, nieopublikowane wcześniej kawałki pokroju "London" (być może najbardziej jadowitego z repertuaru angielskiego kwartetu) albo "Is It Really So Strange". Ta niedoceniona, aczkolwiek w pełni oszlifowana perła dobrze sumuje najlepsze części składowe The Smiths, głównie za sprawą melodii brnącej w rejony country i refrenu, w którym Morrissey zaciąga z elegancją wczesnego Elvisa Presleya. Świetnie sprawdza się też warstwa liryczna - opowieścią Moza o tym, że możesz go skopać, możesz zmiażdżyć mu twarz albo nawet złamać kręgosłup, ale i tak będzie cię kochał. Czy da się bardziej romantycznie?

"Paint a Vulgar Picture"

"Strangeways, Here We Come" odniosło duży sukces po premierze, sprzedało się w około milionie egzemplarzy na całym globie, ale wśród fanów i dziennikarzy już chyba na zawsze będzie uchodzić za "chłopca do bicia" w dyskografii The Smiths. Trudno na tym wydawnictwie znaleźć młodzieńczy żar "Meat is Murder", siłę kontrastów "The Smiths" czy wzorowo poprowadzone przeboje z "The Queen Is Dead". Czwarty krążek Marra i spółki prezentuje wysoki poziom, ale wypada blado w porównaniu z poprzednikami - nie zmienia niczego ani w historii zespołu, ani tym bardziej w historii muzyki w ogóle, momentami wręcz przynudza.

Nic dziwnego, że po premierze albumu zespół rozpadł się w atmosferze konfliktu. Na szczęście nawet tutaj łatwo o jedne z lepszych numerów, jakie zespół kiedykolwiek nagrał, a "Paint a Vulgar Picture" do nich należy. W tekście - podobnie jak we "Frankly, Mr. Shankly" - Morrissey wytyka wytwórniom płytowym wyzyskiwanie artystów i bezduszność, ale czuć, że jest o rok starszy, że więcej w nim wywołanego rozczarowaniem cynizmu niż nieokiełznanego gniewu. Do tego numer zawiera świetny temat gitarowy, brzmiący tak sympatycznie i wiosennie jak najlepsze lata brit-popu, które dopiero miały nadejść, a solówka z basowym pochodem w tle dodatkwo uwydatniają jego wartość.

"Miserable Lie"

O ile debiutancki "Meat is Murder" udowadniał, że za The Smiths stoi wielki talent i niekwestionowana umiejętność pisania przebojowych piosenek, o tyle na drugiej płycie zespół musiał pójść o krok dalej. Nie tylko utwierdzić swoją pozycję, ale pokonać kolejny szczebel, wskoczyć wyżej i stać się reprezentantem własnej ligi. Na eponimicznym krążku grupa wywiązała się z zadania wzorowo, by tylko wspomnieć, że właśnie tutaj znajdziemy tak legendarne klasyki jak "This Charming Man", "What Diffference Does It Make" czy "Suffer Little Children". W ich cieniu zapomniany został jednak świetny "Miserable Lie", a to prawdopodobnie najbardziej zaskakujący utwór w dorobku zespołu.

Zaczyna się dosyć niepozornie, wakacyjnym riffem trącącym rockiem psychodelicznym, ale mniej więcej po minucie kawałek niespodziewanie przyspiesza, a gęste zagrywki Marra wspierane są wręcz groteskowym falsetem Morrisseya i... d-beatem! Dwubiegunowość utworu bezsprzecznie potrafi wprowadzić w osłupienie, zwłaszcza wtedy, jeśli słuchacz dopiero poznaje dokonania The Smiths. Zaskoczenie łagodzi jednak tekst - opowiada o frustracji wywołanej nieudaną miłością, a wers: Zrujnowałeś mój niewinny umysł - nie jeden, lecz dwa razy uderzy w środek duszy każdego, kto przeżył sercowy zawód.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły o muzyce