Obraz artykułu King's Man: Pierwsza misja. Wojna... Wojna nigdy się nie zmienia

King's Man: Pierwsza misja. Wojna... Wojna nigdy się nie zmienia

75%

Jak podejść do filmu, w którym z jednej strony rozgrywają się rodzinne dramaty z I wojną światową w tle; a z drugiej wystylizowany na Marilyn Manson z okresu "Holy Wood" Rasputin używa baletowych figur jako sztuki walki? Nie każdy będzie w stanie utrzymać się na rozhuśtanej przez reżysera linie oddzielającej dwie skrajności, ale wielbiciele ekstremalnych atrakcji nie będą rozczarowani.

Do pewnego stopnia także o wcześniejszych częściach "Kingsman" (lub późniejszych, jeżeli wziąć pod uwagę chronologię wydarzeń) można napisać, że sprawnie łączyły widowiskową akcję (scena w kościele z "jedynki" pozostaje jedną z najbardziej imponujących w ostatnich latach) z przyziemnymi problemami ludzi z krwi i kości; a bezkompromisową brutalność i wulgarność z niedorzeczną czy odrealnioną przemocą rodem ze "Zwariowanych melodii". "Pierwsza misja" poszerza jednak to spektrum, przeciwieństwa znajdują się jeszcze dalej od siebie, co pozwala reżyserowi ponownie zaskoczyć publiczność po dość zachowawczym "Złotym Kręgu" sprzed czterech lat.

 

Ostatni akt filmu to cliffhanger za cliffhangerem i to w dosłownym tego słowa znaczeniu - Orlando Oxford (Ralph Fiennes) na odcinku piętnastu-dwudziestu minut wisi na krawędzi skrzydła spadającego samolotu, na krawędzi skalistej góry, na krawędzi podestu windy, a pomiędzy narzucającymi rytm momentami gwałtownie rosnącego napięcia wspina się z nożem wystającym z buta, walczy bronią białą i palną, zasłania się tarczą prze wybuchem granatu, a nawet zaprzyjaźnia się z kozą... W "poważniejszych" momentach w każdej z tych scen można doszukać się naleciałości z animacji pokroju "Chuck Norris i jego karatecy" albo "G.I. Joe: A Real American Hero" z lat 80., w bardziej komediowych nie byłoby zaskoczeniem, gdyby komuś wybuchło w ustach cygaro albo spadło na głowę kowadło. Łatwo można zapomnieć, że ten sam Orlando Oxford chwilę wcześniej mierzył się z dotkliwą stratą i to nie pierwszą w tym filmie, ale właśnie w kontraście pomiędzy patosem a nonsensem tkwi siła "Pierwszej misji", a iskry powstające w wyniku tarcia tych dwóch ekstremum pozwalają wywołać efekt świeżości i zaskoczenia.

Kadr filmu "King's Man: Pierwsza misja". Musztra między bohaterami.

Sceny walk w obiektywie Matthew Vaughna zawsze cieszą oko, to jeden z nielicznych współczesnych twórców, którzy potrafią pracować z niewytrenowanymi na poziomie Keanu Reevesa aktorami/aktorkami i nie sięgać po najprostszy możliwy kamuflaż w postaci dużych zbliżeń, drżącej kamery i szybkich cięć. Dowodzi, że z pomocą dublerów i subtelnych sztuczek cyfrowych (dzięki którym chociażby ta znakomita scena w kościele sprawia wrażenie nakręconej w jednym ujęciu) można zachować klarowność obrazu i nie utracić wiarygodności, kiedy panowie po pięćdziesiątce stają w nadludzkie szranki na śmierć i życie. Najlepszy przykład to konfrontacja z Grigorijem Rasputinem (Rhys Ifans jako demoniczny mnich kradnie każdą scenę), która nie tylko została opatrzona znakomitą, nietuzinkową choreografią (pomysłu dopiero początkującego w tej dziedzinie Wayne'a Dalglisha), ale również wizualnym przepychem, dbałością o detale i kojarzącymi się z Wesem Andersonem symetriami.

 

Jedyny chaotyczny, niosący niepełne albo niezrozumiałe przesłanie element filmu to jego polityczne zaplecze. "Pierwszą misję" osadzono w ściśle dookreślonych realiach historycznych, a na ekranie pojawiają się postacie z podręczników, które brały udział w europejskim życiu politycznym tuż przed wybuchem I wojny światowej i w jej trakcie, co nie daje się tak łatwo sprowadzić do poziomu żartu, jak starcia z całkowicie fikcyjnymi szaleńcami. Trudno się nie skrzywić, kiedy dążenie do wyzwolenia spod imperialistycznych szponów okazuje się głównym celem czarnego charakteru albo kiedy dokładnie każdy przywódca poza Jerzym V (Tom Hollander) ukazany zostaje jako zakompleksiony, słaby i uzależniony głupiec. A jak jeszcze dorzucić stopniowe osłabianie pacyficznego przekazu i przyzwolenie na tworzenie przez nikogo niekontrolowanej agencji wtrącającej się w sprawy międzynarodowe, w głowie zaczyna kiełkować pytanie o to, kto tutaj właściwie jest złoczyńcą. Może to kolejna próba połączenia skrajności, ale o ile żarty z seksualnej nadpobudliwości Rasputina nikogo nie powinny urazić, o tyle ukazywanie Lenina i Hitlera jako projektów człowieka niechętnego brytyjskiej koronie nie jest najlepszą decyzją fabularną.

Kadr filmu "King's Man: Pierwsza misja". Zbliżenie na głównego bohatera.

"King's Man: Pierwsza misja" to świetna zabawa i udany unik reżysera przed sidłami powielania tego samego pomysłu aż do znudzenia, ale warto się bawić odpowiedzialnie, zwłaszcza jeśli wykorzystuje się figurki wypożyczone z galerii realnych postaci ginących na realnej wojnie. Przymknięcie oka na to i na gwałtowne przeskoki z tonu na ton to warunki, które na pewno dla części widzów będą niemożliwe do spełnienia, pozostałych ucieszy powrót serii do wysokiej formy i ponad dwie godziny wizualnie zachwycającego absurdu.


King's Man: Pierwsza misja

Tytuł oryginalny: The King's Man

Stany Zjednoczone/Wielka Brytania, 2021

20th Century Fox Film Corporation

Reżyseria: Matthew Vaughn

Obsada: Ralph Fiennes, Rhys Ifans, Gemma Arterton



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły o muzyce