Obraz artykułu Mikromusic zagrali w gdańskim Żaku

Mikromusic zagrali w gdańskim Żaku

Kto w Żaku był, ten wie, że na drugim piętrze Sali Suwnicowej znajduje się balkon sprzyjający w pełni introwertycznemu odbiorowi koncertu.

Zaraz po przekroczeniu progu, udałem się właśnie w tym kierunku, ale kilka minut później okazało się, że Mikromusic przyciągnęło tłum fanów uniemożliwiających ukrycie się.

Gęsto było nie tylko przed sceną, ale także na niej - sekcja rytmiczna, gitara, klawisze, cały instrumentalny straganik Adama Lepki, który - zgodnie ze słowami Natalii Grosiak - potrafi zagrać na wszystkim oraz sama Natalia, a właściwie nie sama, bo z siódmym, jeszcze nienarodzonym członkiem Mikromusic. Nie jest to jednak przepych na wyrost. Wielbiciele komiksów od zawsze podchodzą z rezerwą do Supermana - jedna postać potrafiąca latać, strzelać z oczu laserami, wyrzucać z siebie lodowy podmuch, a w dodatku przy nieco większym wysiłku zmieniająca orbitę planety. Przesada! Jego odpowiednikiem w polskiej muzyce jest natomiast Mikromusic. Dobrym przykład to singlowa „Krystyna” pochodząca z wydanego na początku października albumu „Matka i żony”. Jest tu indie pop; świetna, całkowicie przełamująca nastrój jazzowa solówka na pianinie; jest chwytliwy refren ze stopniowo narastającym i opadającym wokalem cedzącym pojedyncze słowa (trochę jak w pierwszych wersach „Paranoid Android” Radiohead); jest nieco patetyczny (w pozytywnym sensie) fragment instrumentalno-chóralny. Kompozycja o zdecydowanie radiowym charakterze, a jednak wolna od banału.

Część utworów z „Matki i żon” znalazło się na ścieżce dźwiękowej do filmu „Chemia”, ale to nie jedyne ambicje zespołu dotyczące dziesiątej muzy. Zapowiadając „Pocałuj Pochowaj”, Grosiak wskazała na idealnego reżysera ewentualnego teledysku. Quentin Tarantino może wydawać się nieco przesadzonym marzeniem, ale tylko jeżeli nie słyszeliście tego westernowego szlagiera. W przeciwnym wypadku wystarczy na chwilę przymrużyć oczy, a natychmiast pod powiekami pojawia się jedna ze scen, w których bohaterski Django rozprawia się z handlarzami niewolników. Prace nad „Nienawistną Ósemką” wciąż trwają, ktoś koniecznie musi przesłać „Matkę i żony” na adres Tarantino zanim skończy postprodukcję.

W koncertowym repertuarze nie mogło oczywiście zabraknąć starszych przebojów. Było „Pod Włos”, było „Dobrze jest”, był też „Sopot”. Najważniejszym punktem programu było jednak „Takiego chłopaka”, bez którego występ Mikromusic byłby jak film Tarantino bez przeklinania. Przy okazji przeklinania - „Niemiłość” w wersji drugiej (czyli nie „w nosie to mam”, lecz w hmmm... sempiternie) to na albumie przyjemny, wpadający w ucho kawałek. Na żywo, przy akompaniamencie pełnej sali staje się natomiast niesamowitym przeżyciem. A zresztą, nie będę pruderyjny - to czysta przyjemność usłyszeć, jak mniej więcej sześćset osób chóralnie śpiewa: „W dupie to mam”. Od razu robi się człowiekowi lżej.

Palcem nie wskażę, ale w ostatnich latach wiele polskich wokalistek przyjęło niemal identyczną manierę śpiewania. Trudno się dziwić, skoro za każdym razem błyskawicznie otrzymują ogromną uwagę mediów oraz potężne grono odbiorców. Na tym tle głos Natalii Grosiak przynosi wręcz ulgę. Wreszcie inna barwa, inny zestaw technik i kompletny brak uszczerbku na chwytliwości czy nastrojowości. „Matka i żony” to doskonały dowód na to, że nie trzeba być dwudziestą kopią Julii Marcel, żeby odnaleźć swoją - wcale niemałą - niszę. Nazwa Mikromusic to już czysta kurtuazja, dawno temu powinna zostać zmieniona na Makromusic.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły o muzyce