Wczasy: Mam wrażenie, że niektóre rzeczy po prostu nie mogą się w Polsce udać

Wczasy to zespół kontrastów, sarkazmu, wpadających w ucho melodii i przejmujących refleksji. Niedawno wydał drugi album, a o jego trudnym do uchwycenia nastroju; rezygnacji wynikającej z życia w Polsce; poczuciu pustki towarzyszącym zakończeniu procesu twórczego, a nawet o "Mortal Kombat" przeczytanie w zapisie naszej rozmowy.

Jarosław Kowal: Nie wiem, jak to zrobiliście, ale "To wszystko kiedyś minie" raz wydaje się optymistycznym, łagodnym albumem; kiedy indziej przygnębiającym i melancholijnym. Dla was też ma tak skrajnie odmienne oblicza czy potraficie precyzyjnie określić jego nastrój?

Jakub Żwirełło: Wszystko zależy od utworu. Kiedy nagrywaliśmy album, nie myśleliśmy o jednej konkretnej emocji, która ma nad całością górować, to się dopiero później wyklarowało. Miałem podobne wrażenia, kiedy słuchałem tego materiału w trakcie nagrywania - niektóre momenty miały w sobie coś dającego nadzieję, na przykład "Tyle słów" albo "Tak pięknie", a niektóre z założenia miały być dołem, na przykład "Pogoda". Cieszy nas to, że rezultat właściwie każdego dnia może zostać odebrany trochę inaczej.

Prawdopodobnie gdyby puścić komuś, kto nie zna języka polskiego utwór "Polska (serce rośnie)", odebrałby go w jednoznacznie pozytywny sposób. Często zespoły posługujące się innym językiem niż angielski podkreślają, że barierę da się przełamać dzięki jednoznacznemu przekazowi emocjonalnemu, ale mam wrażenie, że u was istotniejszy jest kontrast pomiędzy słowami a muzyką.

Bartłomiej Maczaluk: Może tak jest, ale mieliśmy przyjemność zagrać trasę koncertową po Słowacji i Czechach, gdzie ludzie nie tylko żywo reagowali na muzykę, ale też rozumieli, o co nam chodzi, a przynajmniej takie odnosiliśmy wrażenie i wynikało to też z rozmów po koncertach. Z drugiej strony w tym przypadku mogła to być kwestia bliskości językowej. Na pewno nasza muzyka nie jest bardzo eksportowa, tak jak powiedziałeś - żeby w pełni docenić, co mamy na myśli, trzeba rozumieć słowa i kumać ironię.

 

JŻ: Widać to dobrze na przykładzie "Polski", bo nie wiem, jakie emocje mogłaby oddawać w tym wypadku sama muzyka - czy smutne, czy wesołe. Chyba przede wszystkim emocje stadionowe. W każdym razie na pewno nie ma kminy na ten temat w trakcie komponowania. Najpierw robimy muzykę, później myślimy, o czym będzie tekst, ale nie zakładamy, że będą w tym obecne kontrasty - tak po prostu wychodzi.

Kraj mnie wkurwia, ale są tutaj fajni ludzie, są fajne momenty i czasami jest pięknie.

Kiedy myślicie o Polsce, to czujecie bardziej złość czy bardziej rozczarowanie albo nawet wstyd? Mam wrażenie, że na "To wszystko kiedyś minie" mniej jest zachęty do walki z podniesioną pięścią, a więcej machania ręką na cała tę sytuację i odpuszczania sobie.

JŻ: Jest dokładnie tak, jak powiedziałeś - czuję totalną rezygnację. Nie mogę chyba nawet uznać tego stanu za pogodzenie się z tym wszystkim, to raczej myślenie typu: Urodziłem się w Polsce, w kraju traumatyzowanym od lat i trudno. Mam wrażenie, że niektóre rzeczy po prostu nie mogą się tutaj udać, ale z drugiej strony nie trzeba się na tym skupiać. Kraj mnie wkurwia, ale są tutaj fajni ludzie, są fajne momenty i czasami jest pięknie.

 

BM: Jestem bardzo zmęczony sytuacją polityczną w naszym kraju, dominującym uczuciem jest u mnie zmęczenie. Mam już naprawdę dosyć i pewnie stąd brak w naszej muzyce nawoływania do walki - ciężko walczyć, kiedy jest się tak bardzo wycieńczonym. Szczególnie, że na co dzień toczymy walkę o byt, o przetrwanie, o to, żeby było co na obiad zjeść i żeby było nas stać na chleb. W moim przypadku emocje podążają bardziej w tym kierunku.

Polskę znacie najlepiej, bo tutaj mieszkacie, ale problemy Polski w większości nie są problemami ekskluzywnymi dla tego jednego kraju. Nie myśleliście o tym, żeby - tak jak niegdyś zespoły Maanam czy Kat - nagrywać również angielskojęzyczne wersje albumów?

JŻ: Anglojęzyczne nie, ale myśleliśmy o wersjach rosyjskojęzycznych. Bartek jest po filologii rosyjskiej i już kiedyś rozmawialiśmy o tym, że wszyscy idą na Zachód, a może my poszlibyśmy na Wschód.
 

BM: Próbowaliśmy już nawet śpiewania w innym języku w Czechach, gdzie promotorzy przetłumaczyli dla nas tekst "Dzisiaj jeszcze tańczę" - jakoś to szło. Może gdybyśmy zostali w słowiańskim kręgu językowym, miałoby to sens.

JŻ: Nagrywanie naszej muzyki po angielsku mogłoby wyjść komicznie, trochę jak płyta Myslovitz po angielsku... Ale tam były złe tłumaczenia, więc może dlatego to nie wyszło.

 

A czy gdyby w wyniku jakichś przedziwnych zdarzeń okazało się, że jesteście ostatnimi ludźmi na Ziemi albo ostatnimi, którzy znają język polski, nadal czulibyście się zmotywowani do tworzenia muzyki? Sama potrzeba artystycznej działalności wystarcza wam czy bez reakcji zwrotnej słuchaczy/słuchaczek straciłoby to sens?

BM: Gdybyśmy zostali tylko we dwóch, to pewnie gralibyśmy sobie na gitarkach przy ognisku i przy okazji piekli ziemniaki, ale gdybyśmy byli ostatnimi osobami, które mówią po polsku, to chyba przerzucilibyśmy się na angielski. Wcześniej zresztą graliśmy w zespołach, które miały piosenki napisane tylko i wyłącznie po angielsku. Sprzężenie zwrotne jest w muzyce bardzo ważne.

 

JŻ: Szczególnie w sytuacji koncertowej feedback publiczności jest bardzo istotny. Nasze teksty oparte są na emocjach i mam wrażenie, że niektóre tematy trudno byłoby aż tak bezpośrednio przekazać po angielsku.

BM: Myślę, że niektóre osobiste tematy nie byłyby dla mnie aż tak trudne do przekazania w innym języku, ale społeczne obserwacje w naszej muzyce mają sens chyba tylko po polsku... Chociaż nie wiem, są też bardziej uniwersalne tematy, na przykład kawałek "Biorę do siebie", gdzie poruszane są globalne problemy.

W feudalnej Japonii w samurajskich rodzinach był taki zwyczaj, że młodego chłopca w pewnym wieku wysyłano na noc na cmentarz i mam wrażenie, że większość "To wszystko kiedyś minie" jest jak taka noc spędzona na cmentarzu, po której wracasz trochę bardziej oswojony z przemijaniem.

BM: To jest bardzo radykalny przykład, ale rzeczywiście nagraliśmy album o przemijaniu, na co wskazuje zresztą sam tytuł. Dość długo zastanawialiśmy się nad jego nazwą, ale koniec końców kiedy już przeanalizowaliśmy atmosferę, która dominuje w tych utworach i w tekstach, stwierdziliśmy, że fraza to wszystko kiedyś minie wyciągnięta z kawałka "Tyle słów" dobrze opisuje całą zawartość płyty.

 

Z drugiej strony utwór "Trans" ma kompletnie inny charakter, bardziej klubowy, pada w nim zaledwie kilka wielokrotnie powtórzonych słów, jest najdłuższy na albumie, a to, co dzieje się w jego drugiej połowie może się kojarzyć z muzyką do filmu "Mortal Kombat" z lat 90. Z resztą albumu łączy go charakterystyczna dla was melancholia, więc na pewno nie jest wyrwany z kontekstu, ale czy z waszej perspektywy jest wyraźnie inny od reszty?

JŻ: Muzycznie czy produkcyjnie na pewno ten utwór jest trochę inny, ale tak naprawdę "Tyle słów" przez to, że jest bardziej gitarowe też jest trochę inne. Fajne skojarzenie z "Mortal Kombat", jeżeli chodzi o bijatyki, to ja akurat jestem tekkenowcem.

BM: Ja mam soundtrack do "Mortal Kombat" we krwi - jestem z rocznika osiemdziesiątego czwartego i wychowywałem się na tym. Kiedy film wchodził do kin, był na niego totalny szał.

JŻ: Chcieliśmy tutaj zrobić coś à la klubowy kawałek, próbowaliśmy oddać pewien rodzaj transu, w jaki czasami wpada się na imprezie, kiedy zostajesz sam ze swoimi myślami. Może to też jest element przemijania. Przy komponowaniu zarówno całego albumu, jak i tego konkretnego kawałka w ogóle nie myśleliśmy o takich rzeczach, jak jakieś konkretne klimaty muzyczne, czy jedno z drugim będzie do siebie pasować, czy nie. Po prostu nagrywaliśmy utwory, na które w danym momencie mieliśmy ochotę. "Trans" wieńczy mocno imprezowy okres w naszych życiach i fascynację muzyką klubową z lat 90.

BM: Działa to trochę na zasadzie kartki z pamiętnika. Bardzo dużo wcześniej imprezowaliśmy, a ten utwór zawsze będzie nam o tamtym czasie przypominał.

Może się wydawać, że wyrzucanie z siebie refleksji na temat życia we współczesnej Polsce albo na temat relacji międzyludzkich odbywa się na zasadzie strumienia świadomości, wypływa z wnętrza w naturalny sposób i nie potrzebuje oszlifowania, ale czy w rzeczywistości jesteście wobec siebie bardziej krytyczni i długo siedzicie nad pierwszymi pomysłami zanim przemienią się w te ostateczne?

BM: Wszystko zależy od utworu, trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Niektóre wypływają z nas bardzo szybko, są gotowe już nawet z tekstem, ale są też takie, nad którymi dłużej kminimy.

 

JŻ: Uważam, że mimo wszystko jesteśmy dość surowymi krytykami wobec siebie samych. Rzeczywiście niektóre rzeczy szybko z nas wypływają, ale myślę, że nad ostateczną formą czy to tekstu, czy muzyki długo się zastanawiamy. Jesteśmy dwoma recenzentami i krytykami, jeżeli czujemy, że coś nie jest zrobione poniżej pewnych granic i poniżej dobrego smaku, to wydajemy taki materiał.

Żaden z nas nie ma zwyczaju regularnego zapisywania myśli, jesteśmy w życiu dosyć chaotyczni, więc może wydawanie albumu raz na jakiś czas wynika z głębokiej, nie do końca świadomej potrzeby zatrzymania jakiegoś momentu z życia, podsumowania etapu.

Spoglądacie krytycznie na poprzedni album? Zdarza się, że w myślach coś w nim poprawiacie?
BM: Staramy się do tego nie wracać - wydane rzeczy są wydanymi rzeczami.

JŻ: Albumy to znak czasu, w jakim powstawały. Może wyjebałbym jeden kawałek, ale reszta nadal mi się podoba i nie myślę o brzmieniu czy innych związanych z tym kwestiach. Tacy byliśmy w tamtym momencie i pewnie jak za parę lat spojrzymy na "To wszystko kiedyś minie", to będziemy myśleć podobnie.

 

BM: To działa jak pamiętnik, którego nie piszemy. Próbujemy uchwycić w muzyce ulotne emocje. Żaden z nas nie ma zwyczaju regularnego zapisywania myśli, jesteśmy w życiu dosyć chaotyczni, więc może wydawanie albumu raz na jakiś czas wynika z głębokiej, nie do końca świadomej potrzeby zatrzymania jakiegoś momentu z życia, podsumowania etapu.

JŻ: To nie wynika z kalkulacji, to kwestia odczuwania zadowolenia - jeżeli wtedy wzbudzało to w nas radość, to teraz jest tak samo. Niczego nie miksowałbym na nowo jak Kanye West. Poszło w świat i żyje własnym życiem.

A jak bardzo różniła się praca nad tym albumem od poprzedniego? Na pewno tym razem doszli goście, ale - o ile się nie mylę - zaprosiliście znajomych, więc podejrzewam, że znalezienie wspólnego języka z każdą z tych osób nie było trudne.

JŻ: Do zaproszenia akurat tych osób doszło w bardzo naturalny sposób - to wszystko są nasze dobre ziomalki i jeden ziomek, Eurodanek. Z każdą z tych osób gdzieś pomiędzy zakończeniem prac nad wcześniejszym albumem a rozpoczęciem działań z nowym nawiązaliśmy jakieś relacje. Nie chcieliśmy robić featów na jebnięcie, czyli takich, które będą nas ciągnęły w górę - bo chociażby w rapie zazwyczaj zaprasza się kogoś bardziej znanego od siebie, żeby podbić zainteresowanie - woleliśmy zaprosić kogoś, kogo lubimy i uchwycić relacje, jakie udało się nam na przestrzeni lat zawrzeć.


Nad tym albumem pracowaliśmy o wiele dłużej. "Zawody" robiliśmy może z rok, ale pracy były o wiele mniej i dopiero uczyliśmy się tego wszystkiego. Teraz postanowiliśmy samodzielnie zająć się miksem, na końcowym etapie pomagał nam Piotrek Maciejewski, kupiliśmy też więcej sprzętu, więc jak tylko pojawił się na przykład nowy efekt, to automatycznie chcieliśmy użyć go we wszystkich ścieżkach, co bardzo wydłużało pracę.

BM: Przede wszystkim samodzielny miks wszystko wydłużył. Pierwszy album produkowaliśmy sami, ale kiedy mieliśmy już skończony materiał, zebraliśmy wszystkie ślady i wysłaliśmy je do Michała Kupicza, który przy "Zawodach" odpowiadał na miks, a przy "To wszystko kiedyś minie" już tylko za mastering. Pewnych rzeczy w trakcie pracy nad drugą płytą musieliśmy się nauczyć.

Jest na "To wszystko kiedyś minie" dużo nostalgii, ale czy sam album też staje się dla was nostalgicznym wspomnieniem? Może to zbyt romantyczna wizja, ale po całym tym procesie przetwarzania inspiracji, komponowania i nagrywania, kilka dni temu wypuściliście album w świat, musieliście zakończyć etap wzmożonej działalności twórczej i wyobrażam sobie, że może się z tym wiązać tęsknota, poczucie, że zbierane od kilku lat zasoby zostały wyczerpane.

JŻ: Jest dokładnie tak, jak myślisz - odkąd skończyliśmy pracę nad albumem, nie mogę się pozbierać. Kiedy tylko go wydaliśmy, od razu wjechał mocny dół.

BM: A do tego jesień w tym roku jest wyjątkowo ciężka, co jeszcze wzmacnia tego rodzaju odczucia. Myślę, że może to być związane również z tym, że naprawdę długo nad "To wszystko kiedyś minie" pracowaliśmy. Jak już tyle się z siebie wyrzuca, to trzeba przez chwilę odchorować.

 

JŻ: Teraz czekamy na to, żeby pograć koncerty i może zaraz zaczniemy robić coś nowego. Pierwsze kawałki na drugi album, na przykład "Dylatacja", powstały ze dwa miesiące po wydaniu "Zawodów", więc może zaraz to zrezygnowanie i dół miną.

 

Zespół Wczasy wystąpi podczas Soundrive Festival 2022 (9-13 sierpnia 2022 roku), więcej informacji TUTAJ.

 

fot. Nata Moszyńska


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki