Lochy i Smoki: Emo jest jak opustoszała szkoła po zakończeniu roku

Jedni z najciekawszych reprezentantów emo w Polsce wrócili. Lochy i Smoki zadebiutowały w 2015 roku, ale później zniknęły na długi czas i dopiero teraz zapowiadają drugi długogrający materiał. Z Arkiem Lewkowiczem, śpiewającym basistą, rozmawiam o psychicznej stabilności, życiowych niepokojach i symulatorach piłki nożnej.

Łukasz Brzozowski: Wielu moich dobrych znajomych określa was jako najlepsze emo w Polsce. Nie wiem, czy uważacie podobnie, ale ciekawi mnie, jakie elementy waszym zdaniem musi zawierać dobra płyta z muzyką emo?

Arek Lewkowicz: Masz dziwnych znajomych. Nie mam pojęcia, co powinna zawierać dobra emo-nagrywka, bo pomysłów na emo jest od groma. Na pewno tego typu muzyka musi być smutna, ale to chyba trochę memiczny sposób jej postrzegania. Nie chcę wpadać w banały typu ma być szczerze i prost z serduch, bo co te określenia tak naprawdę znaczą? Można tak powiedzieć dosłownie o wszystkim. Do mnie w dobrym emo trafia najbardziej coś w stylu mieszanki lata z jesienią. Ponadto dużo melancholii, trochę wyrzygania tego, co gdzieś leży w środku i ciśnie, ale też odwilż i beztroska. Głupio mi się o tym mówi, ale muzyka, która najbardziej spaja się z moimi preferencjami to taka, która przywołuje konkretne obrazy - przy emopochodnych chodzi przede wszystkim o coś w stylu opustoszałej szkoły po zakończeniu roku, szwendania się po pustych ulicach - takie rzeczy. Jeśli do tego znajdę w tym teksty, które w jakiś sposób otworzą mi głowę na zjawiska, o których inaczej bym nie pomyślał, jestem w domu.

Z mieszaniem lata z jesienią idealnie trafiłeś w moje preferencje związane z tą muzyką, ale dlaczego smutek ma równać się jej memicznemu postrzeganiu? Przecież emo wesołe nie jest i nie powinno być.

Tak zupełnie wesołe to może faktycznie nie, ale nie jest też tak, że muszą w nim być same smuty, żyletki, czarne grzywki oraz eyeliner. Żeby daleko nie szukać, nie nazwałbym naszych ostatnich trzech singli nadmiernie smutnymi - nóżką do tego potupiesz, a potem hyc na terapię [śmiech]. Nie, żeby ze smutkiem było coś nie tak, ale zdaje mi się, że to jest taki najbardziej "surface level" tego całego emo.

 

Smutku w waszej muzyce nie ma bardzo dużo, ale jest wiele zwątpienia.

Zdecydowanie tak. Zwątpienia, zrezygnowania, kompleksów mamy po kokardę, ale też godzenia się z tym, że pewne rzeczy są, jakie są i może niekoniecznie priorytetem jest zmieniać je, mimo że kiedyś spędzało to nam sen z powiek. Jeśli miałbym wyszczególnić motyw przewodni naszych tekstów, szczególnie na nowej płycie, byłoby to chyba właśnie godzenie się ze stanem rzeczy.

 

Przy nagrywaniu debiutu godzenie się ze stanem rzeczy też przychodziło łatwo?

Nie, totalnie nie. Wtedy tak naprawdę dopiero formowałem konkretne oczekiwania od życia. Debiut wyszedł w 2015 roku, ale prace nad nim zaczęły się co najmniej dwa lata wcześniej. Ja i Krzysiek jeszcze studiowaliśmy, Paweł chyba studia dopiero zaczynał, więc totalnie żyliśmy jeszcze w beztroskiej bańce, próbując się odnaleźć na kilku frontach jednocześnie, ale bez jakiejkolwiek spiny. Zresztą okres studiowania i to, jak bardzo straconym czasem okazał się przepracowałem w jakimś stopniu dopiero na przestrzeni trzech ostatnich lat. Dalej nie powiedziałbym, że jestem totalnie wolny od frustracji związanej z tym, jak pewne wątki mojego życia się potoczyły i obecnie wyglądają - czy to globalne, czy personalne - ale wydaje mi się, że ważniejsze i bardziej realne od takiego kompletnego zwalczenia tych frustracji w sobie jest nabycie narzędzi do ich temperowania, ucinania i wyciszania.

Jakich narzędzi używasz, by temperować swoje frustracje?

Teraz czuję się jak na kozetce. Różnych - jednych mniej zdrowych, innych bardziej. To jest droga. Na pewno jeszcze pracuję nad tym, by odkryć te najbardziej właściwe narzędzia do zarządzania swoimi oczekiwaniami, a do tego uczę się być "tu i teraz", choć wiem, jak bardzo holistycznym gównem takie deklaracje podjeżdżają. To jest zresztą coś, czego szczególnie każdy świeży rodzic musi się nauczyć w tempie ekspresowym. Ponadto rozwijanie zainteresowań, pasji, czyli chociażby robienie muzyki, bez żadnych związanych z tym oczekiwań. Nie znam lepszego sposobu na zdefragmentowanie przy jednoczesnym wyżyciu się. Tworzenie czegoś z samej potrzeby tworzenia.

 

Mimo wyrzygiwanych emocji, nie tylko one są w waszej muzyce ważne, równie wielką rolę odgrywają melodie. To element kompozycji, nad którym spędzacie najwięcej czasu?

Akurat nie, to zasługa głównie Pawła. Co chwyci za gitarę, to coś ładnego mu wychodzi, gdzie moje pomysły są wynikiem parogodzinnej rzeźby, bo ich większość zaczyna się nie od melodii, a od rytmu albo frazy. Najwięcej czasu spędzamy chyba nad wokalami, jesteśmy bardzo boleśnie świadomi naszych braków technicznych i jednocześnie mamy zazwyczaj mocno wyklarowaną wizję ich ostatecznego kształtu. Zależy nam, żeby ostatecznie każdy numer był w miarę piosenkowy, choć to jest też coś, do czego musieliśmy wspólnie dojść. Poza tym większość naszych ulubionych numerów robią w całości pojedyncze patenty, linie melodyjne, więc trochę czasu schodzi również nad szukaniem czegoś w tym stylu.

Wokale to ciekawy temat, bo znajdują się u was na krawędzi fałszu.

Ja to bym powiedział, że one tę krawędź przekroczyły, potknęły się i sobie głupi ryj rozbiły. Z drugiej strony to jest coś, z czym sam nie mam problemu - a nawet to lubię - słuchając na przykład Algernon Cadwallader, czy może w mniejszym stopniu, ale jednak, Snowing i masy innych pomniejszych plumkających kapel, a od czego nie mogę zdystansować się, analizując nasze nagrywki. Dzieje się tak chyba przez głęboko wbitą potrzebę poprawiania wszystkiego. No ale co zrobić, śpiewamy jak śpiewamy, jakoś się to ostatecznie klei, czasu na lekcje śpiewu nie mamy, szkoda nam kasy na auto-tune'a, więc jest jak jest.

 

Dlaczego w Polsce funkcjonuje tak mało zespołów z szufladki emo?

Nie mam pojęcia, ale jestem mocno nie na czasie, więc może w ogóle nie powinienem się wypowiadać. Odnoszę wrażenie, że o ile pięć lat temu opisy pod kapelami na plakatach rozciągały się na dwie linijki - jakieś southernrock-metalkor-djent-coś - o tyle teraz raczej mało kto przywiązuje do tego wagę. Takie trochę bezszufladkowe - albo w drugą stronę - multiszufladkowe mamy czasy, ale to chyba nie jest żadne rewolucyjne stwierdzenie. My tak sobie od początku wymyśliliśmy, że po prostu pogramy emo, bo dobrze nam się kojarzy, lubimy je i tyle.

 

Czyli jeszcze przed napisaniem pierwszego numeru wiedzieliście, co chcecie grać?

O tak, plan był od samego początku bardzo jasny - chcemy grać jak Street Smart Cyclist i nie wstydzić się fascynacji Thursday [śmiech]. Zresztą wcześniej mieliśmy podchody do grania bardziej screamowego, w trochę innym składzie, co ostatecznie przybrało formę The Throne, czyli kompletnie nie tak, jak miało być. Do tego nerdoza od zawsze była istotnym elementem naszej twórczości.

Różnic pomiędzy tym, co robicie w The Throne a Lochami i Smokami jest mnóstwo, ale czy byłbyś w stanie znaleźć punkty styczne?

Mała liczba słuchaczy. Trudno powiedzieć, to dalej jesteśmy my, mamy taką samą filozofię grania i tworzenia w obydwu składach, więc z naszej perspektywy te projekty różnią się głównie efektem, jaki chcemy wywołać czy - bardziej samolubnie - uzyskać. Do tego wydaje mi się, że The Throne również dysponuje dość piosenkowymi strukturami numerów, bo chyba - mimo wielu prób - nie potrafimy inaczej pisać muzyki.

 

W "Fifie 98" śpiewasz: Obliczyłem ryzyko, stary, ale ja przecież kiepsko liczę - można uznać to za opis sytuacji, kiedy spotkało cię w życiu coś przykrego ze względu na naiwność?

To dobry trop, choć ten wers nie odnosi się to do jednej konkretnej sytuacji. Naiwność, uprzejmość, zbytnia ustępliwość - to są moje największe zmory, przez które nie raz kończyłem w średnio fajnym mentalnie położeniu. Uświadomienie sobie tego, jaki ma to - razem z innymi rzeczami - wpływ na mnie i na moich bliskich oraz ostatecznie skonfrontowanie się z tym, że jednak sam nie dam rady i potrzebuję profesjonalnej pomocy stanowi całą oś tego numeru. Poza tym jest to bezwstydnie podjebany i przetłumaczony mem.

Jak jest z twoją kondycją psychiczną od momentu napisania tego kawałka? Trochę czasu już minęło.

Różnie, ale zdecydowanie lepiej niż było. Dzięki, że pytasz. Moment, w którym jesteś w stanie przyznać się sam przed sobą, że jednak potrzebujesz pomocy daje ci niesamowite wyzwolenie. Tak było w moim przypadku.

 

Z kolei w "Możesz zapytać" powtarzasz, że ciągle się martwisz. Faktycznie jesteś wiecznie zaniepokojonym człowiekiem?

Może teraz mniej, ale tak, to jest jedna z rzeczy, które siedzą w mojej głowie cały czas. Zresztą całe Lochy i Smoki raczej się pod tym podpiszą. Tu chodzi o wieczne dylematy rozsadzające łeb w stylu, czy nie powiedziałem czegoś nie tak, czy na pewno dobrze kogoś potraktowałem i tak dalej. To rzeczy, które są w stanie urosnąć do rangi Jedynego Najważniejszego Problemu we własnej głowie, jeśli zostawisz je bez nadzoru.

 

Skoro wcześniej rozmawialiśmy o "Fifie 98", to muszę zapytać - uważasz tę część gry za najlepszą w serii?

Krzysiek, nasz perkusista, bez wątpienia podpisałby się pod tym stwierdzeniem. Sam grałem tylko w "FIFA 98: Road to World Cup" i to jest dla mnie wzór cnót wszelakich. Muzycznie akurat obydwie są na wysokim poziomie, z Chumbawambą na motywie głównym w jednej i Blur w drugiej.

 

Zespół Lochy i Smoki wystąpi podczas Soundrive Festival 2022 (9-13 sierpnia 2022 roku), więcej informacji TUTAJ.

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki