Wolf Alice - "Blue Weekend"

82%

Wokal najpierw zakrawający o ASMR, później zamieniający się w krzyk - radości, rozpaczy, czegokolwiek. Ten sam głos buja cię do snu ze dwa numery później. Aby opowiedzieć skomplikowaną historię miłosną, Wolf Alice ucieka się do zabiegów nie tyle kompozycyjnych, co buduje narrację na poziomie tekstowym, muzycznym i wizualnym. "Blue Weekend" to album bardzo spójny, oferujący słuchaczowi jedenaście zupełnie różnych utworów spiętych klamrą fabularną. Po niemal pół roku od premiery, zespół przypomina o sobie, wydając edycję koncertową.

Potrzebowałam niejednego odsłuchu, kilku podejść do samego odtworzenia albumu, żeby się z nim polubić. Wolf Alice ma na koncie już dwa wydawnictwa, które okazały się całkiem niezłymi sukcesami, a single "Don't Delete the Kisses" i "Visions of Life" zapewniły zespołowi stałe miejsce w line-upach festiwali muzycznych w całej Europie, zaczynając od rodzimej, brytyjskiej sceny. Muzycznie zespół budzi skojarzenia z kultowym Blondie, wiodący wokal kobiecy sprawnie wędrujący od delikatnego do mocnego, wręcz krzykliwego. Nawet image by się zgadzał, Ellie Roswell przypomina trochę Debbie Harry. Na tym jednak porównania się kończą, Wolf Alice bawi się muzyką na własny sposób.

 

"Blue Weekend" opatrzono okładką zachęcającą kolorem, neonem i mglistą atmosferą. Od początku wiemy, że jesteśmy świadkami dobrze skrojonej historii. Pierwszy utwór ("The Beach") to spokojne wprowadzenie, coś jak spacer nocą po osiedlu w późną jesień. W zasadzie cały album konsekwentnie trzyma się estetyki chłodnego wieczoru, przemykania w światłach miasta od domu do domu, z baru do baru, kiedy zerka się tylko na neony w witrynach. "Delicious Things" to kolejna powolna ballada, przypomina nieco amerykańskie sny Lany del Rey, zgadza się nawet wspomnienie Hollywood. Gitara gra oszczędnie (nieśmiało brzęczy w tle), pozwalając wokalom przejąć stery. Album nabiera tempa przy "Smile" - dynamicznej kompozycji z pretensjonalną nutą umieszczoną w melorecytacji Roswell, a później londyński kwartet przypomina, że nigdy nie stronił od elementów akustycznych, sięga po utwory idealne do "wolnego" na imprezie - "Safe From Heartbreak" oraz "The Last Man on Earth".

 

Jednym z najciekawszych momentów albumu jest "Play The Greatest Hits" - niemal punkowy eksces wśród dość eterycznego indie, cudownie cukierkowy i dynamiczny, manifestacja wszelkiej złości na element męski. Z kolei "The Beach II" zahacza miejscami (ale tylko miejscami) o shoegaze, gdyby szukać konkretnego porównania, przytoczyłabym klasyk gatunku - My Bloody Valentine. Można do tego dodać kwestię kolorystyki - pełna barw, neonowa i zadymiona, mimo "mody" na podobny styl, wygląda naprawdę efektownie.

 

Wzajemne dopełnianie się na linii tekst-muzyka to stały element twórczości Wolf Alice i "Blue Weekend" nie jest pod tym względem wyjątkiem. Album ma wiele do zaoferowania, przełamuje klasyczną strukturę indie rocka, a jednocześnie zawiera kilka momentów idealnie skrojonych pod rozgłośnie radiowe czy duże festiwale (co można uznać za jedyną wadę albumu). Warto sięgnąć po "Blue Weekend" dla wrażeń nie tylko muzycznych, ale też estetycznych - to immersja wiecznej brytyjskiej pogody na spacer w okresie polskiej pluchy (ewentualnie letniego wieczoru).


Dirty Hit/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki