Niemoc - "Kilka najlepszych dni w życiu"

86%

Prawdopodobnie nie było od czasu The Eagles of Death Metal równie mylącej nazwy zespołu, bo przecież "niemoc" oznacza słabość i bezsilność, a album "Kilka najlepszych dni w życiu" nie pozostawia wątpliwości co do tego, że w triu z Zielonej Góry drzemie ogromna moc, która właśnie eksplodowała z największą jak dotąd siłą.

Nie da się tej mocy zmierzyć w decybelach albo w uderzeniach na minutę, nie objawia się jako fala uderzeniowa wywołana drganiem membrany zdetonowanego po wciśnięciu "play"głośnika, nie zostaje też przywołana prostym zaklęciem i napiętym bicepsem jak u He-Mana. Nie ma w niej niczego widowiskowego, niczego, co zmuszałoby siłą wpadających w ucho refrenów albo chwytających za serce tekstów do wracanie do tego albumu. To raczej subtelna nie-moc, którą można przyjąć jedynie dobrowolnie, z nastawieniem na samodzielne odkrycie jej pełnego potencjału.

 

Tytuł "Kilka najlepszych dni w życiu" można potraktować jako podpowiedź dotyczącą dwóch sposobów przesłuchiwania nowego albumu Niemocy. W pierwszym doskonale sprawdza się jako tło, coś błogiego z odległego planu, dzięki czemu wykonywanie innej czynności staje się przyjemniejsze - zupełnie jak wspomnienia najlepszych dni z przeszłości, które na fali sentymentu potrafią wynieść ponad mielizny szarej codzienności. Do pary zresztą z równie sentymentalnym brzmieniem, które trzy i pół dekady temu było tak samo powszechne, co budki telefoniczne i wypożyczalnie kaset wideo, a dzisiaj natrafienie na każde z nich wywołuje natychmiastowe anulowanie każdego złego wspomnienia i pozostawienie pozbawionej trosk refleksji możliwej do uchwycenia w jednym zdaniu - kiedyś to było.

 

Drugi sposób nie wyklucza, że chociaż gitarowe riffy i syntezatorowe akordy, na których skonstruowano te dziesięć utworów są przetworzonym, wzmocnionym i zmodyfikowanym echem lat 80., najlepsze dni w życiu to te, na których skupiamy się teraz - zupełnie jak pozwolenie sobie na odrobinę luksusu i słuchanie bez rozpraszania przez dodatkowe bodźce, bez wykonywania innych czynności, a nawet bez wybiegania w myślach poza wchłanianie dźwięków, wytłumienie wewnętrznego narratora do tego stopnia, by nawet on nie zagłuszał muzyki. Nie jest to sposób ani lepszy, ani gorszy, ale tylko on pozwala odczuć przebudzenie nie-mocy i wyciągnąć z obcowania z "Kilkoma najlepszymi dniami w życiu" jak najwięcej.

 

Niektórym utworom nie trzeba niczego, poza przesunięciem suwaka głośności na prawo, żeby błyskawicznie opuściły drugi plan i wystrzeliły na front. "Potop" z udziałem Joanny Longić (czyli Tęskno) albo "Dwa tygodnie" z Michałem Wiraszką z Much pomyślnie przechodzą test na potencjalne hity i - wbrew nazwie drugiego z nich - pozostają w pamięci na znacznie dłużej niż dwa tygodnie. Inne po wsłuchaniu się, zdradzają ciekawe smaczki, na przykład "Plankton" (pierwszy utwór z wokalem w historii Niemocy), gdzie można doszukać się naleciałości z The Human League czy A.R. Kane, ale z dodatkiem głosu Kachy Kowalczyk z Coals, która wykracza poza dream i synth-pop, momentami ociera się o najnowszy pop, czyli z przedrostkiem "hyper".

 

Relacje Niemocy z gośćmi są zresztą szczególnie interesujące. We "Wrażeniu" Próżnia mierzy się z kompozycją wzbudzającą skojarzenia z Depeche Mode (ze wskazaniem na "Everything Counts") - z jednej strony przebojową, z drugiej przyprawioną odrobiną mroku, co idealnie pasuje do jego solowych dokonań. Z kolei Misia Furtak w "Polowaniu na mnie" zostaje skierowana na niemal post-punkowe tory (albo parę torów, bo ten kawałek w całości sunie przede wszystkim na czterech strunach gitary basowej), odrobinę przyprószone cukrem wydobytym z syntezatora. Tak duża różnorodność pokazuje, że trio nie próbuje za wszelką cenę dopasować pięciu kompletnie odmiennych głosów do swojego brzmienia, a raczej znaleźć takie jego elementy, które wciąż będą dla nich emblematyczne, a jednocześnie nie stłumią cech szczególnych zaproszonych osób. Założenie dość oczywiste, ale zrealizowanie go jest niesamowicie trudne, czego dowodzą przede wszystkim liczne gościnne występy na rapowych albumach, gdzie motywacją częściej bywa zestawienie ze sobą dwóch nazwisk niż zestawienie ze sobą dwóch wizji.

 

Podejście niewymagające naginania się żadnej ze stron ma dodatkową zaletę - instrumentalna połowa albumu nie wydaje się dzięki temu wybrakowana czy słabsza. Z każdym kolejnym przesłuchaniem tych pięciu ścieżek w głowie roi się od coraz większej liczby porównań - od New Order przez Happy Mondays czy The Other Two po Klaus Mittfoch i The Cure - ale zawsze w proporcjach uniemożliwiających doczepienie łatki "retro", pozwalających na zidentyfikowanie własnego charakteru zespołu.
 

Gdyby He-Man żył we współczesnej Polsce, niewykluczone, że odstawiłby miecz do szafy, a swoje firmowe hasło wykrzykiwałby w trakcie nakładania słuchawek, sparafrazowane jako: Niemocy przybywaj! Na potęgę posępnego czerepu, to jeden z najciekawszych, najbardziej kompletnych i dopracowanych od pierwszej do ostatniej minuty albumów tego roku.


Seszele Records/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki