Blokowisko: Sięgamy po nostalgię po to, żeby zderzyć ją z teraźniejszością

Blokowisko reinterpretuje post-punka na różne sposoby. W oszczędnej, niemal surowej formie zawiera paletę emocji tak bogatą, że immersja ciągnie publiczność w kierunku powolnej przechadzki na dowolnym polskim osiedlu. Po debiutanckim "Płonie" z zeszłego roku, zespół ruszył w trasę i zaprezentował materiał na żywo.

Natalia Ławska: Tworzycie i mieszkacie w Warszawie. Wasze ulubione stołeczne blokowisko to?

Maciej Jurga: Na sesję okładkową wybraliśmy kilka według nas najbardziej estetycznych. Część z nich znajduje się na Pradze-Południe, na Grochowie. Ostatecznie ukazały się zdjęcia wykonane w okolicach Dworca Wileńskiego i Ronda Wiatraczna, charakterystyczne konstrukcje. W samej stolicy jest wiele interesujących blokowisk, wystarczy pójść na długi spacer i rozglądać się.

Wymykacie się klasycznej definicji post-punka, używacie syntezatorów zamiast perkusji - co was do tego skłoniło?

Cezary Zieliński: Dużą rolę odegrała w tym polska scena nowofalowa i podobne. Na przykład Siekiera, Republika, solowa twórczość Grzegorza Ciechowskiego - potrafił dobrze operować użyciem syntetycznej perkusji w swoich utworach. Poza tym czerpaliśmy z najbardziej znanych zespołów całego nurtu postpunkowego - The Cure czy Joy Division. Ich drugi album, "Closer", opierał się przede wszystkim na syntezatorach. Na naszą twórczość wpłynął też industrial z lat 80., brudna i surowa elektronika.

 

MJ: Często w głowach bliżej nam do pierwszej fali post-punka, gdzie dominowały przede wszystkim eksperymenty, forma najbliższa opisom Simona Reynoldsa.

 

Wizerunkowo wyróżniacie się i ubiorem, i makijażem. Jak przygotowujecie się do wyjścia na scenę?

CZ: Ciekawe pytanie [śmiech], głównie dlatego, że to jeden z pierwszych koncertów, na których gramy w makijażu [rozmowa odbyła się 29 października przed koncertem w gdańskim klubie Ziemia].

 

MJ: Wyszło dość okolicznościowo, przy okazji Halloween. Na pewno chcielibyśmy w przyszłości popracować nad kreacją wizerunku scenicznego, nasze występy bywają trochę teatralne. Nie zawsze czujemy się dobrze w bezpośredniej interakcji z publicznością. Czasem świadomie stawiamy między nami ścianę - mam na myśli roztaczanie aury tajemniczości, bycie nie do odczytania przez oglądających. To gra wciągająca obydwie strony.

W waszych tekstach pojawiają się elementy zaczerpnięte z okresu dorastania na przełomie wieków, to wspomnienia nostalgiczne czy traumatyczne?

MJ: Istnieje jeszcze trzecia droga. Ciężko wejść nam w skórę osoby, która traum doświadczyła. Nostalgia na pewno doskwiera każdemu z nas, ale w utworach przywołujemy przeszłość raczej w celu zderzenia jej z teraźniejszością. Taki zabieg sprawia pewien dyskomfort. Nostalgia zazwyczaj pozwala poczuć się dobrze, jest tym słynnym kiedyś to było bez weryfikowania, czy wspomnienie faktycznie było pozytywne. Ciekawe jest to, co rekonstrukcja naszych wspomnień budzi w słuchaczu, który ma już pewne skojarzenia. Na przykład utwór "Syzyf" nie jest nostalgiczny, przeszłość to tak naprawdę prolog, chwile przed nieuniknioną katastrofą. Ale nostalgia dobrze się sprzedaje, kto wie, może kiedyś przyjdzie nam to do głowy [śmiech].

 

W waszej twórczości można odnaleźć dużo poezji, niektóre utwory opierają się wręcz na melorecytacji.

MJ: Faktycznie, teksty powstają w taki sposób, aby były atrakcyjne same w sobie, stwarzały pole do interpretacji, nawet poza muzyką. Oczywiście nie jest to najważniejszym celem, poezja z reguły doskonale broni się samą rytmiką. Nie potrzeba tu muzyki. Kiedy piszę teksty, zwracam uwagę nie tylko na opowieść, temat, ale też na aspekty teoretyczne - rytm czy flow. Wynika to też z potrzeby pewnej rekompensaty linii melodyjnej, wokalu. Teksty muszą być bardziej "techniczne". Inspirację stanowił też Wojciech Cichoń vel Kidd, poeta, slamer i raper ze składu Osete, który sprawnie operuje właśnie melorecytacją.

Kolorystyka okładki albumu "Płonie" budzi skojarzenia ze Związkiem Radzieckim albo PRL-em, taki był zamysł?

CZ: Ostatnio panuje dziwna moda na estetyzację post-sowieckości, zwłaszcza - o ironio - na Zachodzie. Przykładem jest popularność takich zespołów jak Molchat Doma, ludzie myślą: Wow, to tak brzmi Rosja, wschodnia Europa, dość bezwiednie. Korzystamy z tych motywów, bo jesteśmy częścią tej kultury, mniej lub bardziej, zwłaszcza przy obecnej walce nowoczesności ze wspomnieniem PRL-u. W "Płonie" zawarliśmy swoje odczucia związane z codziennością, gdzie przyzwyczajenia i pewne schematy wychodzą na powierzchnię. Te niezauważalne na pierwszy rzut oka. Socrealistyczna estetyka to powrót do korzeni czy też ich poszukiwanie.

 

MJ: Już poza samymi kolorami Związku Radzieckiego, żółty i czerwony kojarzą się z płomieniem - tu zaistniał bezpośredni związek z tytułem albumu.

 

Jakie plany na najbliższy czas, praca nad nowym materiałem?

MJ: Obecnie chcemy skupić się na jak największej liczbie koncertów, z wiadomego powodu. To w tym momencie jest priorytetem.

 

fot. Krzysztof Ruchniewicz (główne), Natalia Ławska (koncertowe)


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki