Patryk Pietrzak: Nie jestem za tym, by kamuflować coś tak szczerego jak muzyka

Patryk Pietrzak, znany z indierockowego Ted Nemeth, nie zwalnia tempa - w tym roku wydał debiutancki album solowy, "OK Boomer". Skąd pomysł na płytę? Czy mógłby zostać lektorem? Co różni pracę solową od tworzenia w zespole? Między innymi na te inne pytania znajdziecie odpowiedzi poniżej.

Łukasz Brzozowski: Masz zupełnie inny głos, kiedy mówisz, a nie śpiewasz - niski, radiowy. Nie myślałeś o pracy jako lektor?

Patryk Pietrzak: Kiedyś o tym myślałem, ale wkręcenie się w ten światek jest znacznie trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Kończyłem łódzką filmówkę, czyli jedną z tych najbardziej cenionych w Polsce, ale nie pomogło mi to. Najłatwiej mają chyba ludzie z Warszawy, wszelkie agencje rekrutujące lektorów czy dubbingowców znajdują się właśnie tam. Mimo tego, nie poddam się i wyślę swoje rekomendacje. Skoro już mnie poleciłeś, to mam nadzieję, że się pod nimi podpiszesz.

Nie śmiałbym odmówić. Skoro zahaczyliśmy o temat studiów aktorskich, to czy zdarza ci się korzystać z zaczerpniętej na nich wiedzy poza planem filmowym? Na przykład w muzyce albo po prostu w życiu?

W jakiś sposób na pewno tak. Studia i to, co z nich wyciągnąłem rzutują na moje życie po dziś dzień. Często takie rzeczy zdarzają się podświadomie, nie myślę o nich, ale ludzie zwracają mi uwagę na to, że mówię, śpiewam czy nawet zachowuję się w specyficzny sposób. Lekcje wyniesione z aktorstwa pozwalają prezentować siebie w dokładnie taki sposób, w jaki chcę to robić, a że mam to wyuczone, nie muszę się stresować, czy zrobię coś nie tak. Bardzo pomocna sprawa, polecam.

 

Ale na "Ok Boomer" nie słychać tego, co kojarzy mi się z próbami przemycania aktorstwa do muzyki, czyli wymuszonej i nadmiernej emfazy.

Przede wszystkim bardzo chciałbym podziękować za te miłe słowa. Nie masz pojęcia, jakim komplementem teraz we mnie strzeliłeś. Jeszcze za czasów studenckich bardzo irytowała mnie idea i ćwiczenie czegoś, co nazywa się piosenką aktorską. To był bardzo nierówny przedmiot, ponieważ - jak wiadomo - jeden aktor umie śpiewać, a drugi nie umie, więc jego sednem pozostawały techniki kamuflowania wokalnych niedostatków. Jeśli rzucisz okiem na twórczość Franka Kimono, od razu to dostrzeżesz. Zresztą Piotr Fronczewski w jednym z wywiadów powiedział, że absolutnie nie umie śpiewać i doceniam jego szczerość. Niemniej sam zawsze unikałem takich wygibasów, dzięki czemu miałem łatwiej, bo na zajęciach zwyczajnie wychodziłem przed szereg i śpiewałem prosto z serca, dlatego koncept piosenki aktorskiej jest dla mnie wysoce cringe'owy. Kiedyś to wyglądało nawet sensownie, choćby w przypadku starych kabaretów, ale dziś włosy mi się wykręcają na różne strony, gdy to słyszę.

Co decyduje o cringe'u w piosence aktorskiej?

Chodzi właśnie o ten fałsz. Nie jestem za tym, by kamuflować czy sztucznie szminkować coś tak szczerego i pochodzącego prosto z duszy jak muzyka. Chcę, by słuchacze podchodzili do wykonawcy z uwagą - analizowali go i całą osobowość, jaką wyśpiewuje w swoim utworze. Jeśli się nie podoba, to spoko, ale pozostańmy szczerzy w tym wszystkim. W piosence aktorskiej rzeczywistość bądź coś, z czym można się utożsamić nie liczą się, ważne są raczej wymyślone scenki rodzajowe, które niekoniecznie mają sens. Kiedyś mój kolega musiał przygotować numer o tym, że jest torreadorem walczącym z bykiem. Chyba nie muszę tłumaczyć, jak bardzo niedorzecznie to brzmi.

 

Ale czy nie jest tak, że aktorstwo oraz muzyka w jakimś stopniu polegają na zakładaniu maski i wcieleniu się w kogoś innego?

Aktorstwo? Owszem. Tu leży esencja tej profesji, ale nawet jeśli w muzyce poszukujesz innych wrażeń niż te, które dotykają cię na co dzień, powinno to wychodzić z ciebie, a emocje, które przemycasz powinny emanować szczerością. Słuchacz od razu wyczuje kit. Z filmami zresztą jest podobnie. Kiedy oglądasz słabego aktora w słabej produkcji, dostrzegasz z miejsca, że nie wygląda przekonująco i brzmi fałszywie. Jeśli ktoś chce grać jakąś postać, wcielić się w rolę - czy to muzycznie, czy aktorsko - nie widzę problemu, ale musisz wypadać przekonująco, nikt nie może poczuć, że roztaczasz jakiś dyskomfort albo zmieszanie.

Z twojej płyty bije dużo pewności siebie, pozytywnej, rozumianej jako przypuszczenie, że z każdej sytuacji znajdzie się jakieś wyjście. Brzmi ładnie, ale mimo wszystko naiwnie, bo świat nie jest przecież taki czarno-biały.

Swego rodzaju naiwność czy pozytywne przeczucia wcale nie wykluczają tego, że możemy mieć wpływ na rzeczywistość. Powiem nawet więcej, ta naiwność mnie kręci. Jako zwykły, szary człowiek staram się pielęgnować w sobie dziecięce uczucia, uważam, że we mnie - jak i w każdym z nas - zostało dużo z dziecka. Mam na myśli przede wszystkim nieposkromioną chęć realizowania marzeń i kroczenia przez świat z myślą, że na drodze nie ma żadnych przeszkód, a jeśli są, to można je przeskoczyć i ruszać dalej. Próbuję być idealistą. Nie każdy może tak o sobie powiedzieć, bo niektórzy w dzieciństwie spotkali się z sytuacjami, gdy rodzice chcieli za ich pośrednictwem realizować siebie albo kazać robić to, co "wypada". U mnie w domu wyglądało to zupełnie inaczej.

 

Jakie marzenia pozwoliła ci zrealizować premiera "Ok Boomer"?

Ułożyłem materiał na tę płytę dokładnie tak, jak chciałem. Od momentu zarysowania w głowie konceptu na jej kształt aż po samo napisanie i wyprodukowanie tych numerów, wszystko przebiegło w sposób zgodny z moją wizją. Nikt mi w te idee nie ingerował, nikt nie chciał burzyć mojego porządku, pracowałem w zgodzie ze sobą, zapraszałem do tworzenia ludzi, których miałem ochotę zaprosić i wyłamywałem się ze schematów. Coś, co ciążyło mi w jakiś sposób przy Ted Nemeth, tutaj w ogóle nie występowało. Zrobiłem inne rzeczy niż jazda po linii najmniejszego oporu i pójście na łatwiznę, postawiłem na zróżnicowanie i bardzo mnie to cieszy.

Ta płyta jest zdecydowanie bardziej różnorodna od Ted Nemeth, ale czy tak wyszło naturalnie, czy chciałeś sobie i światu udowodnić, że umiesz inaczej?

To dobre pytanie, ale wydaje mi się, że po części można mówić o jednym i o drugim. Praca nad "Ok Boomer" pomogła mi zmienić podejście do tworzenia i myślenie o muzyce. Działalność Ted Nemeth zaczęła w pewnym momencie przypominać pracę w korporacji - również w wymiarze wydawniczo-promocyjnym. Mieliśmy zestaw utworów, które ograliśmy tysiąc razy, z którymi się zżyliśmy i które znamy na pamięć, ale przy solowej płycie poszedłem w innym kierunku. Więcej słuchałem, stopniowo rozwijałem także domowe instrumentarium i tak to wszystko poszło. Doszło tu do konsekwentnego sfinalizowania działań, które krok po kroku z siebie wynikały. Żeby nie było, nie chcę też umiejscowić siebie na tronie świata i prawić kazania, że moje metody są najlepsze. Można grać to samo i ciągle być w tym dobrym, ale nie na tym mi zależało. Chciałem poznawać ludzi tworzących różne rzeczy i doskonalić się w tym, co robię, być wiecznie poddanym ciekawym źródłom inspiracji.

 

W "Najważniejszym dniu" z przekąsem podkreślasz: Wygląda na to, że u wszystkich wszystko dobrze. To nawiązanie do polskiej rzeczywistości, gdzie otwartość i szczere opowiadanie o uczuciach stanowią temat tabu?

To ciekawa interpretacja, bo koncept stojący za tym kawałkiem szedł w podobnym kierunku, ale nie tyle z myślą o kraju, co o tym, jakie maski nakładamy, korzystając z mediów społecznościowych. Trzeba być tam fajnym, wyluzowanym i dopasowanym do schematów. Swego czasu chciałem się z tego w ogóle wyautować, bo średnio mi to odpowiada, ale w internecie znajduje się masa słuchaczy, z którymi można nawiązać kontakt i budować na tej bazie status zespołu. Odrzucanie tych mediów jako z gruntu złych jest strzelaniem sobie w stopę i boomerstwem.

Teraz już nie chcesz opuszczać mediów społecznościowych?

Teraz już nie, po prostu tych parę lat wstecz nie interesowała mnie autopromocja czy inne tego typu sprawy, liczyłem na to, że muzyka obroni się sama. Teraz śmieję się trochę z tego, ale kiedyś serio chciałem wtłaczać w życie stereotypowo punkowe podejście w stylu "jebać komercję" czy "nie interesuje nas wasze zdanie". Z czasem się to znacznie pozmieniało, ale im młodszy byłem, tym bardziej niepokorny, a nawet nierozsądny.

 

Wydałeś płytę "Ok Boomer", a w tym roku zasiliłeś grono trzydziestolatków. Na chwilę obecną bliżej czy dalej jest ci do tego tytułowego boomera?

W sumie cały czas się nad tym zastanawiam. Trudno wyczuć, czy jestem po tej zblazowanej starszej stronie, czy po równie zblazowanej, ale młodszej [śmiech]. Liczę na to, że cały czas będę mieć dużo dystansu do siebie i o tych wszystkich wątpliwościach jest ta płyta.

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki