Church Girls: Nihilizm czasami wydaje się trudną do odrzucenia pokusą

Church Girls nie zasypuje gruszek w popiele - po ciepło przyjętym "The Haunt" z 2020 roku, na "Still Blooms" zaprezentowało przebojowy, pokrętnie podnoszący na duchu mariaż post-punkowej zabawy gitarowymi efektami z urokliwą przebojowością indie rocka. Więcej na temat nowego albumu dowiecie się od śpiewającej gitarzystki zespołu, Mariel Beaumont.

Łukasz Brzozowski: Materiał na "Still Blooms" pisaliście w izolacji, ale teraz, tuż po premierze krążka, świat wydaje się powoli wracać do normy. Czujecie to czy dalej zżera was niepewność?

Mariel Beaumont: Możliwość normalnego koncertowania, a nawet ruszenia w dłuższą trasę pozwala myśleć pozytywnie i rzuca odrobinę światła na najbliższe miesiące, ale nadal wszystko stoi pod znakiem pandemicznych restrykcji i niebezpiecznie dużej liczby zakażeń, więc stres nie opuścił nas w stu procentach.

Obawiacie się, że wirus was dopadnie czy raczej, że reszta trasy zostanie odwołana z dnia na dzień?

Już odwołano lub przełożono kilka z naszych koncertów ze względu na koronawirusa, więc wiemy, z czym to się je, ale na szczęście większa część trasy odbywa się zgodnie z planem i bez większych zakłóceń. Co do ewentualnego zarażenia się, to pewnie, że napawa nas to niepokojem. Jeśli do tego dojdzie, na jakiś czas będziemy musieli zapomnieć o graniu. Trudno nawet powiedzieć, co wydarzy się jutro, zachowujemy maksymalną ostrożność, żeby wszystko szło jak po maśle.

 

Fani na koncertach też ją zachowują? W Polsce różnie z tym bywa.

U nas też różnie z tym bywa, jak wszędzie zresztą, ale generalna tendencja raczej cieszy niż smuci, bo słuchacze w znacznej większości rozumieją, że z wirusem nie ma żartów. Wiele miejsc, w których gramy dba o weryfikację publiczności, trudno tam o niezaszczepione i stanowiące zagrożenie osoby.

 

Uznałabyś siebie za osobę pełną nadziei?

Trudne pytanie, nigdy się nad tym zastanawiałam... Wystawiłeś mnie na minę [śmiech]. Jesteśmy zespołem, który próbuje odnieść sukces w podróży przez rozległy świat muzyki, a takie podejście wymaga sporych pokładów nadziei. Uważam, że warto myśleć pozytywnie, ale oczywiście bez popadania w przesadę - trzeźwa ocena rzeczywistości oraz rozsądek to niezbędne podstawy do funkcjonowania na tym świecie.

Pytam, ponieważ "Still Blooms" ma w sobie coś pozytywnego - brzmi prawie jak komunikat, że mimo komplikacji i kłód rzucanych pod nogi, wyjdziecie z tego cali i silniejsi niż kiedykolwiek dotąd.

Wszędzie można natrafić na odrobinę nadziei, pozytywne przesłanie nie jest aż tak trudne do odnalezienia. Co prawda pokusa rzucenia się w ramiona nihilizmu czasami wydaje się zachęcająca, ale zazwyczaj potrafię od niej uciec. Nie ma w tym niczego użytecznego ani zgodnego z moją rzeczywistością.

 

Możesz też pisać fikcyjne historie i dodać do nich trochę nihilizmu.

Oczywiście, że tak. Powiedziałabym nawet, że bohaterowie moich tekstów zawsze z tym walczą, ale ta walka nie w każdej sytuacji przebiega na równych zasadach, jak to w życiu. Nie ma w tym niczego rewolucyjnego - u prawie każdego człowieka moment, kiedy pewne rzeczy nie idą po naszej myśli wygląda podobnie.

 

Co tak bardzo pociąga cię w nihilizmie?

Sam koncept nihilizmu wydaje mi się bardzo kuszący - brzmi tak prosto, a z drugiej strony skutecznie. Skoro nic nie ma znaczenia, a kształt świata nie ulegnie zmianie nawet mimo starań, można wszystko olać.

Twierdzicie, że pandemia dała wam więcej przestrzeni do modyfikowania i upiększania utworów, jak to wpłynęło na kształt "Still Blooms"? Czuję w tych numerach dużo spontaniczności, jakbyście chcieli uchwycić konkretny moment waszego życia i na jego fundamencie zbudować cały materiał.

Bardzo fajnie, że postrzegasz to w taki sposób, ale niestety rozczaruję cię - nie jestem spontaniczną kompozytorką. Wręcz przeciwnie, proces pisania muzyki z reguły idzie mi bardzo powoli. Lubię skupiać się na drobnych wspomnieniach, analizować je, a następnie w oparciu o wnioski dobudowywać większe znaczenie i pisać na ten temat tekst. W dodatku nie graliśmy koncertów przez tak długi czas, że mogłam niektóre pomysły dopracować i nadać im więcej głębi. Jeśli siedzisz nad czymś długimi tygodniami, a nawet miesiącami, nabierasz do tego więcej dystansu. Łatwiej wtedy o wiarygodną ocenę tak długo pielęgnowanych tworów. Gdy produkowaliśmy "Still Blooms", mieszkałam w domu naszego producenta, Johna Pfiffnera - spędziliśmy długie godziny na robieniu tych piosenek, omawianiu ich plusów, minusów oraz rozbudowywaniu elementów, które w oryginalnych wersjach wydały nam się uboższe niż powinny. Nigdy wcześniej nie podchodziłam do muzyki z takim pietyzmem.

 

Skupienie się na drobnych wspomnieniach oznacza przyglądanie się drobnostkom, które umykają większości społeczeństwa, a następnie rozszerzanie ich o własne wnioski?

Znakiem rozpoznawczym wielu moich ulubionych tekściarzy czy pisarzy jest przekształcanie czegoś wyjątkowego w bardziej uniwersalną formę, w coś, z czym absolutnie każdy może się utożsamiać. Kiedy zabieram się za tworzenie nowych piosenek, spisuję na kartce wspomnienia zbierane przez rok czy dwa - wszystko zależy od wyrwy, jaka dzieli nowe rzeczy od poprzednich. Jeśli coś z tego zbioru wydaje mi się dostatecznie interesujące, wchodzę w tryb strumienia świadomości i wylewam wszelkie przemyślenia na ten temat, a następnie przekuwam je w pełnoprawny tekst.

Co w sytuacji, gdy żadne z tych wspomnień nie okaże się dostatecznie interesujące? Zastępujesz je fikcyjnymi historiami?

Nie muszę opisywać swoich wspomnień w skali jeden do jednego. Czasami myśl to tylko zalążek i iskra prowadzące do zbudowania znacznie szerszego konceptu, którym bawię się na różne sposoby po to, żeby uzyskać satysfakcjonujące efekty.

 

Kiedy poddajesz się strumieniowi świadomości, redagujesz później przelane na papier myśli czy nie ruszasz ich, przedstawiasz słuchaczowi najbardziej surową formę siebie?

Gdybym tak zrobiła, wydawalibyśmy totalnie niezrozumiałe, często pozbawione sensu rzeczy, wolałabym czegoś takiego uniknąć. Z reguły zmieniam swoje teksty, siedzę nad nimi długi czas, ale pewne pojedyncze frazy pozostawiam nietknięte. Wszystko zależy od sytuacji.

 

"Still Blooms" emanuje beztroskim, letnim klimatem, mogłoby stanowić świetną ścieżkę dźwiękową do wakacji. Dlatego wydaliście album jesienią? Chcieliście pokazać słuchaczom, że mimo mroku i obumierającej przyrody, nie trzeba uciekać w marazm?

To dosyć śmiała interpretacja, tym bardziej, że w momencie tworzenia materiału na płytę nie myśleliśmy o tym, kiedy ją wydamy, ale doceniam, że postrzegasz "Still Blooms" w taki sposób. Nie jest to jednak materiał w stu procentach optymistyczny, ma mroczne strony.

 

W "Vacation" śpiewasz, że z twoim życiem wszystko w porządku.

"Vacation" to utwór napisany z perspektywy członka rodziny, który właśnie zakończył narkotykowy odwyk. Fragment o tym, że wszystko jest u mnie w porządku to swoisty chichot losu i bolesna ironia. Narrator w tym numerze nie uważa, że potrzebuje leczenia, bo jego zdaniem nic mu nie dolega, ale tak naprawdę w głębi duszy wie, jak źle wygląda rzeczywistość i jakim komplikacjom musi stawić czoła.

 

Przeżyłaś coś takiego? Sytuacje, kiedy byłaś w głębokich tarapatach, ale oszukiwałaś się, że wcale tak nie jest.

Pewnie, że tak, ale chyba każdy kiedyś choć minimalnie otarł się o coś podobnego. Ludzie są bardzo dobrzy w okłamywaniu siebie samych. Spójrz na niezliczone związki - jedna ze stron, a czasami obie, wiedzą, że to nie działa, ale mimo wszystko ciągną zgniłą relację, by nie opuszczać strefy komfortu.

Wiem, że uchodzisz za skrajnie niecierpliwą i żywą osobę, czy wobec tego spowolniona rzeczywistość w dobie pandemii nie pokrzyżowała ci szyków?

Zgadza się, jestem taką osobą, ale wytężona praca nad nowym krążkiem trzymała nas wszystkich w ryzach, skupiałam się głównie na tym. Wolniejsze życie ma pozytywne strony, na przykład obecnie jestem w wartościowym związku, ale wejście w tego typu relację byłoby właściwie niemożliwe, gdybym funkcjonowała tak, jak funkcjonowałam przedtem. Bądź co bądź nienawidzę jednak tej osaczającej niepewności i tego, że nie wiem, jak będzie wyglądała kwestia koncertowania w najbliższym czasie. Chciałabym powrotu do normalności.

 

Ale ostatecznie stabilny związek jest chyba ważniejszy od koncertowania?

Tak, wydaje mi się, że możesz mieć rację.

 

Obawiasz się, że pełen powrót do życia sprzed pandemii będzie trudny?

Już teraz czuję się trochę tak, jakbym w jakimś stopniu wróciła do tego trybu życia, głównie za sprawą ostatniej trasy koncertowej. Przed wyruszeniem w nią miałam lekkiego stracha, ale dosłownie po kilku dniach wszystko zaczęło hulać jak należy.

 

Czego się bałaś?

Nie jestem w stanie tego zdefiniować. Możliwe, że chodzi o niepokój związany ze sprawami dookoła pandemii, ale też o stres wynikający z grania pierwszych koncertów po bardzo długim czasie nieobecności na scenie.

W wywiadzie sprzed pięciu lat podkreślałaś, że scena muzyczna w waszej rodzimej Filadelfii ma się dobrze, bo najwięksi artyści omijają ten obszar Ameryki, przez co sami musieliście zacząć grać. Sytuacja chyba uległa zmianie na przestrzeni ostatnich lat?

Tak, wiele się zmieniło, a organizatorzy i wszelkiej maści muzycy po prostu zrozumieli, że jesteśmy jednym z najlepszych rejonów w Ameryce, jeśli chodzi o koncertowanie. Mamy świetne kluby, bardzo dobrą atmosferę i tłumy chętnych, by oglądać najróżniejsze występy.

 

Wiem, że pytanie o nazwę jest banalne, ale nie mogę sobie darować - dlaczego nazywacie się Church Girls, skoro jesteś jedyną dziewczyną w czteroosobowym składzie?

To po prostu bardzo chwytliwa nazwa, nic więcej [śmiech].

 

fot. Anthony DiCaro


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki