10 000 Russos: Nasze albumy odnoszą się do aktualnej rzeczywistości

Portugalska psychodelia w wydaniu 10 000 Russos sukcesywnie podbija Europę. Ich eteryczne, hipnotyzujące utwory stwarzają wrażenie oderwania od rzeczywistości, do której szybko jednak powracają w tekstach, gdzie wybrzmiewają echa aktualnych wydarzeń ze Starego Kontynentu.

Natalia Ławska: Przy słuchaniu waszej muzyki można odnieść wrażenie zagubienia na pustyni. Krążysz po niej i nagle natrafiasz na szamański rytuał - czy to dobra interpretacja?

Pedro Pestana: W przypadku ostatniego utworu na nowej płycie na pewno. Inspirowało nas to, co widzieliśmy podczas pobytu w Meksyku, gdzie koncertowaliśmy. O ile dobrze pamiętam, byliśmy w drodze do Mexicali, które prowadziła przez tereny pustynne. Mają tam duży problem narkotykowy, głównie z metaamfetaminą, ciągnie się to jak jakaś plaga.

 

Brzmi jak żywcem wyjęte z uniwersum "Breaking Bad".

Dokładnie, tyle że sami uzależnieni nie robią nic złego, ale łatwo tam o dziwne sytuacje. Jadąc przez pustynię, zobaczyliśmy gościa, który pojawił się na tym pustkowiu dosłownie znikąd. Poruszasz się autostradą i widzisz, jak gdzieś tam chodzi sobie człowiek, który nie ma nawet plecaka, o samochodzie nie wspominając, a w pobliżu nie znajdziesz żadnego domu czy budynku... dziwne. Przejechaliśmy obok niego bez zatrzymywania się, ale trzeba przyznać, że widok był dość niecodzienny. Sami też wyglądaliśmy osobliwie w naszym pick-upie i w słomianych kapeluszach.

Podejrzewam, że jest to wasza najcięższa historia z trasy.

W zasadzie to nie. Zdarzało się nam pokonywać mnóstwo kilometrów między koncertami, to jest naprawdę trudne. Na przykład w ciągu obecnej trasy nie mieliśmy właściwie żadnej przerwy, jutro po raz pierwszy od osiemnastu dni trafia nam się wolne, na co bardzo czekałem. Mój znajomy jest akurat w Gdańsku, więc mam nawet pomysł, jak ten dzień spędzić.


Jak się trzymacie po tak długim czasie nieustannego koncertowania? Dopadło was wypalenie?

Jechaliśmy z Portugalii przez Wielką Brytanię, Niemcy, Francję i kilka innych krajów po drodze, przed nami jeszcze trochę i oczywiście droga powrotna. We Francji i w Niemczech zagramy jeszcze dwa koncerty. Czekają nas do tego Czechy i Dania. Naprawdę napięty grafik.

 

To do bólu szablonowe pytanie, ale skąd wzięliście nazwę zespołu? W wolnym tłumaczeniu 10 000 Russos oznacza po prostu 10 000 Rosjan. To ma związek z historią czy jeszcze czymś innym?

Kojarzysz Demisa Roussosa? Tego greckiego piosenkarza od hitu "Goodbye My Love". U nas był dość popularny. Nazwa zespołu to zwyczajnie gra słowna, wymawianie jej po portugalsku brzmi bardzo podobnie właśnie do "Demis Roussos".

Słuchając waszego koncertu, miałam wrażenie uczestniczenia w rytuale masowej hipnozy. Wasza muzyka jest wręcz przeznaczona do grania na żywo.

Zanim nagramy jakiś album, dużo koncertujemy. Zazwyczaj wchodzimy do studia już po trasie. Ma się wtedy tę siłę, czuć w kościach, że chce się coś nagrać. Umysł i ręce czują nadzwyczajną sprawność.


W Polsce gracie aż cztery koncerty, to sporo w porównaniu z innymi krajów na waszej trasie, dlaczego? Co was tu przyciąga?

Faktycznie, chociaż we Francji tych koncertów jest co najmniej sześć. Mieliśmy mieć więcej dni wolnych podczas pobytu w Polsce, koncert w Warszawie zaplanowano stosunkowo niedawno. Mogliśmy nawet cisnąć bez żadnych przerw, ale stwierdziliśmy, że nie ma sensu narzucać sobie takiego tempa. To są uroki życia w trasie, masz zawsze jakąś "misję".

 

Co do życia w trasie, jak podoba się wam nasz kraj albo ogólnie klimat Europy Wschodniej?

Oczywiście, mogłoby być cieplej. W porównaniu do tutejszych warunków Portugalia to tropiki [śmiech]. Ale poza tym jest naprawdę dobrze, zdarzało mi się współpracować z Polakami żyjącymi u nas, głównie z tancerzami, performerami. Bardzo ich lubię, dobrze się dogadujemy. Macie zupełnie inny język ciała w porównaniu do nas albo ludzi z krajów ościennych do Portugalii. Graliśmy przez większość trasy z włoskim zespołem The Gluts i to jest zupełnie inny świat niż ten polski - południowa Europa, wszyscy są ekspresywni, głośno mówią, gestykulują.

Pytanie dotyczące nowej płyty - słowo "inertia" w wolnym tłumaczeniu oznacza stan bezwładności, może nawet chaosu. Do czego się odnosicie?

"Inertia" oznacza brak ruchu w odniesieniu do pewnych parametrów, trudno to wytłumaczyć, można zahaczyć o filozofię czy nawet o fizykę. Inertia była naszą reakcją na zamknięcie w domu z powodu pandemii, byliśmy przytłoczeni tym, co działo się wokół i pozbawieni właśnie możliwości poruszania się. W pewnym momencie uważałem siebie za pracoholika, więc łatwo sobie wyobrazić, jak brak zajęcia działa na taką osobę. Nasze albumy zazwyczaj odnoszą się do obecnej rzeczywistości, idą z duchem czasu. Na przykład nasz debiut z 2015 roku zawierał wątki, z którymi mierzyliśmy się niedawno, maksymalnie dwa lata wcześniej. Aktualność i duch czasu to elementy, które często pojawiają się w naszych tekstach, przede wszystkim piszemy o Europie. Portugalia jako kraj na krańcu kontynentu pozwala spojrzeć z innej perspektywy, lubimy to. Czujemy fascynację, kiedy zwiedzamy Europę i widzimy jej najróżniejsze oblicza. Przed rozpoczęciem trasy zastanawialiśmy się, jak to będzie. Południowa Europa była dość ciężka, głównie przez te wszystkie zasady i restrykcje.

 

Restrykcje związane z pandemią koronawirusa?

Tak, w porównaniu na przykład do Belgii czy innych krajów, gdzie było w miarę luźno, w Hiszpanii ludzie musieli siedzieć na koncertach w wyznaczonych miejscach. Gdzieś indziej musisz nosić maski, w Niemczech dochodziło do tego posiadanie i okazywanie certyfikatu szczepienia na covid-19. W innym przypadku nie możesz wchodzić do niektórych miejsc...

Mówiąc o Europie i niedawnych wydarzeniach, które stanowią dla was inspirację, myślisz, że zmierzamy jako społeczność w niewłaściwym kierunku?

Totalnie, absolutnie tak [śmiech]. Czy my nie powinniśmy wszyscy być jednością? Przyjaciółmi? Pamiętam, jak miałem mniej więcej dziesięć lat i Portugalia znalazła się w strefie Schengen - zdałem sobie sprawę z tego, że to niesamowite móc jechać praktycznie wszędzie, gdzie się chce, a im jestem starszy, tym plany coraz bardziej się rozrastają, dzięki samodzielności można pozwolić sobie na realizację różnych celów. Szkoda, że nie wszyscy tak czują.

Po Brexicie problematyczne stały się podróże do Wielkiej Brytanii.

Tak. Zakładając że Unia Europejska to wspólnota ekonomiczna, w odniesieniu do muzyki i koncertowania oczywiście również stanowi to problem. Sam wjazd, opłaty czy sprawy paszportowe potrafią nieźle skomplikować życie.

 

Graliście tam niedawno - ludzie cieszą się z niezależności od Unii czy jednak narzekają na obecne warunki?

Prawdę powiedziawszy nie poznaliśmy absolutnie nikogo, kto byłby za Brexitem. Wszyscy uważali to za beznadziejny pomysł. Spotykaliśmy ludzi w pubach, w różnych miejscach i każdy narzekał na wyjście z Unii. Ale Brytyjczycy są specyficznym narodem, dość wrogo nastawionym do turystów. Wiemy, ponieważ bywam tam dość często - dwa, trzy razy w roku i znamy mnóstwo ludzi stamtąd. Niektórzy emanują wręcz postawą "nie mamy dla was pracy, turystów też nie lubimy".

Wspomniałeś, że graliście z włoskim The Gluts. Polska to jedno z niewielu miejsc, do których nie przyjechali z wami, dlaczego?

To kwestia rozplanowania tras. Terminy i miejsca nie pokrywały się z możliwości.


Niedawno opublikowaliśmy wywiad z The Gluts, opowiadali, że nie pasują do włoskiej sceny muzycznej, bo nie dość, że stawiają na hałas, to jeszcze sporo eksperymentują. W Polsce krautrock, noise czy indie są bardzo popularne poza mainstreamem. Jak jest u was?

Gramy głównie w podziemiu, choć zdarzało się usłyszeć nas w znanym portugalskim radiu.


Jakie mainstreamowe radio puszcza taką muzykę?

W zasadzie to jedno z trzech najpopularniejszych w kraju, coś jak BBC 6 w Wielkiej Brytanii. Ale nie zastanawiamy się nad tym aż tak bardzo, bo gramy długie numery, a - jak wiadomo - mainstream nie lubi przeciągania piosenki powyżej czterech minut [śmiech]. Nie jesteśmy gigantami krajowej sceny muzycznej, znamy większość osób, które grają podobnie i mają sale prób w pobliżu.

Podobnie jak wiele innych zespołów z Porto, macie salę prób w opuszczonej galerii handlowej. Jak to wygląda? Po prostu wchodzicie do pomieszczenia, które kiedyś było sklepem i jak gdyby nigdy nic podpinacie się ze sprzętem?

W latach 90. panował u nas wielki boom na galerie handlowe, ale później wiele z nich zamykało przez brak zainteresowania. Budynki pustoszały, a muzycy wykorzystali okazję i zaczęli wynajmować te przestrzenie, żeby tworzyć w nich sale prób.


Brzmi jak kapitalizm zero-waste.

Dokładnie. Miejsca jest sporo, w jednym momencie w całym budynku może odbywać się kilkadziesiąt prób jednocześnie, tygodniowo przewija się przez to miejsce mniej więcej siedemset osób. Co więcej, można tam spotkać ludzi grających rzeczy z najróżniejszych okolic - od początkujących żółtodziobów uczących się riffów Nirvany przez blackmetalowców, speców od elektroniki aż po orkiestrę dętą, a całe to przedsięwzięcie jest w pełni legalne.


Inspirują was napotykani tam "sąsiedzi"?

Wielu znajomych gra w tym miejscu, ale wiadomo, że nie wszyscy w tym samym czasie, łatwo się minąć. Porto nie jest dużym miastem, zawsze nasze drogi gdzieś się przecinają.

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki