Poroże. Piękne plenery i wtórne pomysły

62%

W dzisiejszym horrorze utarło się, że nadnaturalne monstrum musi symbolizować coś więcej, kiedy więc w kadrze pojawi się choćby zdeformowana kończyna, w głowach widzów natychmiast rozpoczyna się śledztwo, próba odszyfrowania znaków zakodowanych w strachu i terrorze. Jeżeli jednak mimo usilnych prób potwór okaże się po prostu potworem, rezultat nie musi być z miejsca pośledni.

Od pierwszych scen "Poroża" Scott Cooper podsuwa różnego rodzaju poszlaki, z których z czasem wyłaniają się dwa obiecujące tropy. Pierwszy prowadzi do skrajnego ubóstwa, upadku niegdyś wiodącego w regionie przemysłu i do jego dawnych pracowników - zdesperowanych, podejmujących różnego rodzaju nielegalną działalność, trwoniących marne wypłaty na łagodzące objawy braku chęci do życia używki. Bieda rodzi patologię, a to wystarczająco głębokie źródło, by dało początek przerażającej, materializującej ponure stany umysłu bestii.

 

Drugi trop prowadzi do przeszłości rodzeństwa Meadows (Keri Russell i Jesse Plemons), w dorosłym życiu wciąż borykającego się z konsekwencjami przemocy domowej, oraz do nieletniego Lucasa Weavera (Jeremy T. Thomas) podejmującego skazaną na porażkę próbę samodzielnego prowadzenia gospodarstwa domowego w zastępstwie za trawionego przez gniew tajemniczego pochodzenia ojca. Im jednak dalej, tym coraz większej potrzeba siły woli, żeby połączyć motywacje stwora z indiańskiej mitologii z przyziemnymi problemami rzucającymi wyzwanie nie tylko mieszkańcom Oregonu czy Stanów Zjednoczonych, ale doskonale znanymi w niemal każdym zakątku globu, z Polską włącznie.

Dla Coopera nieudźwignięcie ciężaru społecznie zaangażowanego filmu grozy być może jest porażką, nie trudno domyślić się, że chciałby umieścić "Poroże" w jednym rzędzie obok "Babadook" albo "To my", ale na szczęście dysponuje innymi atrybutami, dzięki którym publiczności nie grozi tak dotkliwe rozczarowanie, jak po seansie mocującego się z tematem zespołu stresu pourazowego "The Unfamiliar" czy nieudolnie odzwierciedlającego horror życia imigranta na obczyźnie "Czyj to dom?". Jego największym atutem okazuje się miejsce akcji, jeden z najmniej zaludnionych stanów Ameryki, niemal w połowie pokryty bujnymi lasami, górzysty Oregon, gdzie mity z odległej przeszłości nadal wydają się żywe.

 

Filmowa kreatura zostaje zidentyfikowana jako wendigo, a jeżeli zaczniecie przeszukiwać internet (Reddita albo po prostu Google) po haśle "wendigo Oregon", odkryjecie zaskakująco wiele doniesień z kilku ostatnich lat dotyczących dziwnych odgłosów dobiegających z lasów, odnajdywani rozszarpanych trucheł zwierząt albo notorycznego poczucia znajdowania się pod obserwacją czegoś ukrytego między drzewami. Może prawdy w tym niewiele, ale niewątpliwie pierwotny charakter większości stanu wzbudza u mieszkańców pierwotne instynkty strachu i tę atmosferę reżyserowi udało się uchwycić doskonale. Maleńkie, nienazwane miasteczko w jego obiektywie wygląda tak, jakby czas się w nim zatrzymał, a wyrastające nad każdym dachem góry i korony drzew wywołują klaustrofobiczną aurę, sprawiają, że ta skromna enklawa ludzi wydaje się być stopniowo pochłaniana przez siły natury.

Operator Florian Hoffmeister doskonale wie, jak w jednym ujęciu ukazać monumentalność okolicznej flory i bezradność przytłoczonego przez nią człowieka, a kiedy jego zdjęcia przybierają bardziej ponury, horrorowy odcień, wywołuje dreszcze sprawną manipulacją cieniami, działa zgodnie z zasadą im mniej widzimy, tym bardziej się tego obawiamy. Wpatrywanie się w piękne kadry pozwala niemal poczuć zapach wilgotnego lasu, a ulegnięcie temu urokowi pozwala zapomnieć, że mamy do czynienia z historią zbudowaną na szeregu schematów - od upiornych rysunków dziecka, które widzi więcej niż dorośli po tematy szkolnych lekcji, które akurat pokrywają się z wydarzeniami rozgrywanymi na ekranie. Z innym tłem, z inaczej akcentowanymi detalami w odległych planach "Poroże" byłoby po prostu kolejnym, niczym niewyróżniającym się monster movie.

 

Nastrój jest wszystkim, czym horror Scotta Coopera może utrzymać uwagę publiczności i najprawdopodobniej w każdym innym gatunku okazałoby się to zbyt słabym argumentem, by zachęcić do seansu, ale w filmie grozy stanowi połowę sukcesu. Drugą połowę wypełniają klisze, banały i zbyt duże ambicje reżysera, które uniemożliwiają "Porożu" urośnięcie do rangi wyjątkowej historii, co przy minimalnych oczekiwaniach i nastawieniu na kilka dreszczy nie powinno jednak stanowić przeszkody w opuszczeniu sali kinowej z poczuciem satysfakcji.


Poroże

Tytuł oryginalny: Antlers

Stany Zjednoczone/Meksyk/Kanada, 2021

Fox Searchlight Pictures

Reżyseria: Scott Cooper

Obsada: Keri Russell, Jesse Plemons, Jeremy T. Thomas



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki