Limp Bizkit - "Still Sucks"

70%

Upływ czasu bywa zbawienny pod kątem oceny pewnych zjawisk popkultury. Limp Bizkit jeszcze nie tak dawno temu uchodził za niechlubny symbol wszelkich stereotypów na temat nu metalu - od rapującego, białego samca-alfa w czapeczce z daszkiem założonej przodem do tyłu po mariaż najgorszych cech hip-hopu oraz rocka - ale dzisiaj perspektywa zmienia się.

Z latami coraz więcej osób potwierdza, że być może ta ekipa nie była najbardziej ambitną na świecie, ale miała hity z pierwszej ligi i riffy, które w zestawie z rozbujaną sekcją rytmiczną przynosiły numery stworzone do gibania bioderkami. Premiera "Still Sucks" przypadła na idealny moment, pozostaje tylko zapytać, czy jej zawartość się broni?

 

Nie zmienimy przeszłości, ale już dzisiaj możemy zacząć tworzyć lepsze jutro - zaczyna Fred Durst w otwierającym "Out of Style". Ewidentnie się pomylił, bo z pewnością chodziło mu o lepsze wczoraj. Dlaczego? Lata mijają, świat przeżywa najróżniejsze perturbacje, a Limp Bizkit pozostaje ostoją stabilności. Można by pomyśleć, że nie tyle cofnęli się do przełomu XX i XXI wieku, co nigdy z niego nie wyszli. Gdyby "Still Sucks" powstało zaraz po "Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavoured Water", nikt nie węszyłby, że coś poszło nie tak. Panowie pozostali wierni swoim receptom na tworzenie muzyki - ich tegoroczna propozycja to naładowany testosteronem nu metal, który brzmi tak, jakby stworzono go w szczytowym okresie popularności nurtu.

 

Czego my tu nie mamy? Skoczne riffy bez specjalnej podbudowy melodycznej? Są. Rapowanki Dursta od czasu do czasu przełamane ckliwie-balladową ekspresją? Również dostępne. No i przede wszystkim tyle krawędziowości, że twitterowe profile gwiazd showbiznesu wysiadają? Odhaczone. To wręcz niesamowite, jak bardzo ten zespół został zaimpregnowany na teraźniejszość, ale mimo wszystko, nikt tu nie pręży muskułów, by udawać, że wciąż ma dwadzieścia pięć lat.

 

"Still Sucks" jest w pewnym sensie bardzo zbieżne z nową stylówką Freda Dursta, który wygląda jak rubaszny amerykański ojciec po rozwodzie i eksmisji - budzi uśmiech, ale nie politowania, lecz sympatii. Limp Bizkit śmiało surfują po oceanie obciachu, ale robią to świadomie i wiedzą, że drugi raz muzycznego świata nie wywrócą, zamiast tego wolą zapewnić sobie trochę rozrywki. Już singlowy "Dad Vibes" udowodnił, że będzie luzacko i do przodu (przynajmniej przez większość płyty) - refren gotowy do skandowania podczas sezonu festiwalowego i nisko strojony riff Wesa Borlanda wystarczyły do napisania dobrego przeboju.

 

Kolorowo nie jest od początku do końca. Śmieszno-straszne skity pokroju "Love the Hate" albo lepką od cukru balladę "Don't Change" można było sobie darować, ale z drugiej strony liczne zalety przesłaniają minusy. Lepiej skupić się choćby na rytmicznym "Dirty Rotten Bizkit", przy którym aż chce się poskakać, bo te quasi-rapcore'owe wokale w zestawie z pracą gitary w typie "Rollin' Air Raid Vehicle" nie pozwalają na obojętność. Są też pojedyncze powiewy świeżości, chociażby niemal deathcore'owe zagrywki w "You Bring the Worst out of Me" czy wyliczanka ulubionych artystów Borlanda w "Snacky Poo", gdzie znajdziemy chociażby Nick Cave & The Bad Seeds, ale to raczej ciekawostki. Sednem tego materiału pozostaje podróż do wczesnych lat dwutysięcznych, która przebiega wyjątkowo przyjemnie.

 

Powrót Limp Bizkit po dziesięciu latach milczenia okazał się poprawiającym humor prezentem. Album brzmi po staremu, buja jak należy, a te wszystkie odgrzewane kotlety przypominają sowitą porcję wąsatych, ojcowskich dowcipów - w odpowiednich dawkach smakują dobrze. "Still Stucks" jest po prostu fajne.


Suretone/2021




Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki