Ostatniej nocy w Soho. Przeklęty Londyn

90%

Przeszłość na dobre zadomowiła się w teraźniejszości, Queen i Fleetwood Mack to jedne z najchętniej odsłuchiwanych zespołów wśród osób poniżej dwudziestego piątego roku według Spotify, w odzieży coraz śmielej powracają elementy zaczerpnięte z lat 90., a Ikea sprzedaje meble wprost z czasów PRL-u. Nie ma niczego złego w upominaniu się o przeszłość, ale kiedy to ona upomina się o żywych, można spodziewać się najgorszego.

Eloise (Thomasin McKenzie) właśnie zaczyna studia, zasłuchuje się w Cilli Black i Sandie Shaw (biografie obydwu musiały częściowo zainspirować scenariusz, pierwsza z nich została nawet sportretowana na ekranie), nosi ubrania odzwierciedlające styl Londynu z połowy lat 60., a w dodatku pochodzi ze wsi, nie przepada za alkoholem i imprezowym życiem w akademiku. Przyjazd do wielkiego miasta - zgodnie ze schematem - w końcu zaczyna ją zmieniać, ale nie jest tak banalną i przewidywalną postacią, za jaką na pierwszy rzut oka może uchodzić.

 

Dzięki parapsychicznym zdolnością potrafi nawiązywać kontakt ze zmarłymi, w tym ze swoją matką, która z jednej strony zawsze pojawia się z uśmiechem na twarzy, pełna wsparcia i miłości, a z drugiej z dosłownie jednego zdania dowiadujemy się, że problemy natury psychicznej pchnęły ją do samobójstwa. Relacja publiczności z Eloise przypomina jej relację z dopiero co poznanymi rówieśnikami z uczelni - docierają do nas strzępki przeszłości opowiedziane przy okazji, bez zgłębiania szczegółów, bez ustalania, co doprowadziło do tego, że ta młoda kobieta znalazła się właśnie w tym momencie życia. Narracji i dynamice filmu wychodzi to na dobre, bo chociaż jest poszatkowany licznymi retrospekcjami, to w przeszłości rolę głównej bohaterki przejmuje marząca o wielkiej karierze Sandie (Anya Taylor-Joy), a sceny z jej udziałem nie służą ekspozycji, tylko zwiększaniu intensywności akcji i zawiązywaniu intrygi.

Losy Sandie choć odległe w czasie, odzwierciedlają wzorzec osłabiony dopiero przed kilkoma laty dzięki ruchowi Me Too. Z początku pewna siebie i swojego talentu, spodziewa się błyskawicznego podboju świata, ale wpada w sidła całego zastępu śliskich facetów, którzy dysponują precyzyjnie dopracowaną paletą sztuczek i manipulacji służących przemienianiu ambicji w niewolnictwo. Cierpienie z przeszłości rezonuje z ogromną siłą w teraźniejszości Eloise, która z czasem zaczyna przypominać młodego Johna Constantine'a prowadzącego śledztwo w imieniu pozbawionych możliwości walczenia o sprawiedliwość duchów, a sam Londyn z kolorowego, radosnego miejsca rodem z brytyjskiej przygody w serialu "Przyjaciele" przemienia się w ponure, przygnębiające miejsce z "Prosto z piekła" Alana Moore'a, o którym jedna z bohaterek mówi: W każdym domu i w każdym pokoju tego miasta ktoś umarł i to kilkukrotnie.

 

Edgar Wright w swoim najmniej "wrightowskim" filmie (nie liczcie na emblematyczną dla jego twórczości scenę z ekstremalnie szybkim montażem kilku bliskich ujęć z udziałem postaci wykonujących błahe czynności z dnia codziennego) wykazał się niemałą zręcznością w budowaniu napięcia i konstruowaniu zagadki, której rozwiązania nie da się przedwcześnie przewidzieć. W dosłownie jednym momencie (ujawnienie roli funkcjonariusza Lindseya) na chwilę traci równowagę, ale szybko koryguje kurs i serwuje znakomity finał, po którym sympatia do poszczególnych postaci i moralna ocena wydarzeń najprawdopodobniej rozejdą się w skrajnie przeciwnych kierunkach.

Nie będą rozczarowane te osoby, które u Wrighta cenią przede wszystkim unikalną wrażliwość w patrzeniu na świat - jego kadry, praca kamery, kolory, scenografie i kostiumy są dopracowane co do najdrobniejszego detalu, ale wisienką na torcie okazują się momenty nowe dla jego dotychczasowej estetyki, czyli te całkowicie zanurzone w arthouse'owym horrorze. Kiedy przeszłość i teraźniejszość zaczynają się przenikać, iskrzy pomiędzy nimi z zapierającą dech w piersiach intensywnością, a kulminacja to nałożenie na siebie sceny intymnego, pierwszego zbliżenia erotycznego z brutalnym morderstwem, co wprowadza w dziwne poczucie fascynacji i dyskomfortu. Od strony montażu to majstersztyk, który powinien wieńczyć każdy filmoznawczy wykład rozpoczęty od przedstawienia rewolucyjnego spojrzenia Eisensteina na dziesiątą muzę w "Pancerniku Potiomkinie".

 

Najważniejszy moment filmu to wypowiedziane przez Eloise nie w jego końcówce. Zdradzenie, na co w ten sposób odpowiada zrujnowałoby seans, ale Wright i Krysty Wilson-Cairns (współscenarzystka) wciskają w ten sposób hamulec, unikają wpadnięcia w pełnym rozpędzie w ślepą uliczkę oczywistego zwrotu akcji zamieniającego miejscami protagonistów i antagonistów. To swoiste poddanie próbie przesłania stojącego za filmem i wyjście z niej z jeszcze większą siłą.

Thomasin McKenzie pokazała się w roli Eloise jako wyjątkowo obiecująca aktorka, Anya Taylor-Joy jeszcze raz potwierdziła, że jeśli nie podbije Hollywood, to tylko Hollywood na tym straci, a w dodatku Diana Rigg (znana z oryginalnego "Rewolweru i melonika" czy jako dziewczyna Bonda w "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości") odegrała ostatnią rolę swojego życia, w poruszający sposób wieńcząc trwającą sześć dekad karierę. Pełna fascynacji, podziwu i opiekuńczości relacja pomiędzy tymi trzema kobietami to największy atut "Ostatniej nocy w Soho", a Edgar Wright udowodnił, że jego wyjątkowe spojrzenie na świat nie wymaga pryzmatu komedii, by zachwycać plastycznością i wzbudzać szczere emocje.


Ostatniej nocy w Soho
Tytuł oryginalny: Last Night in Soho
Wielka Brytania, 2021
Complete Fiction
Reżyseria: Edgar Wright
Obsada: Thomasin McKenzie, Anya Taylor-Joy, Diana Rigg



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki