Efterklang: Nasza muzyka to zbiór snów i marzeń o lepszej przyszłości

Duński Efterklang na tegorocznym albumie "Windflowers" nie wynalazł koła na nowo, ale dokonuje całkiem udanej próby umieszczenia słuchaczy w bańce mydlanej własnych melodii. To przyjemna i kojąca muzyka z okolic chamber popu czy post-rocka, a jeden z jej twórców, Rasmus Stolberg, opowiada nam o podróżach po świecie snów, zmienianiu świata i duńskich krajobrazach.

Łukasz Brzozowski: Tak subtelnie jak na "Windflowers" dotąd nie brzmieliście - w nowych piosenkach czuć pogodę ducha, zupełnie jakbyście chcieli nimi zasugerować, że jesteście spełnieni.

Rasmus Stolberg: Tak, mogę się z tym zgodzić, że pod kątem "ładności" brzmienia jeszcze nigdy nie zawędrowaliśmy tak blisko absolutu. Co do drugiej części twojego pytania, również w pewnym sensie mogę odpowiedzieć twierdząco. Czujemy dużo szczęścia, świetnie nam się ten materiał tworzyło, ale mistrzami jogi nie jesteśmy [śmiech].

Nie miałem na myśli spełnienia tylko na niwie muzycznej, ale także tej czysto ludzkiej. Odnoszę wrażenie, że pozytywne wibracje, którymi emanujecie przekładają się na charakter nowej płyty.
Nie zastanawiałem się nad tym aż tak bardzo, ale w tym, co mówisz faktycznie kryje się ziarno prawdy. Kariera Efterklang układa się tak, jak sobie tego życzymy, na polu osobistym też nie możemy specjalnie narzekać. Jeśli zestawić naszą trójkę z resztą tego pesymistycznego świata, odznaczamy się wręcz ogromną dozą radości i może to być zauważalne przy słuchaniu naszego nowego krążka. Mimo tego gdy tworzę, nie próbuję przemycać wątków ze swojego życia do piosenek. Wręcz przeciwnie, muzyka jest dla mnie pewną formą eskapizmu, podróży do świata absolutnie odmiennego od tego, w którym przyszło mi żyć i odszukiwania w nim wizji, marzeń, nierealnych bytów. To metoda niczym nieskrępowanej ucieczki od rzeczywistości.

 

Emocje towarzyszące przy podróżach do tego odmiennego świata zostają w tobie, gdy kończysz pracę nad materiałem?
Czasami tak bywa, a jeżeli do tego dochodzi, czuję się idealnie. To jest dla mnie celem tworzenia muzyki - dostarczanie sobie dobrych wrażeń, na tyle intensywnych, że trzymają jeszcze długo po zakończeniu procesu twórczego. Może to być godzina, może to być cały dzień, ale tak czy siak cieszę się niezmiernie, gdy ta mgiełka kreatywności zostaje ze mną na jakiś czas. Coś podobnego odczuwam na koncertach. Kiedy wychodzą dobrze i słuchacze bawią się razem z nami, towarzyszy temu utopijne poczucie jedności. Aż człowiek zatrzymuje się mentalnie na chwilę i myśli, że świat wygląda idealnie, że lepiej być nie może. Szczerze polecam [śmiech].

Co do komponowania, jako zespół stawiamy przede wszystkim na intuicję, zwłaszcza w przypadku "Windflowers" poszliśmy w tym kierunku. Zrobiliśmy na tę płytę cały szereg bardzo odmiennych numerów, niektóre były żywsze, niektóre epatowały atmosferą mroku, więc sklejaliśmy wszystkie pomysły tak, by całość zgadzała się z opracowanym konceptem. Chcieliśmy nagrać album, na którym będzie czuć pragnienie odnalezienia ciepła oraz światła i zrobiliśmy to. Wszystko na bazie intuicji.

Co spowodowało, że zapragnęliście tego ciepła? Myślałem, że macie je w sobie od zawsze.
Co ja ci mogę powiedzieć... Pandemia! Całe to zamieszanie związane z koronawirusem wpłynęło na nas wyjątkowo negatywnie. Czuliśmy się wyobcowani, a do tego stała izolacja i szereg nakazów oraz zakazów na pewno nie pomagały. Nie mogliśmy spędzać ze sobą czasu, co w połączeniu z niepokojącymi przewidywaniami czy przeczuciami bardzo mieszało nam w głowach. Co gorsza, na samym początku nie wiedzieliśmy, ile to wszystko potrwa, a teraz, już ponad półtora roku po wielkim zamknięciu świata, dalej nie możemy być stuprocentowo pewni, co się zaraz wydarzy. Teraz jesteśmy w trakcie trasy koncertowej, ale kto wie co dalej? Kto wie, czy zaraz koncerty nie zostaną odwołane? Staramy się zachować optymizm, ale nic nie jest już czarno-białe. Świat się rozjebał, a my - jako jego obywatele - też mamy przejebane, więc warto próbować zmian. Dla siebie i dla innych.

 

W singlowym "Living Other Lives" jak mantra powtarzane są dwa słowa: Ciągle śnię. Niby nic takiego, ale dostrzegam w nich esencję "Windflowers" i w ogóle waszej muzyki, która zdaje się być umiejscowiona w świecie snów. To dobry trop?
To całkiem ciekawa interpretacja, chyba mogę się ku niej przychylić. Muzyka Efterklang jest czymś na wzór zbioru najróżniejszych snów i marzeń o lepszej przyszłości, tak mogę to ująć. Jesteśmy marzycielami, bo tylko w taki sposób możemy nadać naszym utworom satysfakcjonujący kształt, bujamy w obłokach.

Marzenia o lepszej przyszłości świata brzmią bardzo wzniośle, ale jak je spełnić?
Wcześniej powiedziałem, że świat się rozjebał, ale mimo wszystko cały czas zmierza w dobrym kierunku. Ludzie mają chęci, by zmieniać go na lepsze, a do tego z każdym dniem jest ich coraz więcej, rośnie świadomość tego, że warto dbać o dobro wspólne, czyli planetę, na której żyjemy. Oczywiście ta droga będzie jeszcze długa i kręta, ale staram się być dobrej myśli. Bądź co bądź, ludzie z różnych rejonów Ziemi nie mają tak prosto jak ty czy ja, wciąż istnieje masa niesprawiedliwości, biedy, głodu... Aż chciałoby się, by światowi przywódcy wykazywali się większą empatią i pomagali dążyć do tych wszystkich zmian.

 

To jest chyba najgorsze. Wiemy, co robić, by świat był lepszym miejscem, ale niekoniecznie umiemy wcielić plany jego naprawy w życie.
Dokładnie. Zmiany, które należałoby wprowadzić nie są ideami strukturalnie skomplikowanymi. Powiedziałbym wręcz, że to bardzo proste sprawy, ale sęk w tym, że środki i moc do ich wykonania mają tak zwani "ludzie z góry", których - w wielu przypadkach - nie obchodzi to, jak żyje większość ludzi na świecie. To bardzo irytująca, wręcz niemożliwa do pokonania przeszkoda.

Poprzedni album, "Altid Sammen", nagraliście w całości po duńsku, ale przy okazji "Windflowers" nie wróciliście na tę ścieżkę, to miał być jednorazowy eksperyment?
Wracamy do tematu intuicji - nie mieliśmy w planach tego, co będzie dalej z językiem duńskim w naszej muzyce. Nagraliśmy "Altid Sammen" w taki sposób zupełnie spontanicznie, ale muszę zaznaczyć, że przy komponowaniu materiału na nowy album mieliśmy w zanadrzu parę kawałków po duńsku - ostatecznie zrezygnowaliśmy z nich. Angielski przychodzi nam znacznie łatwiej i naturalniej, jest językiem uniwersalnym, dzięki niemu każdy słuchacz może zrozumieć, o czym dokładnie śpiewamy i może utożsamić się z naszą muzyką lub nie. Wiem, że może to brzmieć trochę tak, jakbyśmy się z tego duńskiego teraz podśmiewali, ale wcale nie mam tego na myśli. Kiedy zrealizowaliśmy poprzednią płytę, poczuliśmy się bardzo dobrze z pokazaniem słuchaczowi naszego ojczystego języka, siłą rzeczy takiego, w którym myślimy i czujemy. Te emocje są dla nas bardzo ważne, więc dlaczego nie podzielić się nimi ze światem?

 

Docierały do was głosy fanów, którzy chcieli więcej twórczości w języku ojczystym?
Tak, zdarzyli się tacy. To byli przede wszystkim duńscy fani, którym bardzo spodobała się "Altid Sammen" i chcieli czegoś jeszcze w tej konwencji, ale jednocześnie nikt nie wywierał presji. Fani Efterklang wydają się bardzo wyrozumiali i przede wszystkim mają świadomość, że swoboda to dla artysty rzecz najważniejsza. Wiadomo, nie wszyscy, ponieważ pewne jednostki, które zakochały się w nas na etapie debiutu teraz są zupełnie gdzie indziej, ich zdaniem brzmimy zbyt przyswajalnie, ale to normalne. Słuchacz i twórca zawsze mogą się rozejść, trwanie w czymś na siłę nie ma absolutnie żadnego sensu, a potrzeba zmiany i niekoniecznie jej akceptacja ze strony odbiorcy to coś naturalnego.

"Windflowers" balansuje na granicy eksperymentów i przebojowości. Sporo się trzeba napocić, żeby przy takim brzmieniu nie utkwi w niezgrabnym szpagacie?
Tak, musimy się mocno napracować, by nasze wydawnictwa przybierały kształty, które bierzemy sobie za cel. Zdarzają się przekleństwa, rzucanie stołami i przede wszystkim masa poprawek oraz kompromisów, ale uwierz mi - warto. Jeśli ceną tego wszystkiego ma być dzieło, które wprawia cię w zachwyt i dumę, można się posiłować z różnymi elementami prowadzącymi do jego sfinalizowania.

 

W jednym ze starszych wywiadów powiedziałeś, że nie inspirujesz się Danią, bo ma krajobraz płaski jak naleśnik, a muzyka Efterklang potrzebuje bardziej rozbudowanych obszarów. Podtrzymujesz tę opinię po latach?
Aleś mi teraz wyciągnął [śmiech]. Nie, nie podtrzymuję tej opinii. Zmieniłem postrzeganie Danii. Wychodzę z założenia, że to piękny kraj, który dysponuje fantastycznymi lasami, punktami widokowymi i ma w sobie coś niesamowicie melancholijnego. Po prostu przyciąga do siebie niemal każdego. Co prawda inspiruję się obecnie trochę innymi miejscami, ale lubię swoją ojczyznę.

 

Jakimi miejscami inspirujesz się?
Nie potrafię dokładnie wskazać, ale poszukuję czegoś bardziej dramatycznego i intensywnego niż duńskie krajobrazy.

Polski krajobraz ma w sobie elementy, które licują z muzyką Efterklang? W końcu parę razy u nas graliście, pewnie udało się wam pozwiedzać i wyciągnąć konkretne wnioski.
Szczerze... Nie myślałem o tym. Udało nam się zwiedzić niektóre polskie okolice, ale głównie te miejskie, które nie interesują mnie w kontekście Efterklang. Chociaż pamiętam, że byliśmy u was w kilku parkach, wywarły one na nas ogromne wrażenie, świetne miejsca. Widać, że rozwijacie się jako państwo i nie stoicie w miejscu.

 

fot. Dennis Morton


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki