Midsommar: Dreampop to melancholia i tęsknota, ale nie agresja czy autodestruktywność

Shoegaze i dreampop powracają do łask, ale w Polsce wyrosła dopiero pierwsza fala zespołów zafascynowanych tym brzmieniem, a stołeczne Midsommar jest na jej szczycie i właśnie opublikowało debiutancką EP-kę - "The Dream We Had".

Jarosław Kowal: Jakie były twoje wrażenia po obejrzeniu "Midsommar" Ariego Astera?
Karol Grabias: Prawda jest taka, że nazwa Midsommar przyszła mi do głowy niezależnie od filmu. Żeby być zupełnie szczerym, nie oglądałem go, nie przepadam za horrorami i z świętem Midsommar spotkałem się na wiele lat przed premierą wspomnianej produkcji.

 

Ze względu na swoje przywiązanie do kultury dziecięcej - w tym książek Astrid Lindgren i Tove Jansson - od lat ciągnęło mnie do Skandynawii, jej krajobrazów, sennej atmosfery i szkierów. Święto Midsommar zawsze przypominało mi o przyjęciu, które pojawia się na końcu książki "W dolinie Muminków" Jansson - ze stołem rozłożonym na środku lasu, światłami rozpiętymi na drzewach i wszechobecnymi, małymi stworzeniami. Kocham te atmosferę do tego stopnia, że mam wizerunek Muminków na swoim basie i zwyczajnie inspiruje mnie do tworzenia naszej muzyki.

To wiele wyjaśnia, bo miałem wrażenie, że w waszej muzyce czuć aurę przede wszystkim pierwszego aktu filmu, czyli sielankę, lato, bliskość natury, ale nie późniejszy mrok czy tym bardziej brutalne rytuały.
Oczywiście każdy z członków zespołu wkłada w kompozycje nieco inne emocje - niektórzy z nas po prostu kochają shoegaze'owe brzmienie łączące przytłaczające fale gitarowych ścian ze słodkimi harmoniami, które się pod nimi kryją, a ja na pewno przemycam silny ładunek introwertycznego przywiązania do kontaktu z dziką przyrodą. To nie znaczy, że nasza muzyka jest wyłącznie sielankowa - choć zwykle piosenki Midsommar mogą się wydawać po prostu "ładne", to w wielu kompozycjach do głosu dochodzą też dużo trudniejsze emocje, ale opowiedziane innym muzycznym językiem niż w "ciężkich" gatunkach. Dreampop jest estetyką, w której z pewnością mieszczą się melancholia, poczucie utraty, tęsknota, ale już nie agresja czy autodestruktywność. Lubię myśleć o naszych utworach jak o ciepłych, nieco rozmytych, czasami smutnych kadrach z odległych wspomnień, widzianych kiedyś filmów, momentów, gdy doświadczało się obezwładniających emocji.

 

Introwertyczne przywiązanie do dzikiej przyrody - to brzmi jak pustelniczy tryb życia. Potrzebujesz samotności, żeby wydobyć z siebie muzykę, z jakiej możesz być w pełni zadowolony?
Jest w tym na pewno dużo racji. Oczywiście zdarza się tak, że spotykamy się na próbie, nasz gitarzysta Dawid przynosi ze sobą propozycję utworu - zwykle proponuje konkretną progresję akordów, która nam po prostu wpada w ucho - i ja na bieżąco zaczynam dogrywać do tego partie basowe. Jeśli jednak sam mam ułożyć linię, melodię, serię akordów, to nie potrafię zrobić tego inaczej niż w zupełnej samotności. Myślę, że wielu muzyków tak ma - pewne głosy w tobie pojawiają się dopiero wtedy, gdy jesteś zupełnie wyrwany ze społecznego kontekstu, gdy choć na chwilę zapomniałeś o swojej pracy i nie masz akurat nic pilnego do załatwienia. Często tak bywa, że serie dźwięków, melodie, jakieś mgliste zarysy akordów przychodzą do mnie, gdy siedzę sam gdzieś w głuszy - może to być dziki brzeg Wisły, nieuczęszczana część lasu czy osobliwe pustkowia, jakie czasami otaczają obiekty przemysłowe.

W nazwie zespołu umieściliście Midsommar, ale w informacji prasowej wskazujecie na atmosferę miasteczka Twin Peaks jako tę, którą chcecie przywołać i faktycznie łatwiej wyobrazić sobie was na scenie Roadhouse, niż na szwedzkiej prowincji, ale czy to oznacza, że obraz odgrywa ważną rolę w waszym sposobie komponowania? Tworzysz z myślą o jakimś widoku albo może widoki zaczynają pojawiać się w twojej głowie, kiedy słuchasz tego, co już stworzyłeś?
"Twin Peaks" w zespole lubimy chyba wszyscy i to z wielu powodów. Wokal Julee Criuse i kompozycje Angelo Badalamentiego z dwóch pierwszych sezonów "umeblowały" wrażliwość całej masy ludzi, którzy wychowali się w latach 90., w tym również nas. Powrót serialu po dwóch dekadach wpisał się idealnie w swoisty melancholijny zwrot w kierunku lat 90., który słychać również w nowej fali zespołów shoegaze'owych i dreampopowych - w przypadku Polski można chyba mówić o "pierwszej fali", do której sami się zaliczamy. Bardzo często tworzę z myślą o jakimś obrazie, kadrze, stopklatce, w której zastygła nasycona, intensywna emocjonalnie atmosfera. Równie dobrze może to być film, wspomnienie czy gra komputerowa - choćby inspirujące duńskie produkcje "Limbo" i "Inside" - które silnie zakorzeniły się w mojej głowie. Atmosfera i przestrzeń są dla mnie ważniejsza, niż opowiedzenie historii, dlatego też tak kocham muzykę ambient, w której teoretycznie nic się nie dzieje. Mam ukochane kompozycje choćby William Basińskiego, w których przez godzinę rozciąga się jeden dron.

 

Ostatnie półtora roku to powrót shoegaze'u i dreampopu, co nie jest aż tak dużym zaskoczeniem, bo raz po raz zdarzają się powroty niemal każdego gatunku. Bardziej zaskakujące jest to, o czym wspomniałeś - w Polsce ta muzyka właściwie dotąd nie istniała, jesteście jednym z pierwszych zespołów tego rodzaju. Z czego to może wynikać, że zjawisko znane przynajmniej od lat 80. dotarło do nas z tak dużym opóźnieniem?
Gatunki muzyczne - jak prądy literackie, filozoficzne i kulturalne, szczególnie te bardziej niszowe - zaszczepiają się poza swoim miejscem powstania dzięki postaciom charyzmatycznych ambasadorów, mecenasów, promotorów. Tak się po prostu złożyło, że w Polsce mieliśmy Tomasza Beksińskiego, który pokazał Polakom nową falę i post-punk, Artura Rojka, który zaraził nas britpopem i brit-rockiem czy zespół Trójki, który zakorzenił rockowe kanony gitarowego grania. Dreampop i shoegaze - poza nielicznymi wyjątkami - był niszą nawet tam, gdzie powstawały, czyli głównie w Wielkiej Brytanii na przełomie lat 80. i 90. Choć muzyka Joy Division może wydawać się stosunkowo wymagająca dla słuchacza "z ulicy", to jest w niej znacznie więcej radiowego piosenkowego potencjału niż w jazgotliwym "Loveless" My Bloody Valentine. Dla zewnętrznego odbiorcy nieprzystępne może być również to, jak ten nurt podszedł do wokali - głos w miksie jest wycofany, zrównany głośnością z partiami gitar lub nawet ukryty pod nimi, do tego często przybiera formę amorficznego szeptu. Chyba łatwiej było w latach 90. przetłumaczyć muzyczny język grunge'u, thrash metalu czy truskulowego rapu niż "artystowski" i udziwniony muzycznie shoegaze.

Z jednej strony masz rację, ale z drugiej nie było u nas nawet podziemia, nie powstał nawet jeden album, który uchodziłby za zapomniany klasyk polskiego shoegaze'u czy dreampopu, a przecież melancholijna muzyka zawsze miała w Polsce liczne grono słuchaczy/słuchaczek - depeszowcy to zjawisko charakterystyczne dla tej części Europy, The Cure zawsze było u nas wielbione, z bardziej współczesnych zespołów Archive albo Sigur Rós w niewielu innych krajach mają takie rzesze fanów i fanek. Może hałaśliwy język tej muzyki był zbyt skomplikowany dla samych artystów i nie potrafili wyrażać siebie za jego pomocą?
Fakt, smutek nad Wisłą zawsze miał się dobrze i chłonęliśmy ze świata niemal wszystkie prądy, w tym muzyczne, które eksponowały opuszczoną jednostkę, melancholię i poczucie zagrożenia - zimnofalowe i egzystencjalne eksperymenty miały się u nas dobrze. Nie chciałbym umniejszać żadnemu z polskich artystów, mówiąc, że język ten jest dla niego zbyt skomplikowany, by mógł się w niej odnaleźć. Myślę, że jakąś rolę odegrał tu zwyczajny przypadek i brak szczęścia - dreampop i shoegaze jest późnym, schyłkowym wręcz dzieckiem lat 80., które pojawiło się w momencie, gdy w kontrkulturze pałeczkę przejmowały zespoły grające muzykę dużo bardziej krzykliwą i w jakimś sensie wyrazistą jak hip-hop, grungenu metal. Zespoły do których się odwołujemy nie miały tego "pokoleniowego" ładunku gniewu, efektownego wizerunku scenicznego, szokującej oprawy wizualnej. Shoegaze i dreampop były programowo niemal nie-subkulturowe i nieideologiczne, do tego brzmieniem mogły zbyt przypominać granie, które już wtedy odchodziło do lamusa. Kto wie, może istniał w latach 90. jakiś świetny zespół grający w stylu Slowdive, który zwyczajnie nigdy nie wyszedł z piwnicy czy pokoju. Nawet nam trochę to zajęło.

 

Wiele zespołów odcina się od gatunkowych przynależności, traktuje je jak coś ograniczającego albo jak odbieranie unikalnego charakteru ich twórczości przez umieszczenie w jednej szufladce z innymi kapelami, ale wy ten dreampopowy emblemat nosicie z dumą, nie dodajecie do niego nawet "post" albo "experimental".
To prawda. Może właśnie trochę dlatego, że w Polsce te gatunki są muzycznymi sierotami, których nikt nie zdecydował się przygarnąć. Uważamy, że to wielka strata dla rodzimej sceny, że przez ostatnie trzydzieści lat niemal nikt nie postanowił spróbować grać w ten sposób. Nie mogę sobie wyobrazić bardziej pociągającego grania gitarowego, może poza ambientem, który zwykle kojarzony jest z muzyką elektroniczną, ale równie dobrze może być grany instrumentalnie. Nie gramy post-shoegazu, bo w naszym kontekście nie ma niczego, co było wcześniej i pracujemy z tą materią muzyczną u podstaw. Dlatego też cieszy nas tak bardzo, gdy odkrywamy i poznajemy kolejnych artystów, którzy decydują się iść podobną drogą, takich jak Strangers in My House, Bez, Rosa Vertov, Kwiaty czy nieistniejące już niestety Evvolves. Członków kilku z tych zespołów udało mi się już poznać i z marszu nawiązaliśmy nić porozumienia. To niesamowite, że w tak krótkim czasie, zupełnie niezależnie od siebie pojawili się w Polsce shoegazerzy. Mam ciche marzenie, że kiedyś, może za kilka lat, zorganizujemy pierwszy w Polsce festiwal dreampopowo-shoegazowy, na który udałoby się zaprosić na przykład Slowdive. To byłoby niesamowite.

Takim festiwalem był poniekąd obecnie zawieszony SpaceFest, ale to niezależne od siebie pojawienie się shoegazerów wiąże się ze zjawiskiem bardziej globalnym, bo nie tylko w Polsce shoegaze/dream pop stały się nagle ponownie popularne.

Bardzo lubię ten moment, gdy odkrywam nowy zespół shoegazowy i nie jestem w stanie określić, czy zadebiutował w 2018, czy w 1993 roku. Większość nowych kapel jest dość wierna kanonom sprzed trzydziestu lat. Prawda jest taka, że wiele z tych zespołów pracuje na "odrodzenie" sceny przez długie lata - DIIV, Pinkshinyultrablast czy Airiel grają od dekady i dłużej, powoli przemycając ninetisową melancholię do muzycznego obiegu. Są też takie zespoły, jak Slow Crush, które pojawiły się nagle i z marszu zrobiły furorę. Ciekawym przypadkiem w tym kontekście jest shoegazowa "konwersja", jakiej dokonało niedawno Deafheaven. W ich graniu od początku było słychać senno-marzycielskie harmonie, ale dopiero na wydanej niedawno płycie "Infinite Garden" poszli na całość i ogłosili się zespołem shoegazowym. Według mnie z dość przeciętnym skutkiem. Wydaje mi się, że powrót tej estetyki to dość wielowymiarowy proces, który nie nastąpił nagle - niektórzy wsiedli do tego pociągu na ostatniej stacji, inni - jak moje ukochane Slowdive - jadą nim z przerwami od trzydziestu lat. Myślę, że powrót giganta, jakim jest Slowdive w naszej "branży" był silnym impulsem dla młodszych kapel - sam słuchałem ich pierwszy raz na Off Festivalu w 2014 roku i było to niesamowite doświadczenie. Shoegaze i dreampop to po prostu arcypiękny sposób na muzykę, jeśli kiedyś został zapomniany, to zwyczajnie nie mógł przesiedzieć za długo w szafie. Wydaje mi się też, że jego nieagresywność i akceptacja introwersji mogą być bezpieczną przystanią dla wielu młodych osób, które są zmęczone syfem, jaki funduje im social-mediowy wyścig o uwagę.

 

Ciekawe jest także to, jak duży zasięg ma wasza muzyka. To jeszcze nie są dziesiątki tysięcy odsłuchań, ale są to bardzo różnorodni odbiorcy i różnorodne media - metalowe, jazzowe, związane z tak zwaną "alternatywą". Wygląda na to, że jest w dreampopie coś ponadgatunkowego, mimo że zakres wykorzystywanych przez niego technik jest dość wąski.
Było dla nas bardzo miłym zaskoczeniem, gdy na nasze maile odpisywały kolejne redakcje - często też takie, po których nigdy nie spodziewalibyśmy się, że mogą być zainteresowane naszą muzyką. Na pewno dreampop ma w sobie coś uniwersalnego i eterycznego - jego rozmarzona, słodka atmosfera i brak ideologicznej otoczki nie zamyka zbyt wielu furtek i może zwyczajnie podobać się wrażliwym odbiorcom. Ale na naszą powoli rozwijającą się widoczność ma też wpływ jeden istotny czynnik - wkładam bardzo dużo pracy w komunikację z dziennikarzami muzycznymi. Pracowałem kiedyś w PR-rze kultury i z grubsza wiem, jak przygotować porządny press pack, moja dziewczyna - Nela Szadkowska, nagrywająca muzykę jako Nela - pracowała w cyfrowej dystrybucji muzyki i zdradziła mi parę sekretów tego, jak radzić sobie na platformach streamingowych. Bez tej wiedzy - w sytuacji, gdy działamy bez żadnego labelu - bylibyśmy skazani na znikome zasięgi. Dlatego tak zależy mi na tym, by ta garstka zespołów, która gra w Polsce w tej estetyce miała dobre relacje i mogła sobie wzajemnie pomagać. To nie znaczy, że ideowo nie chcemy współpracować z labelami - naszą pierwsza długogrającą płytę chcielibyśmy nagrać już z większym partnerem, bo każdy z nas ma pracę i bycie własnym managerem i PR-owcem zwyczajnie pochłania czas. Jednak z pierwszą EP-ką, chcieliśmy spróbować własnych sił i jesteśmy zadowoleni.

Jedną z przyczyn malejącej popularności shoegaze'u i dream popu w drugiej połowie lat 90. były wąskie ramy gatunkowe, ograniczone możliwości rozwoju, a tym samym uniknięcia powtarzalności. Nie boisz się, że również wpadniecie w tę pułapkę?
To częściowo prawda, choć tu muszę zaznaczyć jeden istotny fakt - w połowie lat 90. niedługo po nagraniu swoich największych płyt niemal jednocześnie rozpadli się trzej "giganci" tego gatunku - My Bloody Valentine, Slowdive i Ride. To trochę tak, jakby dla fanów thrash metalu w tym samym czasie zniknęły Metallica, Slayer, Anthrax i Megadeth. Na scenie zostały by tylko "drobniaki". Powrót każdego z tych zespołów okazał się wielką sensacją na scenie i wszyscy fani shoegaze'u z wypiekami na twarzy czytają nowe informacje o nadchodzącej płycie Slowdive, a przy tym ich powrót w 2017 roku był dość zachowawczy gatunkowo. Nie boimy się wtórności, bo zwyczajnie kochamy tę estetykę i w naszym kontekście na pewno jeszcze długo będzie bardzo świeża. Co nie oznacza, że wykluczamy jakiekolwiek stylistyczne urozmaicenia. Z przyjemnością włączyłbym do kolejnych nagrań inne instrumenty, a przede wszystkim elementy ambientowe, które - według mnie - doskonale uzupełniają atmosferę dream-popu. Pod tym względem absolutnym mistrzem jest dla mnie Robin Guthrie - gitarzysta, który grał dreampopowe hity z Cocteau Twins, a w duecie z Haroldem Buddem stworzył jedne z najpiękniejszych instrumentalnych kompozycji ambientowych, jakie kiedykolwiek powstały.

 

27 października ukaże się wasz debiut, dotychczasowe reakcje chyba pozwalają czuć się pewnie, co do pozytywnego odbioru tego materiału, ale co dalej? Jak daleko sięgają plany związane z Midsommar?
Oczywiście jesteśmy dobrej myśli i liczymy na to, że nowe utwory spodobają się wszystkim, których już do siebie przekonaliśmy. Tym bardziej, że cała EP-ka będzie dość spójna stylistycznie, choć nie zabranie na niej urozmaiconych akcentów, na przykład slowcorowego utworu "7am". Przez niemal trzy lata wspólnego grania napisaliśmy sporo materiału i bez trudu moglibyśmy nagrać teraz płytę długogrającą. Myślę, że znalezienie odpowiedniego labelu, który będzie rozumiał naszą muzyczną wrażliwość i byłby gotów nagrać z nami LP jest naszym kolejnym dużym celem. No i mamy taki wewnętrzny żart w kapeli, że ciągle czekamy na telefon od Artura Rojka, który zaprosi nas na Off Festival.

 

fot. Mikołaj Rudyk


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki