The Gluts: Radość, życzliwość i hałaśliwe gitary to wszystko, co najlepsze w życiu

Grać głośno i grać z pasją - oto dewiza włoskiego The Gluts, który surowego, rock'n'rollowego post-punka łączą z całą gamą innych hałaśliwych wpływów. Nie boją się niczego, są bezkompromisowi, a ich najnowsza płyta ("Ungrateful Hearts") potwierdza słuszność tych stwierdzeń.

Łukasz Brzozowski: Do wora z napisem "post-punk" można dzisiaj wrzucić prawie wszystko, ale duża część zespołów opisujących swoją muzykę w ten sposób brzmi nudno i wtórnie. Co może być tego przyczyną?

The Gluts: Uznajemy siebie za zespół post-punkowy, ale musimy zaznaczyć, że zakres wpływów, którymi się karmimy jest bardzo szeroki, wychodzi daleko poza tę szufladę. Ale czy post-punk dzisiejszych czasów równa się nudzie? Nie przesadzalibyśmy. Fakt, szczytowy okres jego rozwoju i popularności przypadał na lata 80., ale dziś też ma do zaoferowania całkiem sporo. My znajdujemy w nim wiele fajnych rzeczy dla siebie.

Mnóstwo współczesnych artystów z tego nurtu zapomina o najważniejszym elemencie punka - jego surowej sile, u was problemu z tym nie ma. To wychodzi samoistnie czy kontrolujecie, jak ma wyglądać dana piosenka pod kątem poziomu agresji i jadu?
Zanim w ogóle przystępujemy do nagrywania płyty czy wystąpienia na koncercie, magazynujemy w sobie dużo energii i gniewu. Jeśli uzbieramy wystarczające ilości obu, możemy ruszać, by pokazywać światu nasze wściekłe piosenki. Niemniej staramy się nie operować jedynie tymi negatywnymi emocjami, ale także pozytywnymi - radością czy miłością.

 

W waszej muzyce znacznie bardziej niż The Sisters of Mercy czy Joy Division czuć wpływy Misfits, a nawet - idąc jeszcze dalej - nieodżałowanego Beastmilk, całkiem niestandardowy zestaw.
Dziękujemy za te słowa, ale mimo wszystko nie jestem w stanie określić, dlaczego brzmimy tak, a nie inaczej. Najwidoczniej tak zrządził los i tyle. Nie jesteśmy zespołem, który zastanawia się nad swoją popularnością. W dzisiejszych czasach wpływa na to kombinacja talentu i szczęścia, ale do tego dochodzi też sprawne poruszanie się w mediach społecznościowych. Staramy się ogarniać internetowy świat, ale w zdrowych dawkach, nie popadamy w przesadę.

 

Oprócz post-punkowego rock'n'rolla o erotycznym napięciu da się u was wyczuć dużo transowych wibracji. Zupełnie jakbyście pogrywali sobie ze słuchaczem, by delikatniejszym dryfem nadać dodatkowej mocy tym intensywnym partiom.
Dokładnie tak. Wracamy do wątku, o którym rozmawialiśmy wcześniej, czyli rozpiętości naszych muzycznych wpływów. My po prostu w żaden sposób się nie ograniczamy i czerpiemy akurat z tego, co daje nam radość w danym momencie. Każdy z nas słucha odmiennej muzyki, ale najwidoczniej dogadujemy się ze sobą na tyle sprawnie, że łączenie tych odmienności nie sprawia najmniejszego problemu.

Warto jednak zauważyć, że nigdy wcześniej nie byliście tak bezpośredni i bezpardonowi jak na "Ungrateful Heart". Co zadecydowało o podkręceniu potencjometru wkurzenia do maksimum?
Tu też się zgadzamy, ale dlaczego tak jest? Nie wiem. Może to po prostu potrzeba chwili, a może akurat czuliśmy się bardziej wściekli niż zazwyczaj się czujemy. Trudno określić.

Na waszym nowym albumie oprócz agresji, dostrzegam też specyficzny rodzaj szczęścia - komunikat, że skoro świata sam nie zmienisz, przynajmniej możesz zapewnić sobie dobrą zabawę.
W rzeczy samej. Mierzenie się z wieloma wyzwaniami stawianymi przez dzisiejszy świat nie jest łatwe, ale trzeba sobie jakoś radzić z przeciwnościami losu. Samym gniewem niczego nie zdziałasz, na szczęście gdzieś na horyzoncie czają się radość i życzliwość. Operując tymi dwiema mocami, możesz przenosić góry. Jak dorzucisz do tego jeszcze hałaśliwe gitary, masz już właściwie komplet wszystkiego, co najlepsze w życiu [śmiech].

 

"Bye Bye Boy" urzeka tą powracającą frazą, że musicie o siebie zawalczyć. To fragment tekstu oparty na własnych doświadczeniach?
Każdy z nas miał kiedyś taki moment, gdy musiał stanąć twarzą w twarz ze swoimi demonami. Opowiadamy jednak tylko i wyłącznie o sobie, nie musieliśmy doświadczać tego bardzo często w porównaniu z wieloma innymi osobami. Możemy nazywać siebie szczęściarzami. W "Bye Bye Boy" nie opowiadamy o własnych problemach, tylko o problemach naszego drogiego przyjaciela.

 

W uszy rzuca się też treść najbardziej radykalnego na albumie "FYBBD" z jasnym komunikatem - jeśli jesteś faszystą, lepiej bądź martwy. Nie uważacie, że to zbyt surowe podejście? Każdy ma prawo się zmienić, a za szeregiem złych decyzji czy głupich poglądów może nadejść pozytywna zmiana.
Pewnie, że każdy może się zmienić i wejść na właściwy tor - wychodzę z podobnego założenia. Zapętlając zdanie, które przytaczasz w pytaniu, chcemy po prostu wyjaśnić że przekonania tych tak zwanych "alt-rightowców" są na kompletnie innym biegunie niż nasze i nie uznajemy ich za zdrowe czy dobre. Wiadomo, że w zespole nie każdy ma identyczne poglądy, nasze przekonania polityczno-społeczne różnią się pod pewnymi względami, ale łączy nas antyfaszyzm, to jest najistotniejsze.

Kim jest bohaterka "Leyla, Lazy Girl on the Moon?". To prawdziwa postać czy fikcja literacka?
To prawdziwa postać. Leyla jest osobą, którą szczerze kochamy - pojawia się w wyjątkowych momentach naszego życia, trochę jak szczęśliwa wróżka. Cenimy ją wyjątkowo, więc uznaliśmy, że zadedykowanie jej piosenki będzie na miejscu. Jesteśmy z tego naprawdę dumni.

W zamykającym album "Eat Acid, See God" dawka psychodelii i dyskomfortu jest tak duża, że nie wiem, czy słyszałem coś podobnie przytłaczającego w tym roku. Czyżbyście sami przeżyli tripa na kwasie i postanowiliście przelać nabyte doświadczenia ten numer?
Nie braliśmy kwasa przed nagrywaniem tego numeru. Zaczęliśmy go od wyraźnych akcentów syntezatorowych z jednej próby, która akurat trwała dłużej niż mieliśmy w zwyczaju. Kiedy piosenka nabrała ostatecznego kształtu, tytuł przyszedł zupełnie naturalnie. 

 

Jesteście w trakcie europejskiej trasy z portugalskim 10 000 Russos. Gracie zupełnie inną muzykę, ale u obydwu zespołów można z łatwością dostrzec wspólny ładunek - uznałbym to za szerzej nieokreśloną dawkę tajemniczości. Skąd pomysł, by podbijać Stary Kontynent akurat z nimi?
Co do tego wspólnego ładunku - to po prostu najciemniejsze strony osobowości wynikające z południowo-europejskiego pochodzenia, tak to wygląda [śmiech]. A skąd pomysł? Najpierw zmatchowało nas na Tinderze, a gdy już chwilę pogadaliśmy, okazało się, że do spóły z nimi dzielimy wytwórnię i agencję bookingową. To cudowni kolesie, są naszymi portugalskimi braćmi.

Okładka "Ungrateful Heart" wygląda bardzo znajomo, skojarzenia biegną w kierunku "Plowing into the Field of Love" Iceage. To przypadkowe podobieństwo, czy może szukaliście takiego nawiązania?
Całością projektu graficznego zajęła się Olya z The Underground Youth. Wspólnie z nią przerzucaliśmy się różnymi pomysłami i inspiracjami, ale "Plowing into the Field of Love" nie było jedną z nich. Kiedy zebraliśmy wszystko do kupy, powstał ten cudowny obrazek. Świetnie pasuje do płyty.

 

W jednym ze starszych wywiadów utrzymywaliście, że nie pasujecie do włoskiej sceny muzycznej. Dlaczego?
Byliśmy i wciąż jesteśmy za głośni na włoską scenę - to proste. Oczywiście na przestrzeni lat pewne rzeczy zmieniły z korzyścią dla nas czy podobnych nam zespołów, ale bez jakiejś wielkiej rewolucji, ale to tylko i wyłącznie nasz punkt widzenia.

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki