Szczyl: Nie obchodzi mnie ani jutro, ani wczoraj, jest tylko dziś

"Polska Floryda" to jeden z najciekawszych tegorocznych debiutów, album osadzony przede wszystkim w hip-hopie, ale sięgający również do między innymi post-punka. Kim jest Szczyl? Jakie jest jego muzyczne credo? O czym marzy i jak wyglądałyby jego koncerty bez ograniczeń budżetowych? Między innymi tego dowiecie się z naszej rozmowy.

Jarosław Kowal: Wskazałeś kiedyś na Nasa, Game'a czy Peję i Pezeta jako swoich ulubionych MC - to sami czterdziestolatkowie, twoi rówieśnicy nie wydają ci się równie interesujący?

Szczyl: Nie chodzi o to, że nie wydają mi się interesujący. Miałem niedawno taką myśl - nie wiem, czy słuszną, to pewnie zweryfikuje późniejsza myśl - że dawno nie wyszedł żaden klasyk, takie albumy przestały powstawać. Są oczywiście utwory, które dzisiaj trafiają na sam szczyt, ale to nie są utwory, do których wrócę za dziesięć lat i powiem: Kurde, to było coś. Ze starszymi numerami nie dość, że łączą mnie ładunek emocjonalny i wspomnienia związane z dorastaniem, to jeszcze uważam je za wybitne, a stojących za nimi artystów za wyjątkowych.

Na pewno wiąże się to z tempem wydawania muzyki - dziesięć-piętnaście lat temu większość osób z jednego grona towarzyskiego słuchała tego samego, razem chodziła na koncerty, razem śpiewała teksty, a teraz większość wyszukuje coś własnego na streamingu i nie spędza z muzyką aż tyle czasu.
To na pewno jest jeden z powodów, muzyki jest dzisiaj tak dużo, że ciężko nadążać za wszystkim, co się dzieje.

 

A nie masz wrażenia, że przykładanie wagi do wieku stało się niemal fetyszem? Pokolenia X, Y, Z, pokolenie Ikea, Open'era, JP II - jest tego mnóstwo, a w dodatku jednym zamyka się usta zdaniem: Co ty możesz wiedzieć w tym wieku?, a innym określeniem: OK, boomer.

Nie raz spotykałem się z tym, że ktoś podsumowuje mnie słowami: Mądrze mówisz jak na dwudziestojednolatka i jest w tym coś dziwnego, to takie siłowe ściąganie na ziemię. Trzymasz w głowie coś, co ma dla ciebie duże znaczenie, postanawiasz wypowiedzieć to na głos i nagle ktoś odpowiada: Okej, jak na twój wiek... Nie wiem, jak takie słowa można w ogóle komuś powiedzieć. No i rzeczywiście wszyscy dookoła gadają teraz o różnych generacjach, a tak naprawdę jesteśmy po prostu ludźmi i robimy różne rzeczy, które albo są fajne, albo są niefajne.

Wybrałeś dla siebie pseudonim, który podkreśla młody wiek, ale w odrobinę pogardliwy sposób. To na przekór? Dla pokazania, że w młodości jest coś wartościowego?

Uwielbiam ten pseudonim, dla mnie szczyl to szczeniak, a jak jesteś szczeniakiem to czujesz całkowity brak konsekwencji, nie boisz się marzyć, wszystko może ci się jeszcze dziesięć razy udać albo nie udać, masz totalną wolność. To jest najfajniejsze w byciu szczylem - nie obchodzi cię ani jutro, ani wczoraj, jest tylko dziś, a to, co powiesz dziś nie musi obowiązywać jutro [śmiech].

 

Często osobom publicznym wytyka się jakąś opinię z wywiadu sprzed lat i wręcz oczekuje się, że nadal będą za nią stały.
Każdy zmienia zdanie, a do tego każdy z nas jest pieprzonym hipokrytą i sam popełnia te same błędy, które wytyka innym osobom. Ciężko być idealnym człowiekiem, a zmienianie poglądów oznacza tyle, że myślisz... O ile idziesz w tych myślach w dobrym kierunku, bo na pewno dobrą zmianą nie jest to, kiedy jednego dnia wszystkich szanujesz, a drugiego myślisz: O wy kurwy jebane [śmiech].

 

Młodość ma do siebie także to, że zmiany na poziomie tożsamości następują dosyć gwałtownie, niemal z roku na rok stajesz się innym człowiekiem, czego zazwyczaj nie można powiedzieć o zmianach na przykład pomiędzy trzydziestopięciolatkiem a czterdziestopięciolatkiem. W twoim życiu wiele się zmieniło przez ostatni rok?

Oj tak [śmiech]. To wszystko jeszcze do mnie nie do końca dociera i nigdy bym nie pomyślał, że w ogóle ma szanse się wydarzyć. Gdyby ponad dwa lata temu - kiedy pracowałem w salonie z gresami podłogowymi - ktoś mi powiedział, że niedługo zostanę artystą, którego ludzie będą chcieli słuchać, który wyda płytę z wielką wytwórnią, to nie uwierzyłbym. Wciąż to zresztą do mnie nie dociera. Tyle wiązało się z tym stresu, że nie pozwalałem sobie na radość z tej nowej sytuacji, a przecież to jest zajebisty moment w moim życiu. Mam dwadzieścia jeden lat, wydaję debiutancką płytę, z której jestem dumny i zadowolony, ale łapię się na tym, że właściwie niczego nie czuję.

 

Nie czujesz żadnych emocji związanych z tą sytuacją?

Może nie czuję niczego to trochę za mocno powiedziane, ale nie wiem, co czuć przez ogrom presji, przez słowa typu: Nie spierdol tego i tak dalej. To sprawia, że powoli zaczynam się znieczulać, zaczynam myśleć racjonalnie, a racjonalizm wypacza zadowolenie, nie pozwala na luz i bekę.

Najstarszy kawałek na twoim kanale YouTube pochodzi z marca 2020 roku, a w maju tego roku trafiłeś pod skrzydła Sony Music Poland. Tak błyskawiczna kariera to marzenie wielu osób, ale z drugiej strony nie miałeś obaw, że za krótko szlifowałeś umiejętności w "podziemiu", żeby już wypływać na szerokie wody? Tym bardziej, że z powodu pandemii nie miałeś wielu okazji do przetestowania siebie na scenie.

Bardzo mi tego brakowało. Czasami słuchałem od ziomali różne historie o koncertach i czułem, że chciałbym to przeżyć. Na przykład Osiem Osiem opowiadał, jak przechodził przez te wszystkie etapy - najpierw granie dla dziesięciu osób, później pięćdziesięciu, stu. Dzięki temu możesz się oswoić z wychodzeniem na scenę, przyzwyczaić do tego, obyć z tłumem... Ja na jednym z pierwszych koncertów po wyjściu na scenę miałem przed sobą jakieś dwa tysiące osób i od razu pomyślałem: Ja pierdolę... [śmiech]. Ale odbieram to wszystko bardzo pozytywnie. To jest dla mnie przepiękny moment, nawet jeżeli tempo okazało się bardzo szybkie. Muzykę robię co prawda od 2017 roku, ale wcześniej nie przykładałem do niej tak dużej wagi, nie myślałem, że pójdę tą drogą. Dopiero kiedy w zeszłym roku wydałem "Drugą dekadę", stwierdziłem, że nie mogę wytrzymać z normalna robotą, więc spróbuję z muzyką i będę robił ten rap na poważnie [śmiech].

 

A czy to nie jest łatwiejsze, kiedy wychodzisz na scenę przed tłumem, który możesz potraktować jak bezosobową masę w porównaniu z występem dla kilku osób, z którymi masz znacznie bardziej osobisty kontakt?

To jest właśnie fajne w tych mniejszych koncertach, można złapać zupełnie inną więź. Kiedy grałem dla - powiedzmy - trzystu osób, to było już milej, wymiana energii jest znacznie bardziej organiczna. Kiedy wychodzisz z kolei przed tłumem dwóch czy czterech tysięcy osób, to już musisz zrobić coś, żeby je rozruszać. Nie ma przestrzeni na personalne żarciki, na odpowiedzenie komuś, kogo głos wyłapałeś z publiczności, bo w takim tłumie nie wyłapiesz już żadnego pojedynczego głosu. Nie twierdzę, że duże koncerty są złe, to też niesamowite doznanie, ale rodzaj energii jest zupełnie inny.

23 października będziesz miał bodajże pierwszą możliwość zaprezentowania siebie na samodzielnym koncercie na własnym podwórku - w Trójmieście. Podchodzisz do tego całkowicie spontanicznie czy masz przybliżony plan tego, co chcesz na scenie zrobić?
Nie mam jeszcze żadnego planu, ale muszę się do tego w końcu przygotować [śmiech]. Mam teraz tak dużo pracy, że ciężko to wszystko pokleić, ale w wolnych chwilach myślę o tym, jak do tego koncertu podejść, jak przygotować go tak, żeby był w tym fun, żeby było miło i przyjemnie, żeby każdy się dobrze bawił i żebym ja się dobrze bawił.

 

Sztukę przygotowania udanego koncerty hiphopowego uważam za absolutnie najtrudniejszą we współczesnej muzyce. Wyjątkiem jest granie z zespołem, ale to dzisiaj dosyć rzadkie zjawisko, kiedy natomiast scenę dziesięć na dziesięć metrów mają wypełnić tylko MC i DJ, sytuacja robi się bardzo kłopotliwa. Masz na to jakiś przepis albo jakieś ogólne założenia, jak do tego podejść?
Coś tam sobie wyobrażam, nie zdradzę jeszcze szczegółów, ale myślę, że będzie zajebiście. Muszę tylko trzymać to w granicach rozsądku [śmiech]. Gram w Trójmieście, miejscu, z którego pochodzę, będzie wiele twarzy, które doskonale znam i cieszę się, że jedyny koncert z tym albumem w tym roku odbędzie się właśnie tutaj, na naszych włościach.

 

Tobie jak mało komu "żywy" zespół przydałby się na scenie. W "Zawsze za mało" masz wyraziste gitarowe solo rodem z lat 80., w "Cieniu" zahaczasz o post-punk - takie elementy zawsze robią większe wrażenie odgrywane prosto ze sceny, a nie z sampli.

Tak, to prawda. Musiałbym też nauczyć się występować z "żywym" zespołem, bo to zupełnie inne doświadczenie niż po prostu nawijanie do mikrofonu. Zupełnie inaczej słyszysz wtedy całą tę ścieżkę instrumentalną i to, co dzieje się w tle. Totalnie chciałbym to kiedyś zrobić i myślę, że zrobię całkiem niedługo.

A gdybyś miał nieograniczony budżet, jak wyglądałyby twoje koncerty?
O stary... Wjechałbym na scenę lowriderem przekrzywionym na jeden bok, wysiadłyby z niego trzy dziewczyny w płaszczach z futer, dookoła byliby tancerze, a później wysiadłbym ja, też w jakimś wyjebanym futrze [śmiech]. Poleciałaby na przykład "Anastazja", a ja nagle zacząłbym lecieć nad ludźmi podpięty na linkach [śmiech]. Trochę cisnę bekę, ale jak ma się pieniądze, to takie rzeczy są super. Z jednej strony to beka, z drugiej publiczność dobrze to odbierze. Ja bym coś takiego chciał zobaczyć. A z takich prostszych rzeczy to przynajmniej zrobiłbym scenografię polskiej Florydy, rozegrałbym to bardziej teatralnie, dodał więcej życia na scenę. Chciałbym, żeby utwory przechodziły z jednego w drugi w formie opowieści, spektakl połączony z koncertem.

 

Opowiadasz o tym bez chwili zastanowienia, jakbyś od dawna miał ten plan ułożony w głowie.

Dosłownie przed sekundą to wszystko wymyśliłem [śmiech]. To jest ta nieograniczona forma szczylowskiej głowy [śmiech]. Jak możesz coś sobie wymarzyć, to powinieneś. Zapytałem kiedyś kogoś, o czym marzy, a ta osoba nie była w stanie udzielić żadnej odpowiedzi, nie mogła niczego wymyślić. Ja bym mógł z marszu powiedzieć, że chciałbym mieć na przykład zamek i to już jest jakieś marzenie, a kiedy ktoś mi mówi, że nie marzy o niczym, to nie mogę się nadziwić. Przecież to jest takie proste i tak dużo daje na duchu i w głowie, pozwala uciec od realnego świata. Dzięki marzeniom możesz na chwilę zatopić się w czymś innym, a później wrócić z nowymi siłami. Dla mnie to jest zajebiste, kiedy ot tak znikąd możesz wysnuć jakieś marzenie. Pomysł niby z dupy, ale gdybym to teraz rzeczywiście zrobił na jakimś koncercie, to byłby to wyjebany koncert.

Z tego, co wcześniej powiedziałeś wynika, że właśnie jesteś w trakcie spełniania takiego - wydawać by się mogło - nierealnego marzenia, ale czy masz już kolejne?
Chciałbym mieć dom we Włoszech [śmiech]. To nie jest marzenie z dupy, mam je totalnie przemyślane, myślę o tym od dawna i dążę do tego. Kocham Polskę i uważam, że jest wspaniałym miejscem do życia, ale jestem ciepłolubny i chciałbym przeprowadzić się do Włoch. Poza tym chcę rozwijać się muzycznie, implementować jak najwięcej nowej muzyki do tego, co robię. Chodzę na różne koncerty, na jam sessions, słucham jazzu, muzyki klasycznej, awangardowej i myślę sobie: Kurwa, jest jeszcze tyle ciekawych rzeczy do zrobienia, a ja nawet nie musnąłem wierzchołka tej góry.

 

Podkreślałeś kiedyś, że nie wywodzisz się z hiphopowego środowiska, ale teraz siłą rzeczy zostałeś do niego wciągnięty. Odnajdujesz się w nim czy wciąż trwa oswajanie? Albo może w ogóle nie chcesz się w nim odnaleźć?
Jak kto mnie przypisze, tak może mnie przypisywać, nie przejmuję się tym. Jeżeli ktoś myśli, że nie będę bawił się muzyką i jej nieograniczoną formą, to jest w błędzie. Dla mnie to jest fun. Można robić jakiś gatunek i można robić muzykę, ja jestem za tym drugim i nie narzucam sobie presji, że muszę robić hip-hop czy cokolwiek innego. Bawię się tym. Ktoś może powiedzieć, że jestem hiphopowcem, ale sam zauważyłeś, że jest na płycie postpunkowy wygrzew, jest ta solówa gitarowa w "Zawsze za mało", a w przyszłości chcę pójść w jeszcze dziwniejsze klimaty. Wolę być muzykiem niż hiphopowcem.

Odnoszę wrażenie, że nie do końca do tego grona pasujesz także ze względu na teksty - braggowania jest w nich niewiele, kultu pieniądza również brak. Na wyciąganie wniosków póki co za wcześnie, ale wydaje mi się, że masz wszelkie predyspozycje, żeby trafić do szerszej publiczności, jak na przykład Kaliber 44, Łona i Webber czy nawet Koza, których słuchają ludzie często w ogóle niesiedzący w hip-hopie.
Chciałbym docierać do każdego - młodego, starego, punka, rockmana, metalowca, hiphopowca, kolesia, który słucha popu. Nie czuję, żebym tworzył w nurcie starej szkoły albo w nurcie nowej szkoły, ale mam też świadomość, że jestem bardziej hiphopowy niż mniej, dalej będę hiphopem operował, ale będę go wtykał w nowe rzeczy. Oczywiście nie na siłę, to nie ma być przymusowe udziwnianie muzyki. Chcę, żeby dalej była przyjemna do słuchania.

 

Z drugiej strony takie podejście może przyciąć skrzydła, a przynajmniej jeżeli chodzi o lot w kierunku samego szczytu, halowych koncertów czy podboju OLiS, bo twoja muzyka okaże się po prostu zbyt ambitna na komercyjny sukces, ale czy w ogóle ci na nim zależy?

To nie jest najważniejszy cel, że chciałbym sprzedać sto tysięcy biletów na solowy koncert. Takie rzeczy mi nie imponują. Wolałbym otworzyć ludzi na muzykę i na to, jak różnorodna może w naszym życiu być. Nie chcę, żeby moi słuchacze przyzwyczajali się do mnie takim, jakim jestem obecnie, żeby pisali coś w stylu: Nie zmieniaj się. Wolałbym przyzwyczajać do szukania czegoś fajnego w odkrywaniu nowości w mojej muzyce. A czy będę sławny, czy nie? To jest dla mnie najmniej ważne... Bylebym kupił ten pieprzony dom we Włoszech [śmiech].

 

fot. Karol Małecki


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki