Mild High Club - "Going, Going, Gone"

68%

Trudno nie zacząć od porównanie nazwy Mild High Club do muzyki, jaką tworzą - tak, ich twórczość to dźwięczny wyraz stanu lekkiego podchmielenia lub sesji z inną używką. O ile pierwszy album stanowił przyjemną dla ucha mieszankę indie rocka i jazzu, to z każdym kolejnym odsłuchem "Going, Going, Gone" tego drugiego jest coraz więcej.

Projekt pochodzącego z Kalifornii Alexa Brettina odznacza się zgrabną fuzją gatunkową. Na koncie ma nawet współpracę z King Gizzard & The Lizard Wizard, która zaowocowała albumem łączonym, niezwykle eterycznym "Sketches of Brunswick East". Cztery lata później Mild High Club wydało kolejny longplay - "Going, Going, Gone", ciekawą interpretację ogólnie pojętego jazzu, ale czy tak porywającą jak wcześniejsze wydawnictwa?

 

Znakiem szczególnym albumu jest oszczędność tekstowa - już w pierwszym utworze kluczem są partie instrumentalne (chociaż to za mało powiedziane, są to głównie syntezatory), a im dalej w las, tym... no właśnie. "Dionisyan State" brzmieniowo przypomina ścieżkę dźwiękową dowolnej edycji "Mario Kart" - zamiast dać się porwać przy obiecującym tytule, boski orszak co najwyżej doprowadzi słuchacza do nostalgii związanej z wyborem pomiędzy małpą a Luigim. Nie oznacza to jednak, że utwory pozbawione są kunsztu. Miejscami Brettin zgrabnie przeskakuje z bossa novy do jazzu i upycha jeszcze syntezator, oczywiście w jednym utworze. "It's Over Again" zdaje się być najmocniejszą pozycją albumu, najbardziej rytmiczny i taneczny kawałek, idealna synteza wspomnianych gatunków. Jedyna wada to fakt, że jest za krótki.

 

W porównaniu do poprzedników (zaczynając od "Timeline" z 2015 roku) można odczuć, że Brettin porzucił muzykę indie na dobre. Brak tutaj leniwych wokali, charakterystycznych partii gitarowych, czy nawet ciągłości historii opowiadanej utwór po utworze. Mało też różnorodności (nie gatunkowej) - przy pierwszym odsłuchu miałam wrażenie, że całość stanowi jedną długą improwizację i badanie możliwości wszelkich instrumentów. W zasadzie nie ma tutaj utworu, który brzmi inaczej niż pozostałe, zaskoczeń brak.

 

Słuchanie "Going, Going, Gone" powinno odbywać się z uwzględnieniem zasady wszystko albo nic. Klimat całości to celebracja optymizmu w czasach absolutnie obcych temu nastawieniu. Teksty nie podsuwają motywu przewodniego, choć odniosłam wrażenie, że pomysł nowoczesnego epikureizmu wyklucza konsumpcjonizm. Późny kapitalizm nie ma nic do gadania w tym przypadku. "Me Myself and Dollar Hell" to właśnie taki przykład - wesoła, wręcz frywolna melodia, a przy niej zupełnie kontrastowy roast na codzienność przeciętnego obywatela Stanów Zjednoczonych. Żonglowanie na linii muzyka-tekst mogłoby uczynić album znakomitym, gdyby było go więcej niż dwa utwory.

 

"Going, Going, Gone" nie jest albumem tak dobrym jak poprzednie wydawnictwa Mild High Club, brak w nim dozy świeżości i korzeni gitarowego indie rocka. Z drugiej strony trudno określić całość jako klapę od strony muzycznej - pod tym względem Brettin nie zawodzi. Świat obserwowany przez różowe okulary, cukierkowy do porzygu - może stanowi to pewną koncepcję ignorancji? Na pewno lekka, plażowa forma i kawiarniane utwory poprawiają nastrój, ewentualnie przypominają o zaległych zakupach w supermarkecie i chociażby dlatego warto po "Going, Going, Gone" sięgnąć - poprawi samopoczucie i odpręży w chwili jesiennego braku optymizmu.


Stones Throw/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive