Nie czas umierać. Czas na emeryturę

59%

Nastrój, w jakim opuścicie salę kinową po dwudziestym piątym spotkaniu z Jamesem Bondem w ogromnym stopniu będzie zależeć od nastroju, w jakim na nią wejdziecie. Jeżeli 007 w waszych osobistych popkulturowych panteonach zajmuje jedno z najbardziej zaszczytnych miejsc, film Cary'ego Jojiego Fukunagiego nie strąci go w otchłań obojętności; ale jeżeli nie darzycie agenta Jej Królewskiej Mości tym szczególnym uczuciem, które pozwala wybaczyć niejedno potknięcie, możecie się potwornie wynudzić.

Jako reprezentant drugiej z tych kategorii, z trudem przełknąłem liczący blisko trzy godziny monument. Absolutnie żaden akapit scenariusza nie usprawiedliwia przeciągania "Nie czas umierać" ponad sto dwadzieścia minut, a wycięcie trzydziestu z nich ze środka nie poskutkowałoby żadnymi stratami fabularnymi.

 

Celem najpewniej było ukazanie maksymalnie ludzkiego oblicza Bonda, ale to udało się osiągnąć już wcześniej - w ostatnich latach wyewoluował w najciekawszym kierunku w liczącej niemal sześć dekad historii, stał się postacią bardziej złożoną, utrapioną, targaną przez liczne namiętności, co nie każdemu fanowi jest w smak, ale ile można oglądać tego samego podrywacza z martini w jednej dłoni, ze spluwą w drugiej i z co rusz nową kobietą u boku?

Niewykluczone, że Bond Daniela Craiga po dniu spędzonym z Bondem Seana Connery'ego dałby mu po prostu w pysk, bo poza nazwiskiem i funkcją niewiele ich łączy (jedna z fanowskich teorii głosi zresztą, że nie tylko numer agenta przechodzi z osoby na osobę po zakończeniu służby, ale również personalia). Pech Craiga polega jednak na tym, że jest najbardziej uczłowieczoną z wersji Bonda, najciekawszą, skomplikowaną i wielowymiarową, ale trafiły mu się jedne z najbardziej nużących i banalnych scenariuszy w dziejach serii. O ile obserwowanie początków jego kariery w "Casino Royale" należy sklasyfikować jako potrzebny powiew świeżości, o tyle trzy kolejne filmy tworzono od kalki, stopniowo obniżając loty. Nie bronią się ani w porównaniu z późnymi klasykami ekranowych przygód bohatera stworzonego przez Ian Fleming pokroju "GoldenEye", ani tym bardziej ze współczesnym kinem akcji.

 

Prosty film o zemście w postaci "Johna Wicka" ma do zaoferowania bardziej emocjonujące starcia od tej wysokobudżetowej produkcji; popychające widowiskowe kino akcji do granic ludzkich możliwości "Mission: Impossible" ma w zanadrzu szersze spektrum gadżetów, trików, pościgów i zwrotów akcji; a nawet tak "popcornowy", pozbawiony ambicji twór jak dziewiąta część "Szybkich i wściekłych" wykazuje więcej ikry niż mdłe, odtwórcze sceny akcji w "Nie czas umierać", których w dodatku jest niewiele, ustępują ciągnącym się w nieskończoność dialogom na kilka w kółko powtarzanych tematów. Skoro historia nie porywa, a w kulminacyjnych momentach fajerwerki okazują się niewypałami, to co pozostało?

Największym atutem Fukunagi jest podejmowanie ryzyka - nie boi się zrywać z wieloma niemalże świętymi zasadami, pozostawiając prawie wszystkie pola z obowiązkowymi cechami filmu z Bondem nieodhaczone. To broń o trudnej do kontrolowania sile rażenia, pozwala pozbyć się przewidywalności, ale ofiarą pada również tożsamość, bo gdyby usunąć słynny motyw muzyczny skomponowany przez Monty'ego Normana, łatwo dałoby się zapomnieć, że ten biegający, latający, jeżdżący szybkimi samochodami i wystrzeliwujący dziesiątki pocisków mężczyzna nie tylko przedstawia się jednym z najbardziej znanych nazwisk w historii popkultury, ale również dokonuje tego w sposób przez wiele osób wyczekiwany niczym refren w ulubionej piosence.

 

Ze wszystkich najmniej bondowych rozwiązań zastosowanych w "Nie czas umierać" relacje z kobietami najbardziej rzucają się w oczy. Bond od dłuższego czasu nie jest już tym nieznoszącym sprzeciwu brutalem, który w "Goldfinger" rzucił na stóg siana bohaterkę znaną jako Pussy Galore (w polskiej wersji Cipcię Obfitą...) i z uśmiechem na twarzy oraz romantyczną muzyką w tle zmuszał ją do stosunku seksualnego, ale dopiero w 2021 roku udało mu się nawiązać relacje z kobietami, które nie byłyby podszyte napięciem erotycznym. To zmiana jednoznacznie korzystna, a jeżeli kogoś zaboli, na pewno odnajdzie ducha dawnego Bonda podczas niejednej rodzinnej imprezy w postaci śliskiego wujka o niewybrednym poczuciu humoru. Krytycznych głosów nie zabraknie chociażby dlatego, że Bond nie jest już agentem 007, jego numer przejęła czarnoskóra agentka Nomi, ale zmiany nie przeforsowano na siłę. To nie jest ślepe dopasowanie do równościowego trendu umotywowane koniunkturalnymi pobudkami, ma solidne podstawy fabularne i jeżeli już doszukiwać się drugiego dna, musi nim być zagranie na nosie malkontentów, którzy na widok silnej kobiecej postaci w stereotypowo męskiej roli krzyczą z oburzeniem ze swojej piwnicy: Paskudne woke culture!

Na plus "Nie czas umierać" można odnotować również pierwsze w historii pożegnanie z Bondem. Do tej pory sześciu aktorów (nie licząc Davida Nivena w pierwszym, niezaliczanym do kanonu "Casino Royale" z 1967 roku) wcieliło się w tę postać, ale żaden nie wychodził na plan z myślą, że to będzie jego ostatni raz i nigdy dotąd nie uwzględniono tej myśli w scenariuszu. Takie podejście wyróżnia zresztą całą mini-serię z udziałem Daniela Craiga, rozpoczętą od swoistego rebootu i po raz pierwszy w historii skonstruowaną na bazie bezpośrednich sequeli, a nie niezależnych filmów. Siłą rzeczy wiąże się to z kumulacją emocji i chociaż finał jest aż nazbyt ckliwy, trudno nie ulec jego czarowi... Jest jeszcze coś o śmiertelnie niebezpiecznej broni genetycznej wykorzystującej nanoboty w rękach stereotypowego, oszpeconego czarnego charakteru (Rami Malek), ale ani nie trzyma się to kupy, ani nie buduje poczucia realnego zagrożenia. Potencjalna zagłada ludzkości wydaje się koniecznością, bez której szukanie nowego sensu życia dawnej maszyny do zabijania trzeba by ukazać w postaci dramatu.

 

Pożegnaniu z Danielem Craigiem towarzyszą niekończące się dyskusje na temat płci i koloru skóry nowego Bonda, ale najpoważniejszą dyskusję przyszli producenci i scenarzyści powinni skoncentrować wokół opowiedzenia niesztampowej historii skonstruowanej wokół niełatwej do odszyfrowania intrygi, wzbogaconej pomysłowymi scenami akcji, które nie będą traktowane jak przykry obowiązek, a jak pełnowartościowy element narracyjny. Kto powinien zagrać nowego Bonda? Wszystko jedno, a w międzyczasie z przyjemnością obejrzałbym spin-off o agentce Palomie (Ana de Armas), której popisowa scena i naturalna charyzma w dziesięć minut przyćmiły łabędzi śpiew tej inkarnacji Jamesa Bonda.


Nie czas umierać

Tytuł oryginalny: No Time to Die

Wielka Brytania/USA, 2021

Universal Pictures

Reżyseria: Cary Joji Fukunaga

Obsada: Daniel Craig, Ana de Armas, Rami Malek




Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive