Prąd: Lepiej być odszczepieńcem niż być nijakim

Muzyka z okolic stoner rocka i psychodelii może kojarzyć się różnie, zwłaszcza ta powstająca w dzisiejszych czasach. Zespoły z tego światka często brzmią wtórnie, doprowadzają do znudzenia nieustannym ogrywaniem kilku patentów i niespecjalnie zajmują swoimi treściami.

Jednym z wyjątków jest wrocławski Prąd, który bierze słuchacza za rękę i zaprasza na lot w kosmos, gdzie prędzej niż Kyuss lub Black Sabbath usłyszycie na przykład Voivod. Z okazji premiery najnowszego albumu ("Octotanker") rozmawiam z gitarzystą, Rafałem Bielskim.

 

Łukasz Brzozowski: Można muzykę Prądu jednoznacznie sklasyfikować gatunkowo?
Rafał Bielski: Wydaje mi się, że nie [śmiech]. Słucham muzyki bardzo różnej gatunkowo i sądzę, że ta trudność w zaszufladkowaniu to taka nasza cecha charakterystyczna. Nie raz się z nią spotkaliśmy. Poza tym nie zależy nam specjalnie na jakiejś czystości gatunkowej, więc takie pojemne określenie jak psychodelia i okolice chyba najlepiej do nas pasuje

Odnoszę wrażenie, że zamykanie was w łatkach stonerowo-psychodelicznych jest jednak krzywdzące.
Masz rację, ale ilekroć wychodziliśmy do świata z naszą muzyką, zawsze mierzyliśmy się z takim problemem. Choć może "problem" to niekoniecznie właściwe słowo... Dawano nam do zrozumienia, że nasza muzyka była za mało stonerowa dla stonerowców albo za bardzo pokręcona dla kogoś preferującego klasycznego rocka, co w sumie niezbyt nam przeszkadzało. Do tego dość łatwo można usłyszeć u nas wpływy nowofalowe i - nazwijmy to - ejtisowe, co już trochę wymyka się z tych stonerowych kanonów, a ten kierunek naszych inspiracji jest dość ważny i słyszalny. Kiedy wyszedł pierwszy singiel z nowej płyty, najczęściej pojawiającym się skojarzeniem przy youtube'owych komentarzach było The Sisters of Mercy, co mnie zaskoczyło, bo wiem, jaka była na przykład moja - jako gitarzysty - główna inspiracja, kiedy ten utwór powstawał. Zdecydowanie nie stała ona nawet blisko Siostrzyczek, choć kocham je bardzo mocno. Pokazuje to, że ta pokrzywiona optyka odbiorców towarzyszy nam cały czas i szkoda byłoby, gdyby pewnego dnia zniknęła. Wyłapywanie tych skojarzeń bywa bardzo zabawne i ciekawe.

 

A może przez to nie możecie dotrzeć do właściwej grupy odbiorców?
Pewnie tak jest, ale czy trzeba się tym przejmować? Granie generycznych kwadraciaków niezbyt by nas jarało, już dawno pogodziliśmy się z faktem, że jesteśmy skazani na piwnicę, a nie na stadiony świata. Oczywiście fajnie jest, jak na koncert przyjdą więcej niż trzy osoby, a sprzedaż płyt pokryje choćby koszt ich wytłoczenia, więc odbiorcy zawsze są mile widziani, ale nic na siłę. Zresztą na świecie funkcjonuje tyle nisz muzycznych, które znajdują swoich odbiorców, że i my możemy trafiać w czyjeś serduszka.

 

Ale z drugiej strony wasze numery są bardzo piosenkowe - dbacie o ten aspekt waszej muzyki?
Tę piosenkowość robią u nas zwyczajnie melodie, a melodie są zawsze fajne, więc o dobrą melodię trzeba zadbać, choć nie jest to łatwe. Sam rozumiesz, czy to jakiś lead na gitarze, czy to wokal - osobiście lubię rozmaite piosenkowe hooki, więc my się tego smoka nie boimy. Nowa płyta ma w sobie więcej chwytliwości niż wszystko, co robiliśmy dotychczas, ale tak jakoś samo to wyszło, podświadomie. Ile można ładować do muzyki na wpół improwizowanych dziesięciominutowych klocków? Dobry, nie za długi strzał też jest potrzebny, w sam raz, żeby sobie wieczorem ze słuchawkami zapalić fajkę pod blokiem, a i w tak zwanej "piosence" można przemycić trochę sprzężeń, pogłosów i trytonów, więc na pokwaszenie można tu znaleźć miejsce.

 

Dlaczego o melodie nie jest łatwo?
Bo nietrudno popaść w banał i zabrzmieć prostacko. Nie jest też łatwo pożenić melodię z kwaszeniem oraz ciężarem, a obie te rzeczy bardzo sobie cenimy. Z drugiej strony, czasem pojawia się pokusa, żeby pójść na łatwiznę i strzelić parę kakofonicznych, pełnych sprzężeń wypełniaczy na gitarze i w ten sposób całą tę psychodelię odhaczyć. Czasami zdarza się to nam, ale melodia pozostaje melodią i o nią warto zadbać.

Co robicie, by melodia nie brzmiała kiczowato? To kwestia praktyki i ćwiczeń, czy może po prostu gustu?
Czyli w twoim pytaniu czai się sugestia, że te nasze nie brzmią serowo? Jeśli tak, to fajnie [śmiech]. A tak serio, to trudno powiedzieć, chyba faktycznie jest to kwestii gustu. Poza tym kiczowata nie musi być tylko melodia, bo riff, aranż czy brzmienie też takie mogą być, więc jeśli masz wyczucie estetyki plus porządnie się w życiu osłuchałeś, łatwiej jest uniknąć wiochy. Choć praktyka swoje też robi, nie ukrywam, bo pewnie nasze melodie sprzed lat mogły być trochę przeciętniackie.

 

Podpinanie was pod nurt stonerowy odbierasz za pewnego rodzaju obrazę? Prowadzicie kompozycje bardzo swobodnie, a stoner jest wyjątkowo kwadratowy.
Są stonery i stonery. Nie szkalowałbym całości aż tak, bo sam bardzo lubię sporo strzałów z tego podwórka. Wiem też, że prawie każdy tak teraz gra i nie trudno się nadziać na jakiegoś generyka z Grecji, ale jednocześnie nie ma opcji, by każdy zespół w jakimkolwiek gatunku zapodawał zawsze złoto. W kontekście przysuwania nas do tej szufladki - obraza to by była, gdyby ktoś powiedział, że gramy gothic metal. Z łatką stonerową nie czujemy się jakoś szczególnie źle. A odnosząc się do swobody kompozycji, w stonerze jest na to dużo miejsca, można latać wysoko, bez ograniczeń, bo ram zbyt szczelnych to tam nie ma, a że istnieją zespoły mające ambicje, by być jedynie kolejnym Kyuss wannabe... Nie nasz problem.

To jakie są wasze ambicje?
Dobre pytanie. Moją osobistą, największą ambicją jest chyba utrzymanie poczucia sensu i zachowanie młodzieńczej, nieustannej potrzeby grania muzyki. Krótko mówiąc, aby wciąż chciało się nam - pomimo różnych przeciwności losu - ciągnąć ten wózek. O to nie jest łatwo, bo kiedy zakładaliśmy zespół, byliśmy początkującymi studentami, a teraz mamy dzieci, prace na pełen etat, co tak zwyczajnie może przysłaniać chęć i nawet możliwość gry. Ponadto wciąż siedzimy w piwnicy, co innych może by frustrowało, ale jak na razie nas jeszcze nie. W wymiarze bardziej klasycznym, możliwość grania największej liczby fajnych koncertów z zainteresowaną twoim występem publicznością byłoby fajną perspektywą, bo występować lubimy wszyscy. Ważne jest też zachowanie poczucia, że w naszej muzyce siedzi rozum i godność człowieka. Bez serowych melodii i z ciągłym progresem. Z wydawnictwa na wydawnictwo jesteśmy coraz lepsi i robimy tylko fajniejszy materiał. Czy bardziej pokręcony, czy mniej? Nieistotne. Bo ciągle jest nasz, bez podjebek od innych, z własnym lotem po orbicie. Bycie "jakimiś", nawet jeśli wiąże się to z lekkim odszczepieństwem, stanowi coś fajnego.

 

A czujecie się odszczepieńcami w ramach tej szeroko pojętej polskiej sceny psychodelicznej?
Kiedy inni porównują cię zarówno do The Sisters of Mercy, Bauhaus, Slint, jak i do Voivod czy Randy'ego Holdena, to jak tu nie czuć się odszczepieńcem? Ale my po prostu gramy po swojemu i nie każdy chce wyruszyć w tego tripa z nami, co jest normalne - nic na siłę.

Jaki słuchacz może być chętny na dołączenie do was w tej podróży?
A ty chętnie dołączyłeś, słuchając płyty?

 

Pewnie.
To teraz powiedz wszystkim, jakim jesteś słuchaczem, bo nie wiem, jak scharakteryzować typowego odbiorcę Prądu, którego możemy pociągać. Znajdziesz u nas tyle klocków, że ten zbiór może być szeroki. Jest melodia, jest riff, są pogłosy, jest przestrzeń, jest cisza, ale i przester, jest trochę improwizacji, są gitarowe loty po orbicie, jest bas robiący prawie za trzecią gitarę, czasem mruczany, a czasem głośniejszy wokal, jest trochę smucenia... Dla skomplikowania sprawy dodam, że lubimy Rush z lat 80. - tak mnie wzięło na wspomnienie o tym, bo właśnie go słucham, a to dla wielu trudna rzecz do dźwignięcia. Taki już jest ten Prąd - nieoczywisty.

Wiem, że jesteś fanem twórczości Paradise Lost z okresu desperackiego przepraszania fanów i wyjątkowo dyskusyjnych powrotów do metalu. Wolisz "Paradise Lost" czy "In Requiem"? Uważasz, że liryczne wygibasy Nicka Holmesa lepiej sprawdzają się w "Fallen Children" czy może w "Grey"?
To trudny wybór. Zdesperowany Paradise Lost robiący za tego misia z Krupówek w adidasach i cylindrach przy karocy z koniem to rzeczywiście wspaniały rozdział w historii muzyki, obfitujący w wiele interesujących strzałów. No i faktycznie "Fallen Children" zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Nazwałbym ten utwór nowym wymiarem klawisza, poszerzającym horyzonty na to, jak mocno można strzelić kogoś muzycznie w twarz z plaskacza. Ale szkoda, byś gadał o tym ze mną - teraz przyszedł twój czas na ogarnięcie wywiadu z Mackintoshem i podpytanie go o przepis na nieserowatość melodii z tego okresu. Ciekawe, co by powiedział...

 

fot. Mateusz Baranowski


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive