Rafał Wojczal: Wojenko, wojenko

Prawie pół roku temu zostałem poproszony o napisanie felietonu dla Soundrive. Z początku entuzjastycznie, po chwili z lekkim przerażeniem zabrałem się za pisanie tekstu. Zadanie postawione przede mną było o tyle trudne, że tekst mogłem napisać na dowolny temat. Przy takiej wolności nie wiadomo, co przekazać w tych kilku tysiącach słów.

Pomysły pojawiały się i znikały, nic konkretnego nie przychodziło do głowy. Nic wielkiego też nie wydarzyło się w przestrzeni publicznej, co wymagałoby dodatkowego komentarza. Wszak obyczaje demokratyczne zostały przez ostatnie lata obdarte z wszelkiej godności i nie reagujemy już na wydarzenia, które jeszcze kilka lat temu wydawać by się mogło, że spontanicznie wyprowadzą na ulice setki tysięcy, nawet tych oddanych partii ludzi.

 

Oczywiście jest wiele obrazów i emocji, których w ostatnich latach byłem świadkiem i które mógłbym opisać. Niektóre z nich zagnieździły się w mojej głowie na dłużej - przenikliwy strach z czasu dokumentowania protestów po zeszłorocznych wyborach na Białorusi; konieczność obcowania z pozbawionymi wszelkiej empatii, procedur i rozumu Strażnikami Leśnymi podczas protestów w puszczy Białowieskiej w 2017 roku; dzieci pozbawione kończyn z powodu działań wojennych w irackim Kurdystanie; niezwykła wytrwałość, solidarność i chęć dążenia do zachodnich standardów podczas protestów na ukraińskim Majdanie; surowość klimatu dalekiej północy podczas wyprawy psimi zaprzęgami i wiele, wiele innych.

Jednak wydarzeniem, które wzbudziło we mnie wyjątkową złość i niechęć do aparatu władzy, jest niedawne wprowadzenie tak zwanego "Stanu Wyjątkowego" na wschodzie Polski. Od dnia wprowadzenia - 2 września 2021 roku - nie mogę przejść obok tego faktu do porządku dziennego. Aż dziw bierze, że polskie społeczeństwo przyjęło to na miękko. Wielu, z którymi rozmawiam uważa to za bardzo dobry ruch. Partia rządząca wygenerowała przez ostatnie sześć lat rządów w polskim społeczeństwie Homo Pisus odpornego na wszelkie dotychczas - wydawałoby się - skandaliczne zachowania.

 

Nie miałem możliwości doświadczenia na własnych oczach komunizmu i wprowadzonego w 1981 roku stanu wojennego, ale mogę podejrzewać, że i wtedy obywatele zareagowali różnie. Różnica jest jednak taka, że wtedy godzina milicyjna trwała od 22.00 do 6.00 rano i wybuchły protesty, a teraz wszyscy przechodzą wobec zlikwidowania podstawowych praw obywatelskich obojętnie i godzina policyjna trwa całą dobę. Telefony jeszcze nie są wyłączone (chodź formalnie i technicznie istnieje taka możliwość) i nikogo jeszcze nie internowano (choć formalnie i taka możliwość jest możliwa w podpisanych przez prezydenta założeniach Stanu Wyjątkowego). Dostęp do informacji publicznej został zablokowany, więc nie wiemy, co służby państwowe robią w strefie przygranicznej.

Byłem tam zarówno przed wprowadzeniem Stanu Wyjątkowego, jak i po opublikowaniu w dzienniku ustaw tego aktu prawnego. Wcześniej na widok aparatu fotograficznego dało się ze strony służb mundurowych wyczuć jedynie wstręt i pogardę, dziś jest wybujała pewność siebie i poczucie ogromnej władzy, która spłynęła na tych prostych chłopaków i dziewczyny z prowincji. Oczywiście logiki tak jak nie było, tak nie ma dalej, lecz to jest już ponadczasowo wpisane w działania służb mundurowych. Jako szybki przykład podam ostatnią rozmowę z policjantem, który o dziwo przedstawił się i miał nawet na mundurze nazwisko (co przestało być standardem w ostatnich latach).

 

Policjant ten, przyjechawszy z Wielkopolski, wraz ze swoim kolegą miał za zadanie pilnować, aby nikt nie wjechał do Białowieży. Stał ewidentnie przed granicą miejscowości, zaczął pytać, co tutaj robię, gdzie śpię i tym podobne. Na pytanie odpowiedziałem pytaniem, czy jesteśmy w strefie zamkniętej Stanem Wyjątkowym. Zaprzeczył, więc oznajmiłem mu, że ich wojenkowe przepisy nie obowiązują. Wyjąłem aparat i chciałem zrobić zdjęcie ilustrujące patrol na rogatkach miasteczka. Policjanci zmienili wtedy front i stwierdzili, że jednak tutaj jest już strefa objęta Stanem Wyjątkowym i nie wolno robić zdjęć (tym bardziej funkcjonariuszom), a fotografowanie grozi aresztem i grzywną. Mundurowy od razu przygotował urządzenie do sprawdzania tożsamości, zażyczył sobie dokumentów i atmosfera się zagęściła. Na szczęście mój kompan podróży rezolutnie zakomunikował, że przecież jeszcze nie zdążyłem zrobić żadnego zdjęcia. Po kilku uszczypliwościach i wymianie grzecznościowych pożegnań musieliśmy cofnąć się do miejsca, skąd przyjechaliśmy.

Kiedyś mówiło się o takich gościach "trepy", później kultura hiphopowa wprowadziła parę nowych, bardziej pejoratywnych określeń. Jako młody, gniewny nastolatek, oczywiście nie przepadałem za policją i przy rodzinnych obiadach zdarzało mi się palnąć coś niekulturalnego w odniesieniu do policjantów. Ojciec, powoli i konsekwentnie tłumaczył mi, że struktura służb od czasów komuny się zmieniła: "Oni" są dla obywateli, a nie obywatele dla nich. Poświęcają swój czas i zdrowie, aby chronić i pomagać. Ostatnie kilka lat i zarządzanie strukturami policyjnymi spowodowało, że nastąpił znaczny regres szacunku w społeczeństwie wobec mundurowych i z ojcem dzwonimy czasem do siebie, żeby poopowiadać, z jakimi sukińskimi zachowaniami policjantów, strażników miejskich, strażników granicznych lub żołnierzy mieliśmy do czynienia. Usnarz i sytuacja wschodnia rozgrzewa linię telefoniczną do czerwoności. Swoją drogą, pewnie słucha tego jakiś wąsacz z CBA w ramach wydawania publicznych pieniędzy na inwigilowanie obywateli. Cóż, w ciekawych czasach przyszło nam żyć.

 

Demokracja ma wiele wad. Nie jest doskonała. Jest jednak najlepszym z dotychczas wymyślonych systemów umowy społecznej i jej bezwzględne przestrzeganie jest jedynym kluczem do zachowania pokoju i kompromisu pomiędzy obywatelami. W demokracji administracja państwowa w wielu przypadkach jest w trudniejszej pozycji niż nieprzestrzegający jej reguł gracze z zewnątrz lub dywersyjne grupy z wewnątrz, ale przestrzeganie reguł gry przez państwo jest mitycznym byciem "po stronie dobra", a dobro zawsze będzie miało poparcie społeczne i w końcu wygra. Przestrzeganie choćby konwencji genewskich jest z pozycji silniejszego gracza bez sensu. Tyle, że ten silniejszy za chwilę może być słabszy i wtedy będzie prosił kogoś innego o przestrzeganie prawa międzynarodowego.

Do tej pory mocno sprzeciwiałem się porównywaniu działań polskich służb mundurowych do norm białoruskich. Teraz uważam już, że więcej mamy wspólnego niż różnego ze wschodnim sąsiadem. Jako przykład można podać przepis zabraniający fotografowania funkcjonariuszy służby siłowych (mundurowych). W sierpniu 2020 roku, podczas protestów po sfałszowanych wyborach prezydenckich na Białorusi, wybuchły szeroko relacjonowane protesty społeczne. Chcąc zachować pozór praworządności, ale jednocześnie ukrócić działalność dziennikarzy, wprowadzono przepis zabraniający fotografowania funkcjonariuszy publicznych. Dokładnie rok później doszło do identycznej sytuacji w Polsce. Zabroniono dokumentowania bandyckiej działalności Straży Granicznej (nielegalne pushbacki, brak przyjmowania wniosków o pomoc międzynarodową, brak opieki medycznej wobec zatrzymanych osób i tak dalej). Na chwilę obecną informacje podawane przez oficjalne polskie służby prasowe są mniej więcej na takim samym poziomie manipulacji, jak te podawane przez służby białoruskie. W zasadzie są o tyle mniej wiarygodne, że nie są podparte materiałami foto/wideo.

 

Raz jedni mówią o poczynaniach drugich, za chwilę to samo, ale w przeciwnym kierunku. Oczywiście w przekazie każdy jest zły i bezlitosny. Byłem w Usnarzu Górnym osobiście w momencie, kiedy rzeczniczka Straży Granicznej napisała w komunikacie prasowym, że w grupie uchodźców nie ma już żadnych kobiet. Były. Jedna nawet ze słynnym kotem Fijuzem na rękach. Wszystkie pozostałe komunikaty odbieram już przez pryzmat tego jednego, ale perfidnego i cynicznego kłamstwa. Podczas bezdusznej, bezsensownej i antyhumanitarnej sytuacji, gdy migranci z Usnarza jeden po drugim składali wnioski o udzielenie pomocy międzynarodowej, a Strażnicy głusi i ślepi, dobrani chyba brakiem empatii, nie reagowali, odgradzali szczelnym kordonem pełnomocników i dziennikarzy. Jeden z nich ewidentnie chciał się na boku dziennikarzom wytłumaczyć, że "tylko" wykonuje swoją pracę i takie ma rozkazy, ale został po krótkiej chwili spacyfikowany przez wyższego rangą politruka, który syknął w jego kierunku: Dosyć! i nakazał powrót do szeregu.

Co ciekawe, oficjalna retoryka Straży Granicznej była taka, że nie przyjęli wniosków dlatego, ponieważ migranci nie byli wtedy na polskiej ziemi. Dziwne, dwa dni później nie przyjęto wniosków również od grupy migrantów, która była daleko wgłąb polskiej ziemi, we wsi Jurowlany i która teoretycznie spełniała podane wcześniej wymogi. W nocy wywieziono ich do lasu i siłą przepędzono na białoruską stronę, a Białorusini dużo brutalniej przegonili migrantów z powrotem na polską stronę. Po kilku dniach takiego pingponga migrantom wyczerpały się baterie i kontakt się urwał. Nie wiadomo nawet, czy jeszcze żyją.

 

Warto przy okazji zaznaczyć, że nie ma znaczenia, czy ktoś przyleciał luksusowym samolotem, czy przyszedł z tobołami kilka tysięcy kilometrów na piechotę. Migranci są tutaj ofiarami i są osobami poszkodowanymi. Uciekając z własnych krajów (dowolną metodą), zapłacili białoruskim przemytnikom (czyli służbom Łukaszenki) pieniądze za przetransportowanie ich do polskiej granicy. Nie zostali poinformowani, że w razie nieudanego przejścia przez granicę nie zostaną z powrotem wpuszczeni na Białoruś, bo Białoruś nie chce ich tak samo jak Polska. Migranci zresztą też nie chcą ani Polski, ani Białorusi. Najczęściej chcą dalej na Zachód, gdzie mogą mieć zapewnione minimum praw i godności.

Ciekawymi dwoma argumentami zagorzałych przeciwników udzielania pomocy migrantom jest to, że przecież oni mają nowe iPhony i przylecieli samolotami, czyli mają dużo pieniędzy. Jednocześnie słyszy się, że trafili akurat tutaj, bo będą teraz pobierali nasz hojny polski socjal. Wykształceni w internecie specjaliści-socjologowie snują w dodatku wizję o tym, jak to beżowi z importu będą bili i podcinali gardła naszym kobietom... Spokojnie, na polskiej wsi przemocy i gwałtów wobec kobiet jest wystarczająco dużo ze strony polskich pijanych chłopów. Nie twierdzę, że to jest w porządku, ale przemoc od obcokrajowca niczym nie różni się od przemocy ze strony własnego męża poświęconego odpowiednimi sakramentami przez małomiasteczkowego księdza pedofila.

 

Teraz sprawa najważniejsza - po co został wprowadzony Stan Wyjątkowy? Dwóch skazanych wcześniej na karę bezwzględnego więzienia i zakazu zajmowania stanowisk publicznych funkcjonariuszy rządu zaprojektowało i ogłosiło, że Stan Wyjątkowy jest potrzebny, ponieważ istnieje bardzo duże zagrożenie z zewnątrz i musimy chronić swoje granice. Wojna hybrydowa - jak to nazywają - w zasadzie już trwa i Stan Wyjątkowy (lub "Wojenny" jak to się wymsknęło podczas otwierającej ten ciemny okres polskiej historii konferencji prasowej) jest narzędziem, które pozwoli podjąć walkę Hybrydową. Obstawiam, że puszczenie bąka w tramwaju w Gdańsku może również zostać uznane za element Wojny Hybrydowej.

Działa tutaj starożytna zasada dziel i rządź opanowana przez Jarosława Kaczyńskiego i jego kruchą świtę do perfekcji. Według wprowadzanej w Polsce kilka lat temu doktryny wojennej, wróg istnieje, nie wiadomo do końca gdzie, ale trzeba być czujnym i nieufnym. Najlepiej wobec siebie samych. Na Podlasiu wielokrotnie czułem nagły spadek entuzjazmu i zaufania, gdy mój rozmówca dowiadywał się, że jestem z Gdańska. A to od tych złodziei z PO, od tej Ukrainki Dulkiewicz - padało. Brawo TVP, jak widać naprawdę spełniacie misję publiczną w stu procentach. Jan Paweł II byłby dumny.

 

Zapisy i zapewnienia funkcjonariuszy współczesnego aparatu represji, ograniczenia i kary wynikające z wprowadzonego Stanu Wyjątkowego w żaden sposób nie dotyczą agresji z zewnątrz:

● Białoruski pogranicznik nie jest objęty ograniczeniami w większym stopniu niż dotychczas - i tak nie może legalnie wejść na polską ziemię;

● "nielegalny" imigrant również nie mógł wcześniej przekroczyć zielonej granicy;

● lokalny rolnik dalej może jeździć traktorem ocierając się o pas graniczny;

● kurier z DHL-u może dowieźć paczkę polskiemu chłopu pod samą granicę;

● rosyjski żołnierz z kałachem na ramieniu raczej nie zna treści uchwały i jeśli dostanie rozkaz przejścia przez granicę, nie sparaliżuje go strach ze względu na możliwość konfrontacji z pomysłami ministrów-Mariuszów.

Kogo realnie dotyczą wojenkowe przepisy wprowadzone przez aparat władzy?

● Dziennikarzy. Patrzenie na ręce władzy zostało zakazane. Udowodniliśmy w sposób oczywisty, że Straż Graniczna stosuje nielegalne metody walki z uciekinierami z krajów objętych wojną lub represjami. W następstwie nie zaprzestano procederu, a jedynie wzmocniono obstawę terenów przygranicznych i wprowadzono Stan Wyjątkowy;
● organizacje pozarządowe. Brak dostępu do informacji publicznej oraz brak możliwości przebywania na terenie objętym stanem wyjątkowym;
● aktywistów. Ludzie, którzy realnie działają w terenie i informują migrantów o ich prawach oraz starają się doraźnie pomóc poszkodowanym przez Strażników Granicznych z obu stron nie mogą przebywać na terenie objętym strefą;

● turystów, którzy nie mogą przebywać na terenie objętym Stanem Wyjątkowym. Nie mogą posłuchać magicznych dźwięków rykowiska, przejść się po pięknej Puszczy Białowieskiej lub odwiedzić cennych kulturowo regionów Podlasia;
● lokalnych przedsiębiorców, którzy tracą najwięcej, bo tracą swoje dochody związane z turystyką i gastronomią. Nie działa wypożyczalnia rowerów, nie działają wycieczki z przewodnikami po Parku Narodowym, nie działają knajpy, nie działają pensjonaty oraz hotele.

 

Mówi się, że Wojna Hybrydowa to zielone ludziki, które przychodzą zza granicy bez oznaczeń na mundurach. Problem polega na tym, że jedyne zielone ludziki znajdujące się obecnie na terenach przygranicznych to polska armia. Pościągali z ciężarówek tablice rejestracyjne, z mundurów insygnia, a na twarzach noszą kominiarki. Pewnie się wstydzą. Może przełożony na odprawie poza przemową odhumanizowującą migrantów przy okazji powiadomił ich, że za dwadzieścia-trzydzieści lat odpowiednik dzisiejszego IPN-u będzie szukał świadków wydarzeń i będzie obcinał emerytury tym wszystkim, którzy przyłożyli rękę do represji na ludności cywilnej oraz dziennikarzach. Byłby to dość przewrotny chichot historii, gdyby za choć jeden przepracowany dzień w służbach mundurowych PiS-owskiej Polski zabierano prawo do godnej emerytury. Czekam z niecierpliwością na rozwój wydarzeń.

 

Mam również nadzieję, że gdy w ciemnej przyszłości ze względu na słupki wyborcze dojdzie do Polexitu, nie będzie już Schengen i naprawdę dojdzie do konfliktu zbrojnego z Rosją - polscy pogranicznicy wraz z rodzinami uciekając przed wojną, wsiądą w samoloty na Zachód, a tam niemieccy celnicy pomachają palcem i powiedzą: Spadówa, wracajcie bogacze, co przylecieliście samolotami do waszej zapyziałej krainy, tam nic wam przecież nie grozi. Wywiozą ich ciężarówką w środku nocy nad Odrę, w deszczu i chłodzie, i dadzą kopa w cztery litery.

fot. Rafał Wojczal / TESTIGO

 

Bibliografia:

http://edus.ibrbs.pl/stan-wojenny-pancry-ida-na-wujek/

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-rocznica-wprowadzenia-stanu-wojennego/fakty/news-czolgi-na-ulicach-godzina-milicyjna-39-lat-temu-wprowadzono-,nId,4924330#crp_state=1

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1614205,1,mariusz-kaminski-byly-szef-cba-skazany-na-wiezienie-bez-zawieszenia.read

https://pl.wikipedia.org/wiki/Konwencje_genewskie

http://testigo.pl/pushback.pdf

https://gpk.gov.by/news/gpk/122183/

https://www.facebook.com/FundacjaOcalenie

https://www.facebook.com/Stowarzyszenie.Interwencji.Prawnej

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive