Breeze - "Only Up"

78%

Przebojowość jest jednym z tych elementów, które w muzyce cenię sobie najbardziej. Napisać hit, strzał, który wejdzie w głowę każdemu, to ogromne wyzwanie. Dużo większe niż na przykład stworzenie progrockowego numeru z dziesięcioma różnymi podziałami rytmicznymi, wciśniętymi do tego solówkami i innymi okropieństwami.

Jeden zapamiętywalny motyw ma siłę oddziaływania nieporównywalnie mocniejszą od zbitki niestrawnych pomysłów brzmiących jak rojenia ich twórców. Nie jest to nic prostego. Trzeba mieć otwartą głowę, a przede wszystkim błyskotliwość podkręconą do maksimum. Josh Korody, ojciec projektu Breeze, doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego w skład "Only Up" wchodzą tylko konkrety, bez lania wody.

 

Nie wiem, co ten sympatyczny Kanadyjczyk przyswaja, by zachować głowę buchającą pomysłami, ale z chęcią poczęstowałbym się połową dziennej dawki tego specyfiku. Muzyka Breeze nie podąża skrótami i nie eksploruje od niechcenia najprostszych środków wyrazu. Na "Only Up" słychać przede wszystkim rozsądek w posługiwaniu się kreatywnością połączony z prostotą i minimalizmem. Dziesięć nowych piosenek Korody'ego nie należy do najbardziej skomplikowanych na świecie, rządzi nimi przyswajalność, która dźwiga zresztą poziom całego wydawnictwa, ale jego najważniejszym elementem jest stuprocentowa autentyczność połączona z chwytliwością. Nie ma tutaj ani jednego refrenu z usilnie wciśniętą radiową melodyjką, nie ma aspiracji do rozgotowanego indie w konwencji Męskiego Grania, jest za to człowiek, który najwidoczniej całe życie zajmował się wymyślaniem tak hitowych patentów, że dobrą piosenkę napisałby w trzy minuty.

 

Jego talent jest tym bardziej intrygujący, kiedy wsłuchać się w mnogość środków, jakie stosuje na "Only Up". Ta płyta stoi pod znakiem hitów, ale nie zamkniętych w jednym worku gatunkowym - gatunków znajdziecie tutaj wiele, a co ważne wszystkie przeplatają się ze sobą swobodnie, bez momentów zażenowania i bez poczucia, że ktoś wchodzi na grunt zbyt grząski, jak na swoje możliwości. Na początku albumu znajdziecie "Lit It Up", który można potraktować jak nadchodzący hit niejednej jesiennej domówki - tworzy go funkowa pulsacja basu w typie tanecznych odlotów Bowiego z plemiennymi smaczkami perkusyjnymi, a całość spinają nośne wokale przywodzące na myśl dzisiejsze gwiazdy sceny indie w typie Foals. W "Come Around" popowy rytm zaburza wpadająca znikąd rapowa wstawka, a z kolei "Don't Cry" z niemal shoegaze'ową lekkością rozprawia się z pierwiastkiem balladowym.

 

Josh Korody to pomysłowy typ. Dawno nie słyszałem tak zróżnicowanej, osobliwej i poszukującej płyty z okolic indie, a w dodatku sprawia wrażenie zrobionej z taką łatwością, że chce się jej słuchać jeszcze bardziej.


Hand Drawn Dracula/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive