Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni. Marvel wie, jak kręcić filmy kung fu

83%

Filmy Marvela najlepiej sprawdzają się wtedy, gdy da się u nich zidentyfikować wyraźną przynależność gatunkową. Polityczny thriller w "Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz", space opera w "Strażnikach Galaktyki", buddy cop w duchu lat 90. w "Kapitan Marvel" to kilka przykładów, ale zmierzenie się z konwencją wuxia to bez porównania większe wyzwanie, któremu ekipa pod przewodnictwem Destina Daniela Crettona na szczęście sprostała.

Nie można mieć ani krzty zaufania do Hollywood, kiedy sięga po ważne kulturowe zjawiska z Azji, bo zazwyczaj przekształca je na własną, wypaczoną modłę. Rzadko zdarzają się choćby remaki dorównujące pierwowzorom (za przykład niech posłuży przepuszczanie wyjątkowych filmów grozy z tej części świata przez ujednolicającą machinę do produkcji tanich jump scare'ów), a co dopiero zjawisko o tak bogatej historii jak wuxia pian (czyli baśniowe filmy kung-fu w stylu "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka" albo "Hero"). Włodarze Marvela poszli jednak po rozum do głów i nie dość, że stanęli na wysokości zadania, to jeszcze naprawili dawne błędy.

 

Elementem absolutnie podstawowym, często zaniedbywanym na amerykańskiej ziemi jest choreografia scena walk - paliwo tego rodzaju historii, bez którego nie tylko trudno ruszyć z miejsca, ale również uchronić się przed stoczeniem na dno nudy i powtarzalności, o czym można było się przekonać przy okazji ekranowego debiutu innego bohatera ze świata Marvela, Iron Fista. Pojedynki w MCU nigdy nie należały do ambitnych, wpisywały się w schemat szybkie cięcia-duże zbliżenia-niestabilne ujęcia-ukrywanie zamiast eksponowania (o tym, dlaczego to nie działa i jak powinno działać możecie przeczytać więcej w felietonie poświęconym choreografii walk TUTAJ), ale w przypadku bohatera, którego "supermocą" są nadludzkie umiejętności kung-fu poprzeczka musiała zostać zawieszona wyżej.

Obowiązki koordynatora scen walk powierzono Andy'emu Chengowi, którego dorobek długo można by wymieniać, ale za najlepszą rekomendację może posłużyć to, że gdy Jackie Chan w końcu musiał zrezygnować z samodzielnego wykonywania wszystkich popisów kaskaderskich swoich bohaterów, właśnie jego wytypował na swojego dublera. Drugą osobą trzymającą pieczę nad wiarygodnym ukazaniem walk kung-fu na ekranie był przedwcześnie zmarły na początku sierpnia tego roku Brad Allan, pierwszy nieazjatycki członek kaskaderskiej ekipy Chana. W dodatku w obsadzie znaleźli się Yuen Wah ("Wejście smoka", "Kung fu szał", "Mr. Vampire"), Michelle Yeoh ("Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka", "Atomowe Amazonki") czy Andy Le (gospodarz świetnego kanału poświęconego sztukom walki - MartialClub). Obecność tak mocnej drużyny to gwarant wysokiej jakości i chociaż ujęcia nie są tak czyste i długie, jak wyglądałyby w rękach twórców z Hongkongu, a nawet w rękach twórców "Johna Wicka", bez dwóch zdań podnoszą hollywoodzki standard i nie mają sobie równych w całym MCU.

 

To już ogromna przewaga i cecha szczególna "Shang-Chi i legendy dziesięciu pierścieni" w świecie pełnym superbohaterów i superłotrów, ale Cretton na tym nie poprzestał - wraz z biegiem wydarzeń stopniowo podnosi rangę starć od konfliktu w ciasnym autobusie po konfrontację smoka o tradycyjnym chińskim wyglądzie z czymś, co przypomina Makluanina, czyli w świecie komiksów Marvela rasę obcych, której najbardziej znanym członkiem jest Fin Fang Foom (co ciekawe, to właśnie ich wynalazkiem są tytułowe pierścienie). Reżyser żongluje również nastrojami, prowadząc publiczność przez wielkie metropolie Stanów Zjednoczonych i Chin oraz tajemnicze, legendarne Ta-Lo. Tworzy nie tyle połączenie znanych nam, technologicznie rozwiniętych realiów z feeryczną krainą ożywionych mitów, co pozwala tym dwóm skrajnościom istnieć obok siebie, wzmacniając za pomocą kontrastu ich siłę oddziaływania.

Przewodnikiem po dwóch światach jest Shang-Chi, bohater stworzony na fali mody na kung-fu, która panowała w Stanach na początku lat 70. (nie bez przyczyny zadebiutował na kartach komiksu w tym samym roku, gdy na ekrany trafiło "Wejście smoka", a jego pierwotny wygląd do złudzenia przypominał Bruce'a Lee). Pierwsza seria komiksów z jego imieniem w tytule rozciągnęła się na ponad sto numerów, co jest zjawiskiem dość rzadkim dla bohaterów spoza czołówki (czyli Iron Man, Kapitan Ameryka, Spider-Man i tym podobni), ale nigdy później nie odzyskał pierwotnej światłości. Do niedawna usytuowanie kogoś takiego w centrum wysokobudżetowej produkcji mogłoby się wydawać szalonym posunięciem, ale mało komu znani przed 2014 rokiem Strażnicy Galaktyki udowodnili, że warto podejmować ryzyko i także tym razem nie może być mowy o rozczarowaniu. Simu Liu to sympatyczny, ale nie sztampowy protagonista. W duecie z kradnącą każdą scenę Awkwafiną stanowi komediowy trzon filmu, a z drugiej strony ma również mroczniejsze oblicze. Do pewnego stopnia przypomina Snake Eyesa, ale o ile blockbuster z uniwersum G.I. Joe naiwnie romantyzował krystalicznie czyste dobro, o tyle Shang-Chi nie został pozbawiony prawa do słabości i wad, dzięki czemu jest bohaterem znacznie bardziej interesującym i zróżnicowanym.

 

Podobnie Xu Wenwu, nowa postać, którą nietrudno zidentyfikować jako połączenie Fu Manchu (komiksowego ojca Shang-Chi) z Mandarinem, czyli złoczyńcą o wyjątkowo zagmatwanych losach w filmach Marvela. Obsadzenie Bena Kingsleya w tej roli w "Iron Man 3" została odebrana jako whitewashing, ale błyskawicznie się z niego wycofano, sprowadzając castingową decyzję do poziomu żartu. Rozwiązanie karkołomne, przyjęte przez fanów/fanki chłodno, ale odkręcone z klasą. Tony Leung to zresztą synonim klasy, wybitny aktor znany z "Infernal Affairs" czy wielu obrazów Wong Kar Waia, a prawdziwy Mandarin w jego wykonaniu to jeden z najciekawszych, tragicznych i wielowymiarowych złoczyńców w historii cierpiącego na brak wartych zapamiętania antagonistów MCU. Jego bohater nie jest zresztą aż tak różny od tragicznych romantyków z "Ostrożnie, pożądanie" czy "Spragnionych miłości". Może niszczy całe armie, morduje z zimną krwią, ale kiedy zakochuje się, kiedy oglądamy migawki z jego życia rodzinnego, trudno nie poczuć gwałtownego przypływu empatii. Marvel desperacko potrzebował kogoś tej rangi, ale był to potrzeba obustronna, bo blisko sześćdziesięcioletni aktor w ostatniej dekadzie grał rzadko i w wyraźnie gorszych filmach.

Właściwy początek czwartej fazy Filmowego Uniwersum Marvela (chronologicznie osadzony po "Avengers: Koniec gry" w odróżnieniu od zaliczanej do tej samej fazy "Czarnej Wdowy") w idealnej równowadze subtelnie nawiązuje do tego, co działo się już wcześniej i wprowadza nowe wątki, dzięki czemu ktoś, kto dopiero dzisiaj chciałby wejść w ten świat nie musi czuć presji nadrabiania ponad dwudziestu filmów (o serialach nie wspominając). Tak mało znana w dzisiejszej popkulturze postać, tak nietypowe osadzenie związanych z nią wydarzeń daje realne uczucie nowego początku, co wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem po spektakularnych bojach Avengers z Thanosem. Nowe rozdanie było koniecznością, ale chyba nikt się nie spodziewał, że Marvel zagra aż tak mocnymi kartami.


Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni

Tytuł oryginalny: Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings

USA/Australia, 2021

Marvel Studios

Reżyseria: Destin Daniel Cretton

Obsada: Simu Liu, Awkwafina, Tony Leung



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive