Pure Bedlam: Podświadomie mierzę się z muzyką, której dawniej słuchałem

Pure Bedlam to nowa załoga na mapie polskiego rocka alternatywnego (muśniętego tu i ówdzie post-grungem czy nawet post-rockiem), ale jej korzenie sięgają początków XXI wieku. Z okazji premiery debiutanckiego albumu ("Taking Shape") rozmawiam z wokalistą grupy, Wojtkiem Kałużą, którego możecie znać z Mentor czy Lasu Trumien.

Łukasz Brzozowski: Uznałbyś siebie za człowieka melancholijnego?

Wojtek Kałuża: Nie wiem, czy "melancholijny" to dobre określenie. Bywam nostalgiczny, ale zamiast tęsknić do przeszłości, po prostu staram się ją miło wspominać. Nie należę do ludzi, którzy żyją przeszłością.

 

Twoje projekty, od Mentor po Pure Bedlam, łączy jednak wspólna cecha - przywiązanie do przeszłości. Co prawda podanej w teraźniejszy sposób, ale jednak.

To chyba podświadoma potrzeba zmierzenia się z muzyką, której dawniej słuchałem. Bycie wokalistą to w moim przypadku po prostu wcielenie w życie gówniarskich marzeń, kiedy oglądało się teledyski na Vivie Zwei i myślało: Kurde, też bym tak kiedyś chciał. Z drugiej strony, w okresie dorastania w moim odtwarzaczu najczęściej lądowały Korn, Limp Bizkit czy nawet Linkin Park, a cięższą muzykę odkryłem dopiero jakiś czas później. Ale zapewniam cię, że nie mam w planach projektu numetalowego.

Czy skoro już tyle razy cofałeś się do przeszłości, rodzi się w tobie potrzeba wyjścia z czymś nieodkrytym? Czymś, co byłoby dla ciebie poszukiwaniem nowego, nawet jeżeli po omacku.

Lubię wyzwania, jeśli chodzi o muzykę, a z wiekiem przychodzą nieco łatwiej, bo lepiej znam swoje możliwości pod kątem wokalu. Może to jakieś podskórne uczucie, że zostało mi w tym życiu coraz mniej czasu, ale mam potrzebę wykorzystania każdej możliwej chwili do robienia czegoś, co kocham, nawet jeśli wiąże się to z ryzykiem. Nie przeszkadza mi to, przeszkadzałaby mi stagnacja i pogodzenie się z tym, że już osiągnąłem w życiu wszystko, co miałem osiągnąć. Dzień, w którym tak stwierdzę będzie - mam nadzieję - jednym z moich ostatnich.

 

O jakim ryzyku mówisz? Masz na myśli stylistykę obraną przez Pure Bedlam, która jest odmienna od reszty twoich projektów?

To też może być postrzegane w kategorii ryzyka. Dla mnie było to wyzwanie pod kątem wokali - chciałem, żeby były różnorodne i melodyjne, ale jednocześnie nie popadały w zbytnią cukierkowość. Zależało mi na znalezieniu idealnej równowagi pomiędzy melodią a ciężarem i o ile wciąż w tej kwestii mam trochę do zrobienia, myślę, że jestem na dobrym tropie. Wypuszczanie w 2021 roku takiej płyty jak "Taking Shape" to poniekąd muzyczne samobójstwo - to są dźwięki w dużym stopniu czerpiące z przełomu lat 90. i 00., ale pociesza mnie to, że nie jesteśmy w tych swoich nostalgicznych wycieczkach odosobnieni i sporo polskich zespołów zaczyna grać teraz muzykę, która towarzyszyła im w młodości. Dla mnie to wszystko sprowadza się do jednego pytania - czy dobrze się przy tym bawię? W przypadku Pure Bedlam odpowiedź jest jak najbardziej twierdząca, inaczej bym się w ten zespół po prostu nie zaangażował.

 

Na początku zapytałem, czy uznajesz siebie za melancholika, ponieważ widzę melancholię jako nadrzędną cechę Pure Bedlam i - wbrew twojej odpowiedzi - coś na wzór tęsknoty za przeszłością.

Nie nazwałbym tego tęsknotą, raczej powrotem do niedokończonych spraw. Z gitarzystą i perkusistą Pure Bedlam stawiałem kiedyś pierwsze kroki jako wokalista w zespole Shapeless - to było prawie dwadzieścia lat temu. To, że po tak długim czasie jesteśmy zaangażowani we wspólny projekt jest trochę niesamowite i ekscytujące zarazem. Z tego powodu zresztą zdecydowaliśmy się nazwać debiutancką płytę "Taking Shape" - to dla nas swoisty pomost pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Czyli nie tyle tęsknota, co kontynuacja od miejsca, w którym ostatnim razem skończyliśmy.

Wspomniałeś, że w Polsce wiele zespołów gra muzykę przywołującą na myśl post-grunge'owe tematy z przełomu wieków. Jak ci się widzi ta nisza? Love Glove czy Stay Nowhere bez problemu przeszczepiają tego ducha na nasze czasy.

Bardzo mi się podoba ten zryw, bo czuć w nim coś autentycznego i przywołane przez ciebie zespoły są tego doskonałym przykładem - wypuściły świetnie skomponowane i wyprodukowane, szczere i nie zrobione "od sztancy" płyty, mimo że inspiracje są tam widoczne jak na dłoni. Nie wiem, czy Pure Bedlam plasuje się w tej samej kategorii, bo sporo u nas rzeczy bliższych post-rocka czy post-hardcore'u - przeszłość gitarzysty się kłania, Adam wrócił do muzyki kilka lat temu za sprawą post-rockowego In2Elements - ale na pewno jest w tym jakiś duch grania niekoniecznie dziś modnego. Przy czym te elementy przychodzą nam zupełnie naturalnie i to w sumie cholernie satysfakcjonujące, że możemy w obrębie tego zespołu łączyć tyle różnych inspiracji i wciąż - przynajmniej naszym skromnym zdaniem - trzyma się to wszystko kupy.

 

Jestem pod wrażeniem tego, jak efektywnie zaśpiewane są twoje partie. Z tymi wszystkimi przeskokami pomiędzy rejestrami i wręcz podniosłymi momentami... Były obawy, że zabrzmi to zbyt efekciarsko?

Były obawy, że to, co wyobraziłem sobie w głowie jeśli chodzi o wokale, zupełnie nie sprawdzi się w praktyce, ale na szczęście takich momentów była zaledwie garstka, a ja zdążyłem się już nauczyć sztuki wewnętrznych kompromisów z samym sobą. Co do efekciarstwa, trzymam się całkiem trzeźwo wyznaczonych granic - mam świadomość, że w takiej muzyce sześć czy siedem warstw wokalu to nic nowego, ale unikam takich zabiegów jak ognia. Mimo wszystko chciałbym mieć pewność, że na żywo będę mógł zaśpiewać choćby siedemdziesiąt procent tego, co trafiło na płytę.

 

W odróżnieniu od Love Glove czy Stay Nowhere macie w sobie ten wyraźnie zaznaczony metalowy pierwiastek. Celowo planowaliście go dodać, żeby muzyka miała intensywniejszy charakter czy tak wyszło w praniu?

W sumie od początku ostrzegałem chłopaków, że będę chciał uwzględnić tu krzyczane wokale, ale to ich zupełnie nie zraziło, a materiał okazał się na tyle różnorodny, że wszystkie te elementy ładnie połączyły się w całość. Wciąż jednak mam wrażenie, że jesteśmy dopiero na samym początku odkrywania potencjału muzyki Pure Bedlam i że kolejny album będzie jeszcze bardziej dopracowany pod względem tego, co potrafimy razem zrobić. I nie mogę się doczekać, aż ruszymy z nowymi kompozycjami.

 

Jak czujesz się z całym tym sztafażem otaczającym Pure Bedlam? Trochę post-rocka, bajkowe melodie, nostalgiczna atmosfera i trzon w postaci rocka alternatywnego/grunge'u. Nie żebym deprecjonował twoje pozostałe projekty, ale taka estetyka jest znacznie bardziej wymagająca pod kątem umiejętności i pomysłowości.

Po prawie piętnastu latach grania w J.D. Overdrive dostałem łatkę "typa od stonera" - którego nawet nie gramy, ale to rozkminialiśmy już wiele razy - i nawet po debiucie Mentora słyszałem, że przemycam tam stonera. W rzeczywistości słucham bardzo różnorodnej muzyki, od Billie Eilish po Napalm Death, a amerykańskie alternatywne granie z pogranicza post hardcore'u od wielu lat jest mi bardzo bliskie - mam pełne dyskografie Deftones, Poison the Well czy He is Legend i nie wyobrażam sobie życia bez niektórych albumów tych wykonawców. Co do tego, że ta estetyka jest wymagająca - zgadzam się w pełni i mam świadomość, że jeszcze kilka lat temu zupełnie bym sobie z czymś takim nie poradził. Na szczęście dzięki stopniowemu wdrażaniu się w nowe projekty rozwinęły się moje umiejętności i choć wciąż w wielu przypadkach ostrożnie brodzę po kostki w wodzie, coraz śmielej wypływam na większe głębokości. To też chyba w pewnym stopniu mobilizuje mnie do działania - "testowanie" nowych pomysłów w Pure Bedlam, Grieving, Lesie Trumien, a nawet na finalnej płycie J.D. Overdrive było dla mnie cholernie budującym doświadczeniem. I co najważniejsze, wciąż jestem głodny nowych wrażeń.

Po co ta ostrożność? Przecież nie żyjesz z grania muzyki, nic istotnego od tego nie zależy, a może tylko wzbogacić całą podróż o nowe przygody.

Podsumowałeś właśnie moje życiowe credo [śmiech]. Mam takie nastawienie, że nie lubię się ograniczać i jeśli coś do mnie przemawia, po prostu się w to angażuję. Oczywiście "pomógł" fakt, że w trakcie pandemii miałem trochę więcej wolnego czasu niż zwykle i po prostu starałem się wykorzystać ten czas najlepiej jak potrafiłem. Jest spora szansa, że wraz z powrotem do normalności ta cała moja nadproduktywność ugryzie mnie w dupę, ale póki co staram się tym nie przejmować.

 

W jaki sposób ugryzie?

Zwiększy się moja aktywność zawodowa i nagle okaże się, że planowanie koncertów dla pięciu projektów plus praca na pełen etat mogą się nieco ze sobą zazębić [śmiech]. Ale wciąż każdemu życzyłbym tylko takich życiowych wyzwań. Naprawdę nie mam na co narzekać.

 

Kiedy możemy spodziewać się koncertów Pure Bedlam?

Dokładnie dzień po premierze płyty, czyli 4 września, gramy w Rybniku, gdzie niegdyś stawialiśmy pierwsze kroki jako Shapeless, a 5 września zawitamy do Katowic. Na pierwszym koncercie towarzyszyć nam będzie Transmission Zero, a na kolejnym dodatkowo jeszcze Vermona KidsPavement Pizza. Potem zobaczymy, ale zdecydowanie chcielibyśmy dotrzeć z tą muzyką wszędzie, gdzie tylko będzie to możliwe.

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive