Ksiaze700: Mój optymizm jest gorzki, a pesymizm traktuję z przymrużeniem oka

Ksiaze zwrócił się w kierunku nowych brzmień - zahacza o emo-trap i hyperpop, ale ze znacznie szerszym kontekstem. W wywiadzie opowiada o przyczynach zmian, o muzycznych poszukiwaniach, łączeniu świata rzeczywistego z fikcyjnymi i o tym, dlaczego tematy społeczne czy polityczne woli podejmować w niebezpośredni sposób.

Jarosław Kowal: Wielu muzyków za wszelką cenę unika przypisywania swojej twórczości nazwy konkretnego gatunku, jakby było w tym coś uwłaczającego. Ty w przeszłości nie miałeś z tym problemu, emo-trap nie był określeniem, od którego odcinałbyś się.

Ksiaze700: Nie chcę kategoryzować mojej muzyki jako emo-trap czy obecnie jako przejście na hyperpop. Zacieranie się granic między gatunkami w moim odczuciu zazwyczaj kończy się jakąś oryginalną ekspresją, czymś nowym, ciekawym, jakimiś nowymi bodźcami, nowymi doświadczeniami, nową energią. Tym, co jest dla mnie w robieniu muzyki bardzo ważne. Kategoryzowanie i szufladkowanie sprowadza się do stawiania sobie granic i tworzenia sztucznych granic dla słuchacza.

Emo-trap wiąże się z bardzo specyficznym czasem dla mnie i dla znajomych, z którymi zajmowałem się tworzeniem muzyki, ale uważam ten okres za zamknięty. Zaczęło się od fascynacji Lil Peepem - to dzięki niemu mocno się w tę muzykę wciągnąłem - ale w pewnym momencie zbiornik z emotrapową energią wyczerpał się. Najbardziej poczułem to wtedy, gdy zaczęła się pandemia - byłem trochę zagubiony, nie wiedziałem, co chcę dalej robić i zacząłem szukać czegoś nowego w sobie i w swoim brzmieniu. Emo-trap kojarzy mi się z ważnym, bardzo dynamicznym momentem w życiu - sporo wtedy koncertowaliśmy, robiłem dużo muzyki - ale kiedy to wszystko nie z naszej winy wyhamowało, zacząłem myśleć nad czymś zupełnie innym. Tamta energia zastygła, potrzebowałem czegoś nowego.

Zmiana jest wyraźnie zauważalna - w "Moim szczęśliwym końcu" albo w "Chciałbym cię zjeść" słychać hyperpop, a "Strobo" to niemal happy hardcore w stylu Scootera. Emo-trap też da się usłyszeć, ale nie dajesz się mu ograniczać.

Kiedy śledzisz pewne zjawiska w muzyce, wciągasz się w nie i zaczynasz w nie wierzyć, masz wrażenie, że za chwilę staną się czymś olbrzymim. Wydaje ci się, że wszyscy powinni już je znać i nie możesz się nadziwić, dlaczego tak się nie dzieje. Miałem tak z emo-trapem, ale mam wrażenie, że ta muzyka już się skończyła. Hyperpop sięga z kolei po bardzo rozległe inspiracje, słychać w nim struktury brzmienia zaczerpnięte z emo-trapu, indie rocka i innych gatunków. Mam wrażenie, że nastąpił przepływ energii, który poskutkował odkształceniem hyperpopu. Emo-trap był z założenia prostszy, były w nim elementy punk rocka, miał charakterystyczne beaty i po prostu śpiewało się na tym. Hyperpop jest bardziej wymagający.

 

Wspomniałeś, że w "okresie emo-trapowym" najważniejszą postacią był dla ciebie Lil Peep, teraz też masz kogoś, kto wywiera na ciebie szczególnie duży wpływ?

Myślę, że nie i jestem akurat na takim etapie, że eksploruję bardzo dużo bardzo różnorodnej muzyki. W pandemii zacząłem zastanawiać się nad sobą, nad tym, co chcę pokazywać i jak dalej się rozwijać, więc poświęciłem więcej czasu na szukanie nowych rzeczy. Z jednej strony digowałem Soundclouda, który doprowadził mnie do wielu hyperpopowych brzmień, z drugiej poznałem takie postacie, jak William Basinski, Hanię Rani, Oli XL albo 7038634357, słucham też bardzo dużo Oklou, Ecco2k, Instupendo, Brakence czy Crystal Castles. Jest tego tak dużo, że nie mam jednej osoby, na której chciałbym się wzorować.

Z tego, co opowiadasz można wnioskować, że album "Bye 700" jest bardzo przemyślany i dopracowany co do najdrobniejszego szczegółu.
Tak może się wydawać, ale było przy tworzeniu tego albumu dużo spontaniczności. Te moje analizy, przemyślenia na temat przemian, jakie przechodzą gatunki muzyczne wynikają z obserwacji, z tego, że kocham muzykę, interesuję się nią i nie potrafię przestać o niej myśleć. Czasami coś przesłucham, a później siedzę i zastanawiam się, jak to działa? Skąd się wzięło? Dlaczego tak brzmi? Stąd w moim zwrocie w innym kierunku można zauważyć jakieś zaplecze merytoryczne, ale nie patrzyłbym na to, jak na matematykę - robieniu muzyki bliżej jest do metafizyki. Dla mnie najważniejsze są emocje i energia, które mocno na siebie oddziałują i mocno wpływają na decyzje, jakie podejmuję, gdy tworzę. Inspiracje dają jakieś wskazówki, ale do późniejszych działań dochodzi pod wpływem impulsu. To pozwala tworzyć coś nowego i przynosi ogromną satysfakcję. Myślenie o albumie jako całości pojawiło się dopiero wtedy, gdy miałem już mniej więcej siedemdziesiąt procent ukończone, ale chociaż powstawał dość spontanicznie, myślę, że jest spójny właśnie dzięki emocjom i energii.

 

Ciekawym tematem jest ingerowanie w brzmienie głosu, bo o ile przesterowana gitara czy preparowany fortepian są dzisiaj na porządku dziennym, o tyle zniekształcanie głosu nadal odbierane jest jako coś nieszczerego albo jako próby kamuflowania braku umiejętności. Dlaczego akurat głos wzbudza takie emocje i dlaczego wciąż niewiele osób potrafi traktować go jak jeden z instrumentów?
Zacząłbym właśnie od tego, co przed chwilą powiedziałeś - trzeba zaakceptować, że wokal jest instrumentem. Jeżeli mamy w zamyśle stworzenie konkretnego nastroju, to nie można na siłę separować głosu od reszty dźwięków. Poleganie na tym, że sama produkcja stworzy klimat, a do tego dorzuci się kompletnie odklejony od jej brzmienia, surowy wokal nie jest dobrym rozwiązaniem. W muzyce zawsze szuka się czegoś nowego - kiedyś była moda na hip-hop, a później przekuła się w trap, który zobowiązywał do używania innych elementów perkusyjnych czy do zmieniania brzmienia głosu. Traktowanie dzisiaj modyfikacji wokalu jako coś sztucznego jest bzdurnym myśleniem. Emocje, które mają zostać pokazane w utworze i jego klimat potrzebują spójności wszystkich elementów. Niedawno czytałem artykuł, w którym padło takie zdanie, że to publiczność powinna iść za artystą, a nie odwrotnie. Jeżeli jest się pewnym swoim dążeń i tego, co się robi, to nie powinno się cofać tylko dlatego, żeby stanąć na bezpiecznym gruncie. Nowe może z początku odpychać, ale w końcu zaczyna przyciągać. Dzisiaj nikt już nie zwraca uwagi na to, że ktoś w trapie ma głos na autotunie. Dla mnie kilka lat temu bardzo ważnym odkryciem było Alcomindz Mafia - zaczynali robić muzykę na auto-tunie i śpiewać na nim, czego w tamtym czasie nie robił nikt. Odbierano to jako okropność, coś kompletnie nieprawdziwego, fala krytyki była olbrzymia. Dzisiaj za granicą mówi się, że trap powstał na Chief Keefie, a według mnie w Polsce stało się to za sprawą Alcomindz Mafii.

Pandemia gwałtownie przerwała działalność koncertową, którą dopiero rozkręcałeś, ale po tym, co opowiadasz można wnioskować, że dobrze zniosłeś ten okres i skupiłeś się na szukaniu nowego brzmienia. Czy faktycznie łatwo było się przestawić, czy jednak przechodziłeś to z trudem?

To był trudny czas z wielu względów. Męczy mnie rutyna, potrafię w takich sytuacjach łapać emocjonalne doły, wymagać od siebie zbyt wiele i przygniatać siebie czymś, co kiedy indziej mogłoby się wydawać błahe. Ta negatywna energia czasami mnie blokuje. W lutym 2020 - kiedy powoli zaczynało się zamykanie w domach i nikt jeszcze nie wiedział, w jakim kierunku zmierzamy - wybicie się z bardzo dynamicznego okresu, w którym wiele się działo, wokół było mnóstwo osób, sporo działaliśmy z ubraniami w Devil's Neighborhood było bardzo trudne. Nagle wszystko stanęło w miejscu i nie dało się ot tak po prostu przełączyć się, stwierdzić, że w takim razie teraz zrobię przerwę, usiądę i przekuję to doświadczenie na nowego siebie. Chwilę trwało, zanim przetrawiłem sytuację.

 

Kiedy słucham twojego nowego albumu, mam wrażenie, że jego charakter jest bardzo dwoisty. Na przykład utwór nosi tytuł "Wszystko będzie dobrze", ale śpiewasz w nim, że nigdy nie nauczysz się tu żyć. Z jednej strony jest optymizm, z drugiej o bardzo gorzkim posmaku.

Tak, ten optymizm przez pesymizm oraz kontrasty, które mną rządzą w trakcie pisania tekstów są przy mnie stale obecne. Staram się łączyć osobiste uczucia i emocje z czymś mniej fizycznym, co mogę odnaleźć, gdy piszę. Fantastyka i odrealnienie nie są dla mnie elementami przeniesienia innego świata do prawdziwego życia. Dla mnie ten świat istnieje i nie zastępuje słowami czegoś bardziej namacalnego. Związane z nim emocje pozwalam odczuwać jakiejś innej części mnie, bardziej dostrojonej na subtelniejsze i mniej przyziemne bodźce. Zauważyłem, że zacząłem więcej rzeczy doceniać i na więcej rzeczy zwracać uwagę. Bardzo inspirująca i zmieniająca moją energię może być między innymi natura. To jest pewnego rodzaju fantastyka, która istnieje realnie, jeśli się ją odpowiednio dostrzega. Ta subtelniejsza energia pozwala trochę inaczej myśleć o tworzeniu, pisaniu i brzmieniu. Nie tylko w kontekście "co czuje?", "co robię?", a w swego rodzaju ekosystemie, w którym wszystko jest nierozłączne - to, co fizyczne i to, co metafizyczne. To działa jak system naczyń połączonych. Ta konkretna energia, która pojawia się w procesie tworzenia nie jest w jednym miejscu i nie zajmuje jednego stanowiska - jest wszędzie. Dlatego mój optymizm jest gorzki, a do pesymizmu podchodzę z przymrużeniem oka, nie patrzę na schematy i rzeczywistość, trochę tak, jakby mnie nie dotyczyły.

Ciekawe jest też to, jak łączysz przyziemne, realne problemy z elementami fikcji i popkulturą. Na przykład tytuł "Ishimura" od razu skojarzył mi się z grą "Dead Space", ale do drugiej zwrotki i wersu: Gdy paznokcie potworów poraniły mnie do krwi, nie byłem pewien, czy faktycznie do tego nawiązujesz. Traktujesz takie zabiegi, odwoływanie się do fikcyjnych światów jak formę ucieczki od rzeczywistości czy raczej jako próbę pokazania uniwersalności niektórych problemów, bo może walka z codziennością nie różni się aż tak bardzo od walki z kosmitami na pokładzie statku kosmicznego?

"Dead Space" był grą, która z jednej strony mega mnie wciągnęła, a z drugiej w tamtym okresie nie lubiłem się bać... ale "Dead Space" z jakiegoś powodu chciałem się bać. To też są pewne połączenia myśli, które popychają mnie do pisania. To forma ucieczki, która powraca w moich tekstach dość często, ale zmieniając styl, wyrażając emocje w inny sposób - na przykład poprzez fantastykę, naturę czy postmodernistyczne, cybernetyczne spojrzenie na świat - dostrzegłem, że pewne nierzeczywiste rzeczy istnieją w rzeczywistym świecie, ale ich nie dostrzegamy. Czymś takim jest na przykład energia, o której kiedyś w ogóle nie myślałem, a dzisiaj jest dla mnie bardzo istotna. Z jednej strony ucieczka wiąże się więc z negatywnymi emocjami, z drugiej chcę tworzyć ten kompletnie inny, fantastyczny świat w bardzo przyziemny sposób.

 

Przenosisz osobiste odczucia na grunt popkultury, ale nie przenosisz ich nigdy na grunt polityczny - to rewiry, z którymi nie chcesz mieć nic wspólnego?
To nie jest tak, że nie interesuję się polityką. W ostatnim okresie uważnie śledziłem związane z nią wydarzenia chociażby dlatego, że prowadzę działalność gospodarczą. W muzyce i w tekstach najbardziej buntowniczy okres przechodziłem właśnie wtedy, gdy największy wpływ miały na mnie gatunki łączące się z emo-trapem, czyli przede wszystkim punk rock. Nie chcę jednak pokazywać swoich poglądów politycznych czy społecznych w tak prosty sposób, że powiem po prostu: Jebać PiS. Mam na przykład utwór "Kolejny rok w trampkach dla dziewczyn", który porusza obecnie bardzo gorącą tematykę społeczną, walkę o prawo do bycie sobą, ale w sposób dość delikatny. Nie jestem politykiem, nie jestem nawet raperem i nie chciałbym bezpośrednio manifestować swoich poglądów. Cały czas opowiadam o tym, co mnie dotyka, co mnie boli, o oddziałującej na nas na co dzień polityce, ale w trochę inny sposób.

A czy kiedy piszesz teksty, skupiasz się przede wszystkim na wyzwoleniu emocji, czy już na tym etapie myślisz o słuchaczach/słuchaczkach i o tym, jak będziesz odebrany, komu możesz pomóc albo na jakie problemy możesz otwierać oczy?

Wydaje mi się, że w pisaniu tekstów jestem raczej egoistyczny. Etap, w którym myślę o tym, jak mogę wpłynąć na odbiorcę pojawia się dopiero na samym końcu. Teksty wypływają bezpośrednio ze mnie, są związane z tym, co mnie dotyka i co czuję. Z jednej strony o emocjonalnej muzyce często się mówi, że jeżeli coś jest bezpośrednie, to odbiorca może się z tym lepiej utożsamiać, a z drugiej strony kiedy piszę coś z dużym ładunkiem emocjonalnym, czasami nie chcę bezpośrednio komunikować, że czuję tak, a nie inaczej. Wolę dać dużo przestrzeni do własnej interpretacji.

 

Lato zaraz się kończy, prognozy na jesień do optymistycznych nie należą, można w tym okresie snuć jakiekolwiek plany związane z działalnością muzyczną czy po prostu czekasz na to, co przyniesie przyszłość?
Do ostatniej chwili będę miał nadzieję, że nie będzie tak źle, jak może być, że sytuacja sprzed roku nie powtórzy się. Myślę, że po tym, co już przeszliśmy, społeczeństwo wiele się nauczyło i będziemy inaczej reagować na pandemię. Mam nadzieję, że nie zostaniemy znowu zamknięci na cztery spusty albo że przynajmniej zdążę jeszcze trochę pograć na żywo, zanim do tego dojdzie. Chcę działać jak najwięcej i mam nadzieję, że uda się wrócić do tej intensywnej energii, która nieustannie napędza do kolejnych działań.

 

fot. Katarzyna Skipirzepa


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive