Candyman. Tak się wskrzesza legendy

84%

Sukces "Halloween" Davida Gordona Greena ośmielił kolejnych twórców do wskrzeszania kultowych postaci kina grozy z drugiej połowy ubiegłego wieku. Efekt nie zawsze jest w pełni udany ("Laleczka" Larsa Klevberga byłaby znacznie lepsza, gdyby nie była Chuckym), ale często przewyższa marne sequele sprzed lat i odcina się od nich grubą kreską. Nie dajcie się jednak zwieść, nowy "Candyman" to tak naprawdę czwarta część serii zapoczątkowanej blisko trzydzieści lat temu.

Duchowy następca - takiego zwrotu używano w materiałach promocyjnych, by uniknąć jednoznacznej deklaracji co do tego, czy film Nii DaCosty jest remakiem, czy kontynuacją. Manewr karkołomny, ale zrozumiały - Bernard Rose nakręcił jeden z najwybitniejszych horrorów lat 90., próby poprawiania go mogłyby zakończyć się gniewnymi reakcjami fanów i fanek; a dopisywanie ciągu dalszego do fatalnego "Dnia umarłych" z 1999 roku wróżyło porażkę.

 

Podobnie jak w przypadku "Halloween", również tutaj postawiono na wprowadzający w błąd tytuł zapożyczony od oryginału, ale co do tego, że mamy do czynienia z "czwórką" nie może być wątpliwości. Z początku tu i ówdzie pojawiają się subtelne nawiązania, którym można przypisywać funkcję drobnych hołdów, ale finałowy zwrot akcji nie pozostawia złudzeń - związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy losami Helen Lyle (Virginia Madsen) i Anthony'ego McCoya (Yahya Abdul-Mateen II) staje się niepodważalny. Co więcej, nie jest ani naciągany, ani skonstruowany pod wygłodniałą po trzech dekadach posuchy publikę - lepszego i bardziej naturalnego powrotu Candymana nie można było sobie wymarzyć.

Zanim jednak o wciąż jednym z nielicznych czarnoskórych antagonistów kina grozy (nie licząc produkcji blaxploitation pokroju "Blaculi", "Blackensteina" czy "Abby"), nie można nie wspomnieć prawdziwego bohatera filmu z 1992 roku, bez którego późniejsze części straciły duszę - osiedla Cabrini-Green, komunalnych wysokościowców tuż po wybudowaniu opisywanych przez mieszkańców jako raj, lata później porzuconych przez władze miasta, niszczejących do poziomu niemal uniemożliwiającego użytkowanie, przemienionych w piekło. Charakter tego upiornego, zapomnianego przez świat miejsca i jego zdesperowanych, porzuconych mieszkańców to połowa sukcesu filmu Rose'a. Sam Candyman pojawia się w nim dopiero mniej więcej w połowie, gdy już możemy nasiąknąć tą fascynującą i jednocześnie odrzucającą atmosferą. Ale jak to odtworzyć, skoro Cabrini-Green zostało zrównane z ziemią?

 

Tereny osiedla poddano gentryfikacji, w okolicach otworzono placówki wielu bogatych firm, a nowi mieszkańcy to ludzie lepiej wykształceni i lepiej sytuowani. Można by się oczywiście posiłkować obrazami generowanymi komputerowo (które pojawiają się zresztą w retrospekcjach), ale DaCosta podjęła rozsądną decyzję nawiązania do oryginału w sferze aktualnego komentarza społecznego, a nie w próbie odtworzenia dawnego nastroju. 1992 rok był szczytowym okresem przestępczości w historii Cabrini-Green i właśnie to znalazło ujście na ekranie, w 2021 roku problem stanowi gentryfikacja, która przez lokalną społeczność odbiera jest jako wymazywanie historii i zastępowanie jej fikcją (więcej na ten temat możecie przeczytać w znakomitym artykule opublikowanym na The Tribe). Reżyserka wyczuła, że to samo miejsce trawi nowy horror i słusznie - choć momentami w przesadnie akademickim tonie - pozwoliła mu wybrzmieć w historii, która niezaprzeczalnie jest jej własną, odrębną i szczerą wariacją na temat ikony kina grozy.

Zmiana tożsamości Cabrini-Green wpłynęła bezpośrednio na oprawę wizualną czwartego "Candymana". Zniknęły zabazgrane ściany, monumentalne bryły z cegieł, ponure klatki schodowe i betonowe podwórka. DaCosta postawiła na eleganckie symetrie oraz liczne manipulacje lustrami i odbijanym od nich światłem - w końcu lustro to powierzchnia, która ma ogromne znaczenie dla tytułowego bohatera, służy niejako za portal, ale w poprzednich częściach stanowiło wyłącznie rekwizyt. Tym razem wzmacnia walory estetyczne, niespodziewanie powiększa przestrzenie, doprowadza do nietypowych interakcji pomiędzy postaciami i niemal surrealistycznego przenikania się światów. "Candyman" zyskuje dzięki temu odrobinę arthouse'owego sznytu, co z kolei świetnie współgra z toksycznym światekiem artystycznym rodem z "Velvet Buzzsaw", w jakim obracają się główni bohaterowie.

 

Morderca z hakiem zamiast dłoni i z pszczołami w trzewiach równie nie uniknął przemiany, do pewnego stopnia korzystnej, do pewnego rozczarowującej. Pierwotną siłą tej postaci była jej powściągliwość, w pierwszym filmie pojawiał się sporadycznie, zabił tylko dwie osoby, w tym jedną poza ekranem i niemal przez całe sto minut można było zachodzić w głowę, czy aby na pewno jest realnym bytem, czy jedynie fantazją głównej bohaterki. To, co niewypowiedziane i ukryte zawsze wzbudza większą grozę od tego, co podane na tacy, dlatego tym razem choć zabójstw jest więcej, a Candyman przedstawia się jako niemożliwa do zatrzymania siła na wzór Jasona Voorheesa (tego po szóstej części "Piątku trzynastego"), więcej na tym traci niż zyskuje. Jest brutalny, okrutny i zdolny do odbierania życia bez większego wysiłku, ale nie jest już straszny.

Jego nową zaletą jest natomiast rozdrobnienie. Przestał być wyłącznie Danielem Robitaillem, w którego wcielał się Tony Todd (w końcówce zaliczył króciutki gościnny występ), jest każdym Afroamerykaninem pozbawionym życia bez powodu, przez fałszywe oskarżenia, domysły i nienawiść. Przypomina Jokera z komiksu "Batman. Trzech Jokerów" Geoffa Johnsa, ideę wyrażaną przez kilka osób pod wspólnym pseudonimem. To wzmacnia jego pozycję jako mitu i miejskiej legendy, która jest tym silniejsza, im więcej osób w nią wierzy i ostatecznie zawsze dąży do tego, co bez zbędnych metafor deklaruje - chce być napisem na ścianach, chce, żeby o nim szeptano i żeby samo wspomnienie jego imienia wzbudzało lęk. XIX malarz, którego skazano na okrutną śmierć w ramach kary za romans z białą kobietą dzisiaj może tej siły już nie mieć, ale lokalny dziwak, który rozdawał dzieciakom cukierki i został zastrzelony przez policyjny oddział, bo pasował do opisu działań poszukiwanego przestępcy już tak. Dzięki temu Candyman jest jeszcze mniej ludzki, jeszcze bardziej przypomina nadnaturalną siłę żądną zemsty, która na walkę o sprawiedliwość już nawet nie liczy.

 

Przeniesienie zamkniętej w nieustannie napędzającym się kręgu przemocy na tle rasowym na grunt slashera było w 1992 roku czymś rewolucyjnym i pozostaje takim po dziś dzień. Z jednej strony przekazowi DaCosty brakuje finezji chociażby filmów producenta nowego "Candymana" - Jordana Peele, którego "Uciekaj!" i "To my" podjęły zbliżoną tematykę, ale ze wzmocnieniem w postaci między innymi całkowitego wyzwolenia od gatunkowych klisz czy wytypowania maksymalnie przyziemnych, przeciętnych i uniwersalnych głównych bohaterów. Z drugiej strony, rezygnacja z metafor i sugestii, zastąpienie ich prostym i dosadnym przekazem nie mogą być odbierane jako negatywne zjawisko. Na przykładzie muzyki - jedni wolą tworzyć zawiłe, poetyckie protest songi w jazzowej oprawie na wzór Irreversible Entanglements, inni preferują dumne wytykanie środkowego palca niczym punkrockowy duet Bob Vylan. Nia DaCosta z powodzeniem wskrzesiła jedną z najważniejszych postaci w historii horroru, a teraz czeka ją inne wielkie wyzwanie - zmierzenie się z precyzyjną, niepozostawiającą wiele miejsca na samowolę machiną filmowego uniwersum Marvela, bo jej kolejny projekt to spotkanie trzech superbohaterek w "The Marvels". Jeżeli wykaże się zbliżonym zrozumieniem pierwowzoru, fani/fanki Carol Danvers, Kamali Khan i Moniki Rambeau mogą jednak spać spokojnie.


Candyman

Kanada/USA, 2021

Universal Pictures

Reżyseria: Nia DaCosta

Obsada: Yahya Abdul-Mateen II, Teyonah Parris, Nathan Stewart-Jarrett




Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive