Lorde - "Solar Power"

87%

Lorde nie bagatelizuje problemów współczesnego świata i nie namawia do rezygnacji z walki o lepszą przyszłość, ale na "Solar Power" zdaje się być w tym stanie ducha, który podpowiada, że skoro i tak szlag trafi całą znaną nam rzeczywistość, to może na chwilę odpuścić i pójść na plażę? To prosta rozrywka, która lubującym się w niej osobom dostarcza przyjemności poprzez samo leżenie w bezruchu w zasięgu słońca i niemal to samo można napisać o trzecim albumie nowozelandzkiej artystki.

Nie oznacza to bynajmniej, że "Solar Power" można wepchnąć pomiędzy "Bailando" a "Coco Jamboo" - nastrój jest wakacyjny, utwory najspokojniejsze w całym dorobku Lorde, wyciszające, czasami wręcz usypiające, ale nigdy nudne. Jeżeli dodatkowo wgryźć się w ich treść, szybko okaże się, że nie będzie ani zdania o sezonowych romansach czy egzotycznych tańcach.

 

Tytuły utworów wyglądają niewinnie, ale najkrótszy z nich ma dziwnie punkową aurę. "Leader of a New Regime" brzmi pogodnie - Lorde towarzyszą chórki Marlona Williamsa, Clairo i Phoebe Bridgers (podobnie jak w wielu innych momentach albumu), przygrywa im najpierw tylko gitara akustyczna, później dochodzą subtelne pociągnięcia za struny skrzypiec i kilka dźwięków odegranych na klawiszach. Skromna, chwytliwa forma kojarząca się na przykład z akustycznymi kawałkami Billie Eilish (choć jeżeli faktycznie istnieje pomiędzy tymi dwiema twórczyniami więź inspiracyjna, to musiałaby być odwrotna). Z pierwszego wersu dowiadujemy się jednak, że wokalistka ma na sobie krem z filtrem UV SPF 3000 (czyli tysiąckrotnie skuteczniejszym niż standardowo używane dzisiaj), a pozostałe słowa układają się w ponurą wizję życia na wyniszczonej przez człowieka planecie. Dystopijna wizja przyszłości nie musi trącić chłodem i odczłowieczeniem industrialnego rocka albo EBM.

 

"Leader of a New Regime" nie jest wyjątkiem - "Fallen Fruit" wyraża rozczarowanie poprzednimi pokoleniami, które pozostawiły nam umierającą Ziemię; otwierające krążek "The Path" to bardzo przytomna refleksja na temat tego, że nie powinniśmy szukać odpowiedzi na każde ważne pytanie u kogoś, kto jest sławny i niekoniecznie wykwalifikowany - lepiej nauczyć się żyć w zgodzie z naturą; a "Mood Ring" to niemal satyra na tworzenie skomplikowanych systemów i artefaktów, które mają pomóc poczuć duchową więź ze światem. Tematom "globalnym" towarzyszą również bardziej osobiste, na przykład refleksje dotyczące gwałtownego wzrostu popularności w "California" czy hołd dla niedawno zmarłego, ukochanego psa w "Big Star".

 

Pasywny bunt Lorde przeciwko zaniedbywaniu środowiska naturalnego albo upatrywaniu w niej wszechwiedzącej ekspertki, choć całkiem niedawno była jeszcze nastolatką z największa mocą objawia się jednak w brzmieniu albumu. Jej głos brzmi jakby siedziała tuż obok i śpiewała prosto do naszych uszu, bez konieczności wzmacniania i modyfikowania sygnału. Podobnie ścieżki instrumentalne - nie trzeba wielu ingerencji aranżacyjnych, żeby wykonanie ich w pojedynkę, z bardzo zbliżonym do studyjnego rezultatem stało się możliwe.

 

Monumentalny, czasami patetyczny, potęgujący każdą emocję do nieskończoności, kontrolowany co do pojedynczej nuty pop z "Melodramy" nie powraca na nowym wydawnictwie nawet jako echo. Prawdopodobnie po podsunięciu nieopatrzonego żadnymi dodatkowymi informacjami krążka, nie każdy zidentyfikowałby w zawartości "Solar Power" artystkę, która jeszcze kilka lat temu wydawała się za duża na największe sceny letnich festiwali. Zwrot w kierunku indie folku z popową domieszką - sięgającego z jednej strony do sceny Laurel Canyon z przełomu lat 60. i 70. (wpływy Carole King, Joni Mitchell czy Crosby, Stills & Nash są oczywiste), z drugiej zahaczającego o komercyjny soft rock spod znaku Sary McLachlan, Natalie Imbrugliny albo Pauli Cole - odebrał jej dudniący jak na wezwanie do tańca bas, zmniejszył potencjał do konstruowania widowiskowych spektakli na scenie, ale w zamian pozwolił osiągnąć wyjątkowo szczere, obdarte z ornamentyki brzmienie. Emocje zawsze były kluczowym składnikiem twórczości Lorde, ale o ile na "Malodramie" śpiewała jak z nożem na gardle, jakby po tym albumie nie miało być już żadnego innego, o tyle na "Solar Power" dramaturgia jest subtelniejsza, stonowana, a tym samym jeszcze bardziej uniwersalna.

 

Poza ostatnią minutą utworu tytułowego (znakomicie skomponowanego, z mistrzowsko stopniowanym napięciem), nie ma na trzecim albumie Lorde tak oszałamiająco chwytliwych refrenów, jakimi zdarzało się jej zniewalać w przeszłości. Mało tego, końcówka "Solar Power" nie jest nawet refrenem - najbardziej przebojowa piosenka albumu nie została skonstruowana na najbardziej przebojowym ze znanych schematów. Na tym polega bunt Lorde - nie gra według zasad, ale nie walczy z nimi, leży na plaży i macha ręką na oczekiwania. Skuteczny czy nie, to bez znaczenia - najważniejsze, że szczery. Niespełna trzy kwadranse nowej muzyki brzmią skromniej i bardziej kameralnie, ale przewrotnie "Solar Power" to "największe" wydawnictwo Lorde, udana próba znalezienia chwili wytchnienia (nie zapomnienia) w świecie, który już po przeczytaniu nagłówków porannych newsów potrafi odebrać chęć do wstawania z łóżka.


Universal/2021




Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive