O'Sullivan: Nie wierzę w magię, ale szczerość pozwala przekazywać emocje

Ian O'Sullivan pracował jako lekarz w rodzimej Irlandii, ale pewnego dnia artystyczna dusza upomniała się o niego - rzucił wszystko, przeprowadził się do Budapesztu i poświęcił się muzyce.

Wydał dotąd zaledwie dwa single (jeden bardziej rockowy, drugi bardziej elektroniczny), ale już zdążył przykuć uwagę wielu osób, w tym Dawida Podsiadło, który umieścił utwór "Little Bird" na swojej oficjalnej playliście.

 

Rozmowa z Soundrive

Nie zajmowałbym się muzyką, gdyby nie pianino, które stało w rogu naszego salonu. Dorastałem z tym instrumentem, choć nikt w rodzinie nie potrafił na nim grać. Mój brat zaczął brać lekcje, kiedy miałem dziesięć lat i od razu zakochałem się, też chciałem się tego uczyć...

 

Ojciec zawsze puszczał nam muzykę w samochodzie albo w domu z winyli, ale nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego, że zwykli ludzie mogą wydawać z siebie takie dźwięki. Nie wytrwałem długo w świecie muzyki klasycznej, trafiłem tylko na jeden utwór, który mi się spodobał i chciałem grać go na okrągło. Tak naprawdę nie interesowało mnie uczenie się piosenek innych osób, raczej korzystanie z nich do wyrażania siebie i do zabawy. Od tego wszystko się zaczęło i nadal lubię myśleć, że zwykli ludzie mają w swoich wnętrzach muzykę.

Zanim zajmowałem się muzyką, byłem lekarzem. Minęło dużo czasu, zanim zdołałem nazwać siebie muzykiem, zawsze myślałem o sobie jak o kimś, kto po prostu wykonuje muzykę. Zajmowałem się tym, ale nie było moją "tożsamością". Nienawidzę przypisywania ludziom etykiet, ale teraz - po latach grania, nagrywania, podróżowania i obsesyjnego myślenia o muzyce - chyba muszę zaakceptować, że to jednak jest część mojej tożsamości [śmiech].

Moja ulubiona muzyka z dzieciństwa to amerykańska muzyka z lat 50. i 60. ze zbiorów mojego ojca. Ogromna część miłości, jaką czuję do muzyki pochodzi z tego, jak mnie wychowywał. Był trochę starszym ojcem, w latach 50. i 60. - kiedy Elvis, Buddy Holly czy Ricky Nelson jeszcze żyli - był dzieckiem i lubił amerykańskie country oraz bluesa z zapadającymi w pamięć głosami i głębokimi pogłosami. Myślę, że po części ukształtowało to estetykę mojej muzyki, chociażby "Lonesome Town" Ricky'ego Nelsona.

 

Moja ulubiona muzyka z ostatnich miesięcy cały czas się zmienia, ale uwielbiam ciężki, ponury nastój King Hannah, na przykład w utworze "Meal Deal". Niski głos Hanny i otaczające go brzmienie gitary wciągają w zupełnie inny świat.

 

Moja ulubiona artystka niezwiązana z muzyką to moja partnerka, Annamaria - jest projektantką mody i malarką. Sposób, w jaki postrzega świat jest bardzo piękny, pełen żywych kolorów i kompletnie pozbawiony strachu. Uwielbia przekazywać miłość do kolorów i pewność siebie innym, co w Budapeszcie już jest zaraźliwe, sądząc po coraz większej liczbie osób noszących zaprojektowane przez nią ubrania i widząc wpływ, jaki ma na wiarę w siebie innych osób.

 

We współczesnej muzyce najbardziej lubię to, jak bardzo zacierają się definicje poszczególnych gatunków. Współczesna muzyka oznacza, że mamy dostęp do każdego albumu, jaki kiedykolwiek został wydany, a ludzie w dzisiejszych czasach konsumują tak dużo z szerokiej gamy istniejącej muzyki, że połączenia wpływów stają się coraz bardziej niesamowite. A ponieważ coraz więcej osób może tworzyć muzykę w domu, na swoim laptopie, zasady działania bardzo się zmieniają. Pierwszy singiel nagrałem w studiu, ale drugim zająłem się sam w małej sali prób w Budapeszcie... I uwielbiam obydwa te kawałki.

We współczesnej muzyce najbardziej nie lubię negatywnej strony dostępu do całej muzyki świata, czegoś, co uważam za muzyczną rozwiązłość... Zamiast nawiązywania długotrwałego "związku" z albumami, wielokrotnego przesłuchiwania ich, w pewnym sensie zdradzamy je i sięgamy po przeróżne single. Sam nie jestem bez winy, ale największą przyjemność muzyka sprawia mi wtedy, gdy trafię na świetny album i mogę go słuchać bez przerwy, cały czas znajduję w nim coś więcej.

 

Najbardziej w koncertach lubię tę niemożliwą do opisania więź... Nie wierzę w magię, ale mam wrażenie, że jeżeli naprawdę poczuję więź z piosenką, kiedy ją wykonuję, wtedy każdy na sali będzie mógł poczuć to, co czuję ja. Wiem, że tak naprawdę po prostu pociągam za struny i śpiewam, co wprawia powietrze w drganie, a ono dociera z kolei do uszu słuchaczy i później zostaje zdekodowane przez mózgi, ale uważam, że jeśli zagram szczerze, w jakiś sposób stojące za mną intencje i emocje zostaną przekazane. Nagle poczujemy, że wszyscy jesteśmy sobie bardzo bliscy. To całkowicie nielogiczne i absolutnie magiczne... Może jednak wierzę w magię.

 

Moja muzyka jest porównywana do odrobinę bardziej radosnego Hoziera, który spotkał Bon Iver i poszli razem na drinka z Jamesem Vincentem McMorrowem. Nikt nigdy tak nie powiedział, ale jak dla mnie brzmi całkiem celnie.

 

Gdybym mógł sprawić, że jeden z utworów innego artysty stałby się mój, byłoby to... Nie wydaje mi się, że mógłbym przejąć cudza piosenkę. Uwielbiam wiele utworów, ale najbardziej lubię śpiewać o tym, co jest mi bliskie, a jestem jedyna osoba, która może to zrobić... Czasami zresztą nawet ja tego nie potrafię [śmiech]. To chyba przypominałoby kradzież, gdybym wziął kawałek kogoś innego.

 

W wolnym czasie lubię biegać po wzgórzach. Mam dużo energii i jakaś część mnie przypomina jaskiniowca, który chce być na łonie natury, biegać w lasach wokół Budapesztu. Chodzę na wzgórza na podobnej zasadzie, na jakiej niektóre osoby chodzą do kościoła - żeby pomyśleć, odpocząć, żeby być nieruchomym w ruchu.

Mój ulubiony cytat z książki to: Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą [John Donne]. To dobrze znane zdanie, pochodzi z książki napisanej w XVI wieku. W jakiś sposób przemawia do mnie w temacie istotności relacji, jakie nawiązujemy w życiu. Nigdy nie jesteśmy do końca sami, nawet jeżeli tak się czujemy, a jako artyści bywamy przestraszeni, gdy widzimy osoby, które wydają się geniuszami... Ale nikt nie osiąga niczego w pojedynkę, wszyscy uczymy się od siebie nawzajem i na sobie polegamy.

 

Gdybym w dorosłym życiu wciąż mógł robić coś, co robiłem w dzieciństwie, wspinałbym się na drzewa bez strachu przed upadkiem. To chyba też pewnego rodzaju metafora.

 

W dzisiejszym świecie najgorsze jest to, że zapominamy, jak wiele nas łączy. Często podróżuję i zawsze zdumiewa mnie, że kiedy opuścisz miasta i odłożysz gazetę - bez względu na to, czy jest to maleńka wioska rybacka, czy farma w nikomu nieznanej dolinie - ludzie zazwyczaj są tacy sami. Chciałbym, żebyśmy mogli skupić się na robieniu czegoś dobrego i sprawianiu, że nasze życia będą lepsze, a nie na wymyślaniu etykiet albo lękaniu się tego, co widzimy po drugiej stronie wzgórza. Z oddali wszystko wydaje się czarno-białe, ale kiedy się zbliżymy, okazuje się odcieniami szarości.

 

Polska kojarzy mi się z... Kiedy mieszkałem w Irlandii, miałem podobne wyobrażenie Polski do powtarzanego przez wiele osób z zachodniej Europy, które nigdy tam nie były - zimno, szaro z odrobiną wódki. Ale kiedy tam pojechałem dwa lata temu, trafiłem na festiwal w Poznaniu, siedziałem na brzegu jeziora ze stopami w wodzie, obserwując słońce rozciągające się na wieczornym niebie... To stało się moim wyobrażeniem Polski.

fot. Kristof Fajcsi


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive