At the Gates - "The Nightmare of Being"

50%

Jedenaście lat temu wracając z niebytu, At the Gates zadeklarował się, że będzie zespołem wyłącznie koncertowym. W 2014 roku dał dowód swojej niesłowności, wypuszczając na świat "At War With Reality" i chwała im za to - powrotny pełniak Szwedów okazał się fenomenalną płytą, dojrzałą kompozycyjnie, naturalnie płynącą i mroczną. To kompletny album na poziomie klasyków sprzed lat.

Po upływie kolejnych czterech lat i odejściu z zespołu jednego z braci Björler (Andersa), świat ujrzała kolejna płyta zespołu z Goteborga, wyraźnie słabsza - "To Drink From the Night Itself". Zabierając się za "The Nightmare of Being", miałem więc bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony At the Gates od zawsze był jednym z moich ulubionych zespołów, a "At War With Reality" pokazało, że wciąż mają talent; z drugiej "To Drink From the Night Itself" brzmiało na tak bardzo wymuszone, że obawiałem się wypalenia zespołu. Przed odsłuchem jedna rzecz była dla pewnie pewna - ten album albo rzuci mnie na kolana, albo całkowicie odepchnie. Nic pośrodku nie wchodziło w rachubę.

 

Niestety sprawdził się czarny scenariusz - "The Nightmare of Being" po prostu nudzi. Nie jestem w stanie pozbyć się uczucia, że każda część składowa tego wydawnictwa brzmi gorzej niż na poprzednich albumach - wokal Lindberga chyba powoli przegrywa walkę z wiekiem, brzmieniowo bywało lepiej, pomimo kilku dobrych solówek i aranży, kompozycje są wyraźnie wymuszone. Wszystko sprawia wrażenie, jakby muzycy stali się więźniami własnego stylu i próbowali wyprodukować kolejną płytę zawierającą odpowiednią ilość charakterystycznych melodyjek i tę specyficzną atmosferę ciemności zbyt wielkiej, aby dało się ją ogarnąć. Brakuje tutaj naturalności, która świadczyła o sile "At War With Reality". Tam każdy riff wychodził naturalnie, płyta płynęła niesiona nurtem rozpaczy. "The Nightmare of Being" jest jak łódka próbująca przepłynąć przez mieliznę. Załoga wykonuje machinalne ruchy w dobrym kierunku, ale nie płynie tak, jak powinna. Całość jest przerażająco toporną mieszaniną charakterystycznych zagrywek At the Gates.

 

Zdarzają się kapitalne momenty, ale ich obecność paradoksalnie potęguje uczucie wypalenia zespołu - At the Gates najbardziej błyszczy tam, gdzie najmniej brzmią jak oni sami. Ten album nie broni się deathmetalem podszytym atmosferą i melodyką, broni się momentami, w których z zaskoczenia atakują partie saksofonu ("Garden of Cyrus") albo w którym niespodziewanie pojawiają się długie sekwencje przypominające rodzimy Riverside ("The Fall Into Time"). Natężenie bardziej progresywnych momentów aż zaskakuje, ale jednocześnie są tłumione. Nie licząc niektórych fenomenalnych partii, czuć, że większość z nich nie dostała przestrzeni, by prawidłowo się rozwinąć. To trochę jak z dokręcaniem pomocniczych kółek od nauki jazdy na rowerze - większość partii jest na tyle krótka i tak osadzona kompozycyjnie, że riffy w stylu At the Gates zdają się pełnić rolę dodatkowych, bocznych kółek mających zabezpieczyć nowatorskie pomysły przed kraksą.

 

Próbowałem dać tej płycie kilka szans. Ze względu na osobisty stosunek do At the Gates, już na starcie zastosowałem taryfę ulgową, ale niestety nawet to nie wystarczyło. "The Nightmare of Being" nosi wszelkie oznaki zmęczenia materiału, wypalenia, chęci odbicia w innym kierunku. Wiatr, który wiał w żagle Szwedów po powrocie sprzed siedmiu lat ustał, nawet okładka wygląda na wybitnie wtórną, odstraszającą sztampę. Nie pozostaje nic innego, jak tylko mieć nadzieję, że to chwilowy moment słabości i kolejne wydawnictwo zmyje niesmak. Z perspektywy fana chcę wierzyć, że w At the Gates ciągle tli się geniusz, który był nieodzownym elementem ich muzyki.


Century Media/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive