Kosmiczny mecz: Nowa era. LeBron James i jakiś królik

49%

W 1993 roku Michael Jordan zawiesił karierę koszykarską na niespełna dwa lata. Kiedy wrócił, nadal nie miał sobie równych i wywalczył trzy mistrzostwa dla Chicago Bulls. Królik Bugs karierę koszykarską zawiesił na ćwierć wieku, a po powrocie nie przypomina Jordana nawet z ostatniego sezonu w Washington Wizards czy tego znanego z niezbyt udanych występów na boisku baseballowym.

Trudno zresztą obarczać Bugsa i resztę ekipy ze "Zwariowanych melodii" winą, nie dostali nawet szansy, żeby pokazać się z lepszej strony i w tym tkwi największy mankament drugiego "Kosmicznego meczu" - kreskówkowe postacie zostały dodane na doczepkę, gdyby je wyciąć, nie przyniosłoby to absolutnie żadnych zmian fabularnych, a sprowadzenie tej charyzmatycznej bandy do roli tła nie mogło skończyć się dobrze.

 

Wiele można o Jordanie napisać, ale na pewno nie to, że jest człowiekiem skromnym. Mało tego, jeżeli dobrze poszukacie, natraficie na liczne teorie spiskowe sugerujące, że samodzielnie wyreżyserował pierwszy "Kosmiczny mecz", bo przecież Joe Pytka (osoba do tej roli przypisana) wcześniej nakręcił jeszcze tylko jeden film, a później już żadnego - kto przy zdrowych zmysłach dopuściłby tak niedoświadczonego twórcę do zarządzania wielkim, od strony technologicznej przełomowym przedsięwzięciem? Chyba, że mieliśmy do czynienia z sytuacją przypominającą "Rambo II", gdzie George P. Cosmatos okazał się figurantem, a faktyczną władzę pełnił sam Sylvester Stallone.

Nawet jednak Jordan nie miał do tego stopnia rozbuchanego ego, by bezwzględnie przedłożyć siebie ponad Bugsa, a ich partnerska relacja, skoncentrowanie wydarzeń na ratowaniu fikcyjnego, uwielbianego przez miliony ludzi na całym globie świata nawet jeżeli po latach trąci naiwnością, wciąż potrafi wzbudzać żywe emocje. "Król James" - jak koszykarz Los Angeles Lakers określany jest w wielu scenach - w centrum widzi tylko siebie. Nie ratuje świata "Zwariowanych melodii", nie ratuje świata ludzi, stawką spektakularnego boju jest w gruncie rzeczy po prostu dogadanie się z synem po drobnej sprzeczce. Dwadzieścia pięć lat temu w napięciu kibicowaliśmy drużynie, którą kochali wszyscy, teraz mamy trzymać kciuki za osoby, które kocha tylko główny bohater... i to nie jest nawet jego prawdziwa rodzina!

 

Jeżeli dorzucić do tego najbardziej sztampowy czarny charakter, jaki potraficie sobie wyobrazić (jego motywacje to zaspokojenie drugiej od góry potrzeby w piramidzie Masłowa, czyli potrzeby szacunku i uznania); odrealniony mecz, którym nie kierują właściwie żadne zasady; nudną ścieżkę dźwiękową (a przecież soundtrack do "jedynki" ma dzisiaj status kultowego) i kompletnie pozbawiony subtelności fanserwis, przy którym każdy gościnny występ w "Player One" Stevena Spielberga wyglądają jak pieczołowicie ukryty easter egg, to rezultat jest zatrważająco marny.

Przed całkowitą klęską "Nową erę" ratują trzy elementy. Po pierwsze, kiedy nawiązania do innych dzieł popkultury to więcej niż tylko kilka znanych postaci kibicujących przy linii boiska (wykazujących zresztą dokładnie taki sam entuzjazm i przy akcjach pod koszem, i przy rozmowach pomiędzy postaciami, co - być może celowo - przypomina zapętlone reakcje tłumów z gier "NBA Live" z ubiegłego stulecia), sprawdzają się znakomicie. Kaczor Daffy w animowanym "Supermanie" z 1996 roku, babcia opiekująca się Sylwestrem i Tweetym w "Matriksie", Wiluś E. Kojot i Struś Pędziwiatr w "Mad Max: Na drodze gniewu"... Nie jestem pewien, czy dzieciaki zrozumieją te nawiązania, ale rodzice na pewno się uśmiechną.

 

Po drugie, tym razem wykorzystano klasyczną oprawę wizualną przypominającą najbardziej pamiętne odcinki "Zwariowanych melodii" z lat 50. W animacji komputerowej rozgrywany jest wyłącznie sam mecz, a w pozostałych scenach to LeBron James musi wpasować się w otoczenie. Coraz rzadziej można w kinach oglądać tego rodzaju animowane postacie, co samo w sobie jest godne uwagi. Po trzecie... sentyment. Kto w 1996 roku (w Polsce dopiero w 1997) był w kinie na "Kosmicznym meczu", załapał się na bez porównania większy hype, jaki towarzyszył premierze (nie sposób rozstrzygnąć kłótni o to, czy Jordan, czy James mogą być nazywani najlepszym zawodnikiem w historii, ale nie ma wątpliwości co do tego, że pierwszy z nich zdominował popkulturę), ten może mieć problem z przyznaniem się do rozczarowania. Ja sam przez cały seans usprawiedliwiałem w myślach twórców, próbowałem wmusić w siebie tę historię i za wszelką cenę ją polubić, ale nawet siebie samego można oszukiwać tylko do pewnego stopnia.

"Kosmiczny mecz" z 1996 roku zestarzał się lepiej, niż jego kontynuacja wygląda w dniu premiery. Podobnie jak pokorni słudzy portretowali władców w wyidealizowany sposób przed wiekami, tak teraz "Król James" doczekał się obrazu, na którym z władczym grymasem zasiada na tronie świata, z Bugsem, Daffym, Lolą, a nawet z superbohaterami DC Comics, Neo i Trinity czy wszystkimi mieszkańcami Hogwartu u stóp. Na pewno będzie spoglądał na tę wymowną scenę z dumą, ale reszta świata po opuszczenia kina odwróci głowy i nigdy więcej nie spojrzy w kierunku tego arcydzieła egotyzmu.


Kosmiczny mecz: Nowa era

Tytuł oryginalny: Space Jam: A New Legacy

USA, 2021

Warner Bros.

Reżyseria: Malcolm D. Lee

Obsada: LeBron James, LeBron James, LeBron James



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive