Sault - "Nine"

88%

Tajne informacje otrzymywane przez agentów IMF w "Mission: Impossible" ulegały samozniszczeniu w kilka sekund po odczytaniu i niewykluczone, że podobny los spodka nowy album brytyjskiego Sault, które w dniu premiery zapowiedziało, że "Nine" będzie istnieć tylko przez dziewięćdziesiąt dziewięć dni... Warto się pospieszyć, bo to nie tylko przebojowe połączenie neo-soulu z afrobeatem, ale również teksty, które długo po przesłuchaniu nadal tkwią w głowie.

Artyści i artystki ukrywający swoje tożsamości zazwyczaj kojarzą się albo z agresywną, albo z mroczną muzyką, chociażby Spliknot, Ghost czy Briqueville, ale powodem nie zawsze jest chęć zbudowania aury tajemniczości.

 

Dla H.E.R. była to potrzeba odcięcia się od dotychczasowych działań i nie przekładała się w żaden sposób na muzykę, a przypadek Sault jest podobny w tym sensie, że po ich łagodnym brzmieniu nie dałoby się domyślić powodów stojących za skrywaniem personaliów. Zagadka pozostaje nierozwiązana, co dla londyńskiego zespołu jest wartością dodatkową z zupełnie innego powodu.

 

Jak to możliwe, że grupa, o której nic nie wiadomo w pierwszym roku działalności niespodziewanie publikuje dwa wyśmienite albumy - "5" i "7" - w kolejnym dokonuje tego samego - "Untitled (Black Is) i Untitled (Rise) - a teraz dorzuca piąty materiał i wciąż nie zalicza nawet drobnego potknięcia? Prawdopodobnie kiedyś poznamy nazwiska i z ulgą powiemy sobie w myślach: No tak, teraz to ma sens, ale można też wyzbyć się ciekawości i po prostu przeznaczyć trzydzieści cztery minuty na uważne wsłuchiwanie się. Przyjemność będzie nawet jeszcze większa, bo ostatecznie nie ważne, kto za tym stoi; ważne, czy potrafi wzbudzać emocje.

 

Przekaz jest dla Sault do tego stopnia istotny, że nie pozwalają sobie na dwuznaczności - chwilę przed premierą "Nine" w mediach społecznościowych pojawił się komunikat: Dorośli, którzy nie zdołali otrząsnąć się z urazów z dzieciństwa sięgają po alkohol i narkotyki jako lekarstwo. Młode dziewczyny i młodzi chłopcy szukając przywództwa, mogą wciągnąć się w gangi. Łatwo jest osądzać, ale co być zrobił, gdybyś znalazł się na ich miejscu? Gdyby jednak nawet to pozostawiało jakieś wątpliwości, z tekstów wyrugowano choćby cień poetyckości, są dosłowne i obrazowe jak zapiski z pamiętnika.

 

W "Trap Life" pada: Yeah, we trap on these blocks / And we don't trust these cops; w "Light's in Your Hands": When you were younger, you were left on your own / Forced to survive, streets became your home, a w "Alcohol" przez cztery minuty można usłyszeć niewiele ponad: Oh-oh, alcohol / Look what I've done. Jedyne gęściej zapełnione sylabami wersy należą do gościnnie występującej w "You From London" Little Simz (zajmują jedynie pierwszą z czterech minut, reszta to hipnotyzujący beat, delikatny saksofon i sampel ze zdaniem zawartym w tytule), ale prostota w tym przypadku nie jest wadą - wzmacnia przekaz Sault, dodaje mu sił i tworzy ciekawy kontrast pomiędzy ubranymi niemalże w punkrockowy język komunikatami a wyciszającą, łagodną, niekiedy nawet romantyczną muzyką.

 

Najlepszy przykład to "Light's in Your Hands" - fortepianowa ballada z posmakiem gospelu w finale - gdzie niemal anielskiej błogości towarzyszą wyznania: When you think about it, I never really had a childhood / I was constantly on edge. Innym dobrze obrazującym to nastawienie momentem jest pogodne, zwieńczone niemal filmową partią orkiestrową "Bitter Streets", w którym aż chciałoby się usłyszeć pochwałę jakiejś błahostki pokroju pięknej pogody albo bezkresnej łąki, a jednak dźwiękowy miraż kryje temat skrajnie inny: I remember when we were young / You made friends with a gun.

 

Na monotonność narzekać nie można - "oksymoronowa" konstrukcja jest wprawdzie utrzymana, ale rezultaty są bardzo odmienne. "London Gangs" to bardziej surowy, równie przebojowy kawałek, skonstruowany na bazie delikatnie przesterowanego, buzującego basu i nerwowego rytmu perkusyjnego; od "Trap Life" emanuje afrobeatowa energia, a "Fear" to rapowa mantra połączona z motorycznym rytmem przypominającym łagodniejsze, mniej eksperymentalne wytwory krautrocka. Z jednej strony na "Nine" dzieje się niewiele - takty są zapętlane, a partie instrumentalne na ogół proste - z drugiej jeżeli spojrzeć na album jako całość, a nie pojedyncze utwory i wsłuchać się w teksty, wrażenie znika, zostaje zastąpione przez dodatkową głębię oraz trudną do odrzucenia potrzebę wracania do tego krążka jeszcze wielokrotnie.

 

Nie wiadomo, co dokładnie wydarzy się 23 września - dziewięćdziesiąt dziewięć dni po premierze "Nine" - ale z całą pewnością można założyć, że policja nie zacznie rekwirować już zakupionych płyt i nie zażąda usunięcia plików, które do tego czasu pozostaną udostępnione na Bandcampie. Wiadomo natomiast, że najnowsze dzieło Sault zniknie tego dnia z serwisów streamingowych, zniknie nawet w postaci płyt i winyli ze sklepów i pozostanie żywe tylko w tylu egzemplarzach, ile do tego czasu zostanie pobranych/sprzedanych. Może to zagranie marketingowe, może ukłon w kierunku kolekcjonerów, a może dodatkowa motywacja, żeby poświęcić "Nine" tyle czasu, na ile rzeczywiście zasługuje, wchłonąć te treści i wynieść z tego doświadczenia coś więcej niż tylko odhaczenie kolejnej piątkowej nowości.


Forever Living Originals/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive