PurpleHaze Ensemble - "1961"

77%

Uwielbiam kiedy słuchając muzyki, odczuwam niczym niezmąconą radość, rozpiera mnie energia, a dźwięki przyprawiają o zawrót głowy, by chwilę później ukoić i ukołysać przyjemną melodią. Mniej więcej tak zadziałała na mnie nowa, opatrzona enigmatycznym tytułem "1961", płyta PurpleHaze Ensemble. Krakowski zespół niespodziewanie wrócił z drugim wydawnictwem po ośmiu latach przerwy i była to bardzo dobra decyzja.

Co działo się w 1961 roku, czyli sześćdziesiąt lat temu? Historyczne źródła donoszą, że choć toczyło się na świecie kilka poważnych konfliktów zbrojnych, był to bardzo owocny czas dla kultury. Odbyła się wtedy premiera "Matki Joanny od Aniołów" Jerzego Kawalerowicza, który został nagrodzony Srebrną Palmą na festiwalu w Cannes; można było po raz pierwszy obejrzeć "Śniadanie u Tiffany'ego" z niezapomnianą rolą Audrey Hepburn, a miłośnicy muzyki w Polsce cieszyli się pierwszą edycją Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie. Co więcej, ostatniego dnia roku miał miejsce pierwszy koncert zespołu The Beach Boys i był to czas, gdy z kłopotami z prawem borykał się Jimi Hendrix, który w końcu został wcielony do armii.

 

Wspomnienie legendarnego gitarzysty wydaje się konieczne po odczytaniu nazwy PurpleHaze Ensemble. Echa jego twórczości wyraźnie są słyszalne w dokonaniach zespołu, zostają przetworzone przez osobistą wrażliwość i nasycają psychodeliczną aurę, która hipnotyzuje i odurza odbiorcę. To lot w kosmos, któremu bliżej do niezobowiązującego dryfowania w czasoprzestrzeni niż do gitarowej, zgrzytliwej jazdy bez trzymanki.

 

Na "1961" dominuje melodyjność. To płyta przystępna, której świetnie słucha się szczególnie podczas ciepłych, słonecznych, leniwych dni i w chwilach relaksu na świeżym powietrzu. PurpleHaze grają emocjonalnie, a jednocześnie nienachalnie, pozwalając odpoczywać i zanurzać się w marzeniach, wyobrażeniach i snach. To płyta o miłości i o tym, co bliskie każdemu z nas. Choć w tekstach rozbrzmiewają gdzieniegdzie echa negatywnie nacechowanych emocji, jak zazdrość i zdrada, przeważa optymistyczne spojrzenie na świat.

 

Nie znaczy to jednak, że nie znajdą tutaj niczego dla siebie słuchacze spragnieni mroku, przesterów, trzasków i instrumentalnych, technicznych popisów. Najbardziej przypadnie im do gustu rozpędzony i poszatkowany "Screaming Boy", którym nie pogardzą także miłośnicy twórczości Deftones i Alice in Chains. Odnajdą te inspiracje szczególnie w szczerym brzmieniu wokalu i klimatycznych, niespiesznie snujących się melodiach.

 

Macias, Justin, Tekla i Jaca nagrali świetny, dopracowany i ekscytujący materiał, do którego chce się wracać wielokrotnie. Zaryzykuję stwierdzeniem, że oddali tej płycie całe serca. To szczera wypowiedź zespołu, który przebył długą, wyboistą drogę usłaną skrajnymi emocjami - od depresji po euforię - by przelać na dźwięki to, co najcenniejsze i najbardziej osobiste.

 

Należałoby wspomnieć także o okładce opracowanej przez Kubę Terrano na bazie grafiki "Głowy" Zbigniewa Jaskowskiego autorstwa dziadka wokalisty i gitarzysty grupy, Maciasa, odnalezionej po latach w domowych archiwach. Ta wartość dodana czyni ten album jeszcze bardziej osobistym i wyjątkowym.


wydanie własne/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki