Renesans shoegaze'u w erze millenialsów i Generacji Z

Mamy 1991, kiełkujący rock alternatywny wygrzebuje się z garażu, a hałaśliwo-jazgotliwe podziemie muzyki gitarowej nie jest zaledwie ciekawostką dla paru odszczepieńców, lecz w pełni sprawnym organem mainstreamu.

Nirvana podbija świat dzięki "Nevermind", Metallica wchodzi na stadiony przy pomocy "Black Album", a Red Hot Chili Peppers funkowym groovem z "Blood Sugar Sex Magik" kupuje serca milionów fanów. Do tego grunge'owcy spychają z piedestału glamrockowe koszmarki, a gangsterski rap przełamuje wszelkie granice tego, co przyzwoite.

 

Gdzieś w tle pulsuje jednak coś innego. Żeby zobaczyć, co konkretnie, musimy wybrać się na wycieczkę do Dublina. To półmilionowe miasto oferuje między innymi zapierające dech w piersiach centrum, klimatyczne małe uliczki i zabytki, nad którymi można wzdychać tygodniami, chociażby Prokatedrę Najświętszej Maryi Panny wybudowaną w 1825 roku. W takim właśnie otoczeniu sukcesywnie rozwija się zespół My Bloody Valentine.

 

Po paru pomniejszych materiałach i ciepło odebranym debiucie "Isn't Anything", nagrywają "Loveless" - krążek uznawany za najwybitniejsze osiągnięcie nurtu zwanego shoegazem, w opinii wielu krytyków najlepiej wyprodukowany album na świecie i jedna z największych pereł muzycznych lat 90. Na realizację nagrań przeznaczono łącznie aż dwieście pięćdziesiąt tyięcy. funtów, co stanowi ekwiwalent ponad miliona trzystu tysięcy dzisiejszych złotych. To właśnie dzięki temu albumowi nurt shoegaze'owy stał się rozpoznawalny i na krótki czas nawet modny.

 

Co jednak ciekawe, duża popularność gatunku nie przypada jedynie na ostatnią dekadę XX wieku, kiedy ukazywały się w jego ramach rzeczy przełomowe, jak wspomniane "Loveless", "Souvlaki" Slowdive czy nawet "Going Blank Again" Ride. Shoegaze przeżywa renesans właśnie teraz, na przestrzeni ostatnich kilku lat, a za hypem wcale nie stoją zramolali piewcy "starych dobrych czasów". Stoi za nim młodsze pokolenie słuchaczy, czyli millenialsi i generacja Z - ludzie, którzy w momentach premier tych epokowych dzieł albo byli zbyt młodzi, by pamiętać cokolwiek z tego okresu, albo - jak niżej podpisany - nie zdążyli się nawet urodzić.

Shoegaze - z czym się to je?

Zanim zacznę analizować, co spowodowało wzrost popularności gatunku w obecnych czasach, warto odpowiedzieć na pytanie, czym on w zasadzie jest? Żeby było jasne - tak, nazwa nurtu naprawdę wzięła się od tego, że gitarzyści gapili się na własne buty, zajęci ciągłym przełączaniem efektów. Efekty stanowią zresztą esencję shoegaze'u, a ich charakterystyczne, rozmyte, brudne, często nawet nieczytelne brzmienie stało się wręcz memem. Nie będzie przesadą powiedzieć, że to wyjątkowo oniryczna, otulająca hybryda czegoś na wzór wyjącego odkurzacza i lodówki nocą. Dodajemy do tego delikatny, momentami zblazowany głos wokalisty bądź wokalistki i transową robotę sekcji rytmicznej i gotowe - mamy przepis na shoegaze.

 

Trudno powiedzieć, na jaki etap muzycznej historii przypada początek tej niszy. Na pewno jej absolutnymi prekursorami byli The Velvet Undergroud na debiutanckim krążku z 1964 roku. Kolejne elementy brzmienia opisanego akapit wyżej - z naciskiem na senny dryf gitary - przemycali chociażby The Cure na "Seventeen Seconds", ale prawdziwymi pionierami shoegaze'u są prawdopodobnie Cocteau Twins. Znacie ich "Garlands" z 1982 roku? Jeżeli nie, w te pędy włączcie numer tytułowy. Co prawda więcej w nim postpunkowej motoryki, ale te rozjechane, drgające przestery i ściana dźwięku zapowiadały to, co miało nadejść. Istotny w tej układance jest również o trzy lata młodszy "Psychocandy" The Jesus and Mary Chain, na którym bracia Jim i William Reid dokonują przeobrażenia popu w coś rozstrajającego, transowego, a nawet hałaśliwego, bez rezygnowania z lukrowanej melodyki.

Powrót na salony i fenomen gatunku

Warto zastanowić się, kiedy dokładnie zaczął się ponowny boom na shoegaze. Przełomowy był rok 2013, kiedy ukazało się "M B V" My Bloody Valentine. Na reaktywacyjnym krążku Irlandczycy nie wywracają definicji gatunku do góry nogami, ale wzbudzają nostalgię u starszych, a dla młodszych są czymś zupełnie nowym. Ówcześni trzynasto- czy czternastolatkowie po przerobieniu - jak to nastoletni fani gitarowej muzyki - standardów metalu i rocka zarobkowego, przeżyli zderzenie z pociągiem. Wcześniej zwyczajnie mogli nie słyszeć czegoś tak rozmytego, osadzonego w alternatywnej rzeczywistości i mającego w sobie więcej z dźwiękowych plam niż piosenek, a jednocześnie brzmiącego po prostu przyjemnie i ładnie. Z drugiej strony pojawia się płyta "Sunbather" Deafheaven, czyli coś z zupełnie innej bajki. Zespół zmyślnie łączy rozpacz rozdartą pomiędzy black metalem a screamo i ciepły, nienachalny, odprężający shoegaze. Co prawda wcześniej podobne wątki przerabiał równie ceniony francuski Alcest, ale dopiero Deafheaven demonstrują ten miks w oparciu o radykalne kontrasty, które o dziwo świetnie ze sobą współgrają. To właśnie ten materiał jest przełomowym w historii blackgaze'u - nurtu łączącego dream pop, post-rocka i shoegaze z black metalem.

 

Co więc przyciąga do shoegaze'u dzisiejszych nastolatków i dwudziestoparolatków? Mam taką teorię odnośnie dwudziestoletniego cyklu nostalgii w muzyce - mówi założyciel strony I'm Sad and I Listen to "Loveless" Every Night, która liczy prawie sto tysięcy obserwatorów na Facebooku. - Oczywiście nie musi chodzić dokładnie o dwie dekady, ale sama zasada się sprawdza. Mija mniej więcej tyle czasu od szczytu popularności danego gatunku, a on wraca do głównego obiegu. Na przełomie wieków królowała moda na lata 80., więc sukcesy odnosili Interpol czy Yeah Yeah Yeahs. Natomiast w okolicach 2010 świat przypomniał sobie o grunge'u za sprawą Title Fight czy Basement. Nic więc dziwnego, że teraz stało się podobnie z shoegazem, którego artystyczny szczyt przypadał na drugą połowę XX wieku.

Jest to całkiem prawdziwe, przecież obserwujemy dziś na przykład wzrost popularności tak zwanego trap metalu, który w prostej linii kontynuuje wątki nu metalu z przełomu XX i XXI, a do tego stanowi naturalną, dopasowaną do obecnych czasów korektę rzeczonego kierunku . Ale może boom na shoegaze wcale nie bierze się z kompulsywnego nawrotu trendów? Może to kwestia tego, jak blisko i daleko zarazem jest mu do mainstreamu, dzięki swoim składowym? Zwróć uwagę na ściany dźwięku w tej muzyce. One są tak ładne, ale z drugiej strony skrajnie nietypowe, dziwne i zupełnie inne niż to, czym dziś młodzi ludzie są atakowani przez rzeczy z głównego nurtu - twierdzi administrator rosnącego w siłę Pooh Transcending to Various Shoegaze Songs, który pod tę samą scenę z Kubusia Puchatka opuszczającego własne ciało, podkłada najróżniejsze shoegaze'owe utwory. - Sam musisz przyznać, że ta nisza charakteryzuje się bardzo artystowskim podejściem, momentami perfekcjonizmem, ale nie odstrasza, a przyciąga. Bo jest lekko dziwna i jednocześnie po prostu sympatyczna w odbiorze.

 

Przedstawiony przez tych dwóch komentatorów obraz wywraca nieco Jay Gambit - wokalista znany z takich grup, jak łączący power electronics i noise z metalem Crowhurst czy postpunkowy Executioner's Mask. Uważa, że przystępność nurtu jest istotna, ale jego zdaniem millenialsi/zoomerzy najbardziej doceniają przede wszystkim hałas odpływający w najróżniejsze strony. Kojarzysz występ My Bloody Valentine z Chicago w 2008 roku? W ciągu ostatnich pięciu minut tego koncertu totalnie odpłynęli, po prostu dali ponieść się jazgotliwej improwizacji, co przyniosło światu jeden z najgłośniejszych gigów kiedykolwiek. A najlepszy w tym wszystkim jest fakt, że to żadne przypadkowe dźwięki, tylko w pełni opanowana technika gry. Oni tymi efektami, tymi gitarowymi sprzężeniami wywołują i przerażenie, i ukojenie - esencja shoegaze'u. W późniejszych latach podobne rzeczy praktykowały Curve czy Swervedriver. To może kupować młodych odbiorców - twierdzi.

Black metal i shoegaze - match made in heaven?

Klasyczny shoegaze ma wierne grono fanów wśród millenialsów i generacji Z, ale sporą ich część zdobył nie tylko dzięki dokonaniom Slowdive, My Bloody Valentine i innych legend. Jednym z kluczowych czynników jest jego mariaż z black metalem, który rozpoczął się nieco ponad dekadę temu, głównie za sprawą fantastycznego "Souvenirs d'un Autre Monde" Alcest. Na tym albumie lider formacji, Neige, wymieszał lekkość godną Slowdive z szorstkim black metalem, a całość uzupełnił wpływami post-rocka. Takie połączenie zapoczątkowało lawinę nagrań próbujących osiągnąć podobny poziom w epatowaniu skrajnymi stylistykami. Oprócz wielu kopistów, znalazło się też kilku wyznawców zasady "leaders not followers". Można do nich zaliczyć wyjątkowo dołujący Ghost Bath czy Bosse-de-Nage, który dorzucił surowiznę post-hardcore'u. Nie sposób ominąć najbardziej popularnych przedstawicieli blackgaze'u, czyli Deafheaven - za sprawą "Sunbather" i "New Bermuda" wyciągnęli i z black metalu, i z shoegaze'u - z lekką domieszką emo/screamo - to, co najlepsze. Znaleźli równowagę pomiędzy ciepłem, beztroską aurą bujania w obłokach a gniewem i podskórną rozpaczą.

 

Połączenie to okazało się płynne i spójne, zagwarantowało zespołowi popularność. Co więcej, zbudowało pomost pomiędzy wielbicielami obu sposobów ekspresji. Radykalni metalowcy otworzyli się na rozmarzoną, wyjątkowo delikatną muzykę, a słuchacze szeroko pojmowanej alternatywy z chęcią zgłębiali tajniki ekstremalnych dźwięków. Myślę, że wynika to z otwartości obydwu gatunków - zaznacza Jay Gambit. - Mają szerokie grono wpływów, a do tego dają przestrzeń do tworzenia najróżniejszych połączeń. Opinie na temat słuszności takiego przekładańca bywają podzielone. Jest bardzo cienka granica między ciekawym podejściem do blackgaze'u - jakie reprezentuje między innymi Oranssi Pazuzu - a nacechowanym zbędną pompatycznością, łączonym z post-metalem - twierdzą członkowie gdańskiego Sea Saw, z powodzeniem balansującego na granicy shoegaze'u i nowoczesnej psychodelii.

 

Czy w związku z tym, że shoegaze odkrywa coraz więcej młodych ludzi, a jego granice stylistyczne są dość szerokie, można mówić o nim w kategoriach przyszłości rocka? Muzycy Sea Saw po części się z tym zgadzają: Ten nurt słychać w aktualnych trendach i jego elementy można znaleźć w nowej muzyce. To ciekawa inspiracja, nawet dodatkowy element, który niekoniecznie musi być jedyną bazą. Z kolei pomysłodawca fanpage'a I'm Sad and I Listen to "Loveless" Every Night nie chce wróżyć z fusów: Shoegaze stale się rozwija, zalicza ciekawe wolty, ale jego przyszłość nie jest znana chyba nikomu. Są nowsze zespoły przemycające shoegaze'owe brzmienia do swojego repertuaru, jak Nothing czy Have a Nice Life, ale nie wiem, czy daje to pretekst do mówienia o tak globalnym zjawisku jak "przyszłość rocka".

Dlaczego TikTok to najlepsze miejsce do odkrywania muzyki (podcast)

 

Dominacja TikToka

Przy analizowaniu popularności shoegaze'u pośród millenialsów i zoomerów (zwłaszcza tych drugich) nie wolno zapomnieć o TikToku. YouTube, Facebook, Instagram oraz serwisy streamingowe stanowią nieprzecenione narzędzie promocji, ale dzisiejsi nastolatkowie potrafią sobie bez nich poradzić, bo to dzięki wspomnianemu TikTokowi poznają nową muzykę. Przykład? Ogromna popularność między innymi białoruskiego Molchat Doma stała się faktem właśnie za sprawą tej platformy, polegającej na wzajemnym przesyłaniu kilkudziesięciosekundowych filmików z podkładem muzycznym. Tag "shoegaze" obserwuje za pośrednictwem tej aplikacji aż czterdzieści jeden milionów użytkowników - imponująca liczba, która mówią sama za siebie.

 

Aby odkryć, co stoi za tak ogromną popularnością tego gatunku na TikToku, skontaktowałem się z jedną z jego użytkowniczek. Głównym mechanizmem tego portalu jest wysoko rozwinięty algorytm. Za jego pomocą nie trafiasz na przypadkowe filmiki, a na rzeczy sprofilowane pod ciebie - twierdzi. - Dzięki temu, jeśli ktoś wkręci się w dany gatunek muzyczny, bankowo spotka się z treściami spełniającymi wytyczne tegoż gatunku i tagu.

@frankiemaradona

raising my brother right. ♬ original sound - frankie m.

No dobrze, treści treściami, ale trzeba było na ten shoegaze wcześniej trafić samodzielnie. Co więc czyni go tak atrakcyjnym wśród społeczeństwa zoomerowych TikTokerów? Jedną z głównych tendencji na rzeczonym tagu są numery My Bloody Valentine czy Slowdive służące jako tło do obrazkowej opowieści o życiowych smutkach czy nawet po prostu nagrania płaczącej osoby - kontynuuje użytkowniczka. - Generacja Z do najweselszych nie należy, a taka stylistyka po prostu pomaga im w przezwyciężeniu pewnych problemów albo przynajmniej chwilowym odsunięciu ich na bok. Czyli shoegaze jako remedium na przykre egzystencjalne niesnaski? Brzmi terapeutycznie, a przede wszystkim pożytecznie i daje do zrozumienia, jak ogromną siłą oddziaływania dysponuje muzyka.

 

Shoegaze ma oczywiście wady, z biegiem czasu stał się nurtem mocno odtwórczym i wtórnym, ale to chyba mało istotne. Bez chowania się za gardą własnego narzekactwa, mogę stwierdzić, że rozumiem, dlaczego taka estetyka trafia do dzisiejszej generacji słuchaczy, w końcu sam za nią przepadam. Stanowi świetny pomost pomiędzy czymś unikatowym, wręcz elitarnym a jednocześnie oferuje świetne melodie i pamiętne motywy. To świetna odmiana dla kogoś, kto nie chce brnąć w najgłębsze rejony awangardy, ale nie interesuje go też mainstreamowa, przefiltrowana przez główne media papka.

 

Post Scriptum

Odpręż się, przyrządź sobie orzeźwiający napój i włącz poniższą dwugodzinną playlistę. Tutaj znajdziesz shoegaze'owe klasyki oraz nowsze utwory będące albo książkowymi przykładami konwencji uprawianej w ramach tej niszy, albo wyrastającymi lekko poza nią. Niech żyje sztuka gitarowych sprzężeń!

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive