Obecność 3: Na rozkaz diabła. Miłość i egzorcyzmy

50%

James Wan blisko dekadę temu udowodnił, że da się wykorzystać gatunkowe schematy i nakręcić trzymający w napięciu horror bez przekształcania ich albo podszywania ironią. O tym, że jest to sztuka niebywale trudna przekonać się można natomiast po seansie trzeciej - nakręconej przez Michaela Chavesa - części "Obecności", do bólu sztampowej i wtórnej, choć zjadliwej.

Chaves z początku powiela klisze typowe dla filmów spod znaku "zabójczej architektury", później powiela klisze wypracowane przez Williama Friedkina w "Egzorcyście" (niektóre sceny wydają się niemal dosłownymi cytatami), klisze sądowych dramatów, a nawet powiela sam siebie i pomysły, z jakich korzystał dwa lata temu w "Topielisku. Klątwie La Llorony" - horrorze niskich lotów osadzonym w tym samym uniwersum, co "Obecność". Wystarczy kwadrans, by zorientować się, jak znacząca jest jakościowa różnica w porównaniu z poprzednimi dwiema częściami trylogii, ale chociażby dla wciąż świetnego duetu Vera Farmiga/Patrick Wilson warto te niespełna dwie godziny poświęcić.

 

Źródłem dreszczy i strachu w opowieściach obrazujących losy małżeństwa Warrenów niezmiennie pozostaje zakotwiczenie w rzeczywistości. Niezaprzeczalnie obydwoje istnieli i faktycznie parali się zjawiskami nadnaturalnymi, a przynajmniej tym, co w taki sposób interpretowali. Czy można jednak uznać, że są to horrory oparte na faktach, jak dumnie obwieszczają i na samym początku, i na końcu producenci? Tylko częściowo.

Do sądowej rozprawy Arne'a Cheyenne'a Johnsona, który bronił się przed zarzutami zabójstwa argumentem o opętaniu naprawdę doszło, a Warrenowie naprawdę byli w nią zaangażowani i naprawdę wcześniej brali udział w "egzorcyzmach" młodszego brata oskarżonego nastolatka. Jeżeli jednak zagłębić się jeszcze bardziej w fakty, bez wysiłku można znaleźć informacje o tym, że chłopiec w rzeczywistości borykał się z chorobą natury psychicznej, Warrenowie zostali oskarżeni o oszustwo, a książkę "The Devil in Connecticut", na podstawie której powstał horror Chavesa, wycofano z druku. W dobie odprawiania mszy za unicestwienie masztów 5G, rosnącej wiary w płaską Ziemię czy toksyczne substancje przemieniające żaby w homoseksualne osobniki warto zwalczyć pokusę korzystania z marketingowego zagrania pod postacią hasła "based on a true story", gdy "prawdziwa historia" ma zgoła odmienny przebieg. Egzorcyzmy to bujda. Przy tak powszechnym dostępie do urządzeń nagrywających, jakim dzisiaj dysponujemy już mielibyśmy pewne dowody, gdyby było inaczej. Egzorcyzmy mogą być jednak całkiem absorbującą, dzięki dawnym przekonaniom budzącą dodatkowy dreszczyk, rozrywką, o ile potrafi się stopniować napięcie.

 

Michael Chaves takiego talentu nie posiadł. Miewa lepsze momenty (chociażby starcie dwóch medium czy prowadzenie niemal detektywistycznego śledztwa) i miewa moment marne - stosuje montażowe sztuczki rodem z filmów grozy z początku stulecia, nie potrafi skonstruować spójnej dramaturgii i nie radzi sobie z jump scare'ami, którym brakuje fabularnego uzasadnienia, mają za zadanie wywołanie fizycznej reakcji w publiczności. Każdy z tych zarzutów dotyczy strony formalnej i właśnie w tym tkwi problem trzeciej "Obecności" - to całkiem niezła historia (Wan maczał w niej zresztą palce), w rękach sprawniejszego twórcy mogłaby przypominać ponury thriller w stylu Davida Finchera, ale za kamerą stanął człowiek, któremu po prostu brakuje umiejętności, by wzbić się ponad hollywoodzką średnią.

Farmiga i Wilson robią wszystko, co mogą, by uratować film i w pewnym sensie udaje im się, ale przede wszystkim dlatego, że znamy ich postacie od kilku lat, a w konsekwencji można odczuć mocniejszą więź już od pierwszych scen. Jest w tym coś urokliwego, kiedy z szaloną satanistką walczy nie typowy samotnik po przejściach, a małżeństwo, które choć stawia czoło śmiertelnym zagrożeniom, to jednak zawsze najpierw dba o własne bezpieczeństwo. Romantyczny, ale pozbawiony napięcia seksualnego kontekst to dość niecodzienne zjawisko w świecie horroru. Na plus można zaliczyć także brak ukrytego przesłania. Twórcy pokroju Jordana Peele potrafią opowiadać o kwestiach społecznych albo osobistych traumach za pomocą gatunkowych mechanizmów, ale w ostatnich latach zbyt wielu o zbyt małych umiejętnościach próbowało uszlachetniać w ten sposób swoje filmy, co kończyło się formowaniem pokracznych przemyśleń. Zło czyniące zło tylko dlatego, bo ma taką naturę przy całej swojej prostocie jest bardziej przekonujące.

 

"Na rozkaz diabła" byłoby odrobinę lepszym horrorem, gdyby nie zaniżało średniej jedynego mainstreamowego uniwersum grozy, które wprawdzie tylko w trzech, może czterech z ośmiu odsłon utrzymywało solidny poziom (obydwie "Obecności", "Annabelle: Narodziny zła" i ewentualnie "Zakonnica"), ale tyle wystarczyło, by rozbudzić nadzieję na kolejne udane produkcje tworzone według znanego klucza przefiltrowanego przez świeżą wizją. Chaves zdecydowanie nie jest osobą, którą byłoby na coś takiego stać, rezultat jego pracy to doskonale przeciętny film bez chociażby cienia ambicji na coś więcej. Może przy następnym w kolejce "The Crooked Man" wreszcie uda się naprowadzić ten świat na właściwy tor.


Obecność 3: Na rozkaz diabła

Tytuł oryginalny: The Conjuring: The Devil Made Me Do It

USA/Wielka Brytania, 2021

New Line Cinema

Reżyseria: Michael Chaves

Obsada: Vera Farmiga, Patrick Wilson, Ruairi O'Connor



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive