Czechoslovakia: Nie chcę stracić dziecinnego, naiwnego pierwiastka w sobie

Często mówi się, że jednym z najważniejszych sprawdzianów dla zespołu jest test trzeciej płyty. Jeśli tak, to Czechoslovakia zdała go na piątkę, bo ich tegoroczny "A'more" (premiera 25 czerwca) sięga szczytów, jeśli chodzi o połączenie indie, rocka garażowego i noise'owych odlotów. O nowej płycie oraz związanych z nią tematach lata, covidu oraz beztroski rozmawiam z Adamem Piskorzem - odpowiedzialnym za gitary i wokale.

Łukasz Brzozowski: Wybacz, że zaczynam najbardziej pretensjonalnie jak się da, ale muszę zapytać - jakie znaczenie ma dla ciebie hasło carpe diem?

Adam Piskorz: Dobry początek! W kontekście zespołu to wręcz doskonale oddaje naszą sytuację. Mamy dwóch ojców z małymi szkrabami, więc rzeczywiście staramy się maksymalnie wykorzystać czas, jaki mamy na granie. Wygląda to tak, że próby gramy po godzinie dwudziestej drugiej i wracamy do domu w okolicy drugiej. Potem wstajemy o szóstej, bo dzieci nie lubią długo spać. Nasze akcje mogą się przez to wydawać mocno na spontanie i rzeczywiście takie są, ale my naprawdę nie mamy zbyt wiele czasu na myślenie. W moim osobistym kontekście znaczy to też tyle, że zamiast oglądać serial, wolę posiedzieć nad teledyskiem, zrobić okładkę czy wysłać kilkanaście notek prasowych, bo szkoda mi czasu.

Poruszam tę kwestię dlatego, bo słucham waszej płyty i czuję, że między wierszami chcecie przekazać same dobre informacje, że będzie dobrze, że mamy lato, musimy odpocząć, a wszystkie złe rzeczy zostawiamy w tyle.

Bardzo mnie cieszy, że takie odnosisz wrażenie. Wychodzi na to, że ta płyta jest bardziej pozytywna niż nam się wydaje, ale chyba u nas jest bardziej tak, jak w czeskim filmie, że po równo piszemy o złych rzeczach i dobrych. Naturalnie przychodzi mi łączenie tego. Zauważ, że w numerze "Jazda" - mimo że opowiada o randce nad morzem - jest też fraza: Wsiadaj, jedziemy, pochłonie nas noc, ale takie wrażenie może wynikać też z tego, że sama muzyka wyszła nam tym razem trochę weselsza. Przestaliśmy bać się wpadających w ucho melodii. W poprzednich zespołach dużo bardziej sililiśmy się na wyjątkowość. W Czechoslovakii te najprostsze rozwiązania, nad którymi nie trzeba specjalnie myśleć - że tak powiem - najbardziej żrą.

 

Czyli ta płyta ma być peanem na cześć beztroski?

W sumie tego nie wiem. Teksty tym razem powstawały trochę poza moją świadomością. Mam na myśli to, że sam do końca nie wiem, jaka jest myśl przewodnia. Może to z powodu małej ilości snu, ale skupiałem się bardziej na ciekawych frazach niż na tym, co chcę przekazać. Taki numer "Wszystko" to jest sama intuicja. Sam to różnie interpretuję, a co dopiero odbiorca. Zostawiam tę kwestię otwartą. Totalna beztroska w moim przypadku nie jest możliwa. Jestem dorosły, muszę być odpowiedzialny i tak dalej. To muzyka jest tym beztroskim elementem w życiu, no i może rzeczywiście stanowi tęsknotę za beztroską. Muszę jeszcze raz przyznać, że taki odbiór jest dla mnie zaskakujący. Tak samo właśnie odbierają to chłopaki z Koty Records.

Doskwiera ci brak tej beztroski czy muzyka go rekompensuje?

Coś w tym jest, ale to nie do końca tak. Muzyka jest świetną odskocznią i daje dużo swobody, ale beztroskości uczą mnie też moje dzieciaki. Mimo że mam pełno spraw typowo życiowych do ogarnięcia, to jednym z obowiązków jest też zabawa z nimi i rzeczywiście jest to coś, co bardzo lubię, czasami udaje mi się w tym odpłynąć, jakbym nadał był mały. O tym jest numer "Never", z którego zrobiliśmy trochę taki slogan: Never grow up. Bardzo zależy mi na tym, żeby nie stracić dziecinnego, naiwnego pierwiastka w sobie. Mam trochę przez to przerąbane w rodzinie, bo jak jest jakieś spotkanie w większym gronie, to wszyscy siedzą przy kawkach i dyskutują na poważne tematy, a do mnie przychodzą dzieciaki z tekstem wujek chodź się bawić.

 

Ale jednak kiedy masz dzieci, poważne życie i obowiązki, trudno ten pierwiastek utrzymać.

Tak, ciągle balansujesz na granicy. Niewiele brakuje, żeby stać się starym pierdzielem, który już nie potrafi się bawić. Nie ma czasu ani ochoty. To jest ciągła walka ze sobą, żeby wykrzesać jeszcze trochę energii. Potem to procentuje, ale pokusa jest duża, żeby odpuścić i oddać się dorosłości. To się wzajemnie nakręca - jeśli dajesz innym energię, to później masz jej jeszcze więcej do kolejnych działań. Jak odpuszczasz, ona przestaje do ciebie wracać. Na szczęście granie w zespole to tak niepoważna rzecz, że póki co nie grozi to nam.

 

Niepoważna? Czyli traktujecie zespół tylko jako zabawę?

Nie, zespół to bardzo poważna sprawa, dla mnie jedna z najważniejszych, ale mam na myśli coś, co stoi w opozycji do dorosłości - beztroskę. Zespół jest zdecydowanie po drugiej stronie. Robimy to jak najbardziej profesjonalnie potrafimy, ale chcemy też bawić się tym.

Mam wrażenie, że "A'more" jest czymś w stylu antidotum na szalejącego koronawirusa.

To chyba też wyszło spontanicznie. Możliwe, że wysyp złych wiadomości dotyczących wirusa czy też tragedie z nim związane, które nas także dotknęły sprawiły, że stanęliśmy w opozycji, ale zupełnie tego nie planowaliśmy. Faktem jest, że dzięki pandemii mieliśmy czas na to, żeby zrobić tę płytę porządnie, a nie w dwa weekendy, jak do tej pory robiliśmy. Płytę zaczęliśmy nagrywać w czerwcu 2020, a miksy kończyliśmy pod koniec roku.

 

Sporo czasu, wkradł się perfekcjonizm?

To kilka miesięcy, ale spotykaliśmy się w sumie dalej w weekendy, po nocach, więc roboczogodzin aż tyle nie natłukliśmy... Choć rzeczywiście gdy Andrzej Kędzierski - zajmujący się miksem - otrzymał wszystkie nagrane ścieżki, to załamał ręce - zupełnie nie spodziewał się, że tyle tego wyprodukujemy. Jeśli chodzi o perfekcjonizm, to tym razem chcieliśmy się mocno przyłożyć do wokali, na które nigdy nie było czasu i jesteśmy zadowoleni z rezultatu. Do tego pierwszy raz nagrywałem na przykład gitarę akustyczną, a Kuba zadebiutował na kastanietach, marakasach czy kasztanach. W normalnych czasach pewnie byśmy nawet nie wpadli na taki pomysł.

 

Czyli covid przyniósł jednak jakieś pozytywy?

Postrzegam covid jako ostrzeżenie i szansę dla ludzkości na zmianę. Wiemy, że świat nie idzie w dobrym kierunku, więc jeśli covid choć trochę zmieni nastawienie ludzi, to może będą z tego jakieś pozytywy. W moim mikroświecie wpłynął na mnie tak, że zmieniam pracę i że miałem czas na zajęcie się muzyką z jeszcze większym zaangażowaniem.

 

Co wirusolog sądzi o współczesnej muzyce? (wywiad)

 

Ale przecież wielu ludzi w ogóle nie wierzy w covid, a ta zwane "foliarstwo" zatacza kolejne kręgi.

Dwie bliskie mi osoby zmarły na covid. Ze światka muzycznego odszedł Guzik, którego strasznie mi brakuje, więc na foliarstwo jestem odporny. Niestety łykają to osoby, których jeszcze niedawno nie podejrzewałbym o brak myślenia. Jesteśmy bombardowani informacjami i nie potrafimy większości z nich sprawdzić, do tego social media sprawiły, że żyjemy w swoich bańkach i pewnie stąd się to bierze. Część ludzi potrzebuje prostych wyjaśnień tego, co dzieje się wokół. Foliarskie teorie ładnie wszystko wyjaśniają, więc pewnie dają jakieś poczucie bezpieczeństwa, ale moim zdaniem świat to chaos.

 

Wobec takich nieprzyjemnych zdarzeń musi cię to foliarstwo tym bardziej frustrować.

Nie, już nie. Staram się nie udzielać w tych sprawach. Nie komentować i nie przekonywać. To nie działa. Sam nie wiem do końca, co jest prawdą, więc nie jestem internetowym rycerzem.

Odnoszę wrażenie, że sam Gdańsk i jego wewnętrzny spokój oraz morze mocno wpływają na to, jak brzmi wasza muzyka - ma w sobie coś z niezakłóconego, wodnego dryfu. Chociaż może się mylę? Brzmielibyście tak samo, mieszkając na przykład we Wrocławiu?

Płytę nazwaliśmy "A'more" po odkryciu, że większość tekstów zawiera w sobie jakiś morski pierwiastek. Więc jest i o uczuciach, i o morzu. We Wrocławiu spędziłem tylko dwa dni na Festiwalu Assymetry. Wiem tyle, że mają tam cieplej niż u nas i nie ma takich przeciągów. Na pewno mieszkanie tutaj wpływa na nas w ten sposób, że choć byśmy się starali brzmieć jak jakiś znany zespół, to i tak wyjdzie nam nasze. Mam takie przemyślenie, że warszawskie zespoły są bardzo dobre w naśladowaniu zachodnich zespołów. U nas nawet popowe Golden Life było inne. Natomiast myślę, że mógłbym zamieszkać w Poznaniu. Mają tam fajne zespoły, które grają swoją muzykę. Dodatkowo - nie oszukujmy się - nie byłem nad morzem chyba od zimy. Wystarcza mi to, że jest, że w te kilka ciepłych dni będę się smażył na plaży i kąpał, i że zawsze mogę tam pojechać jak mnie najdzie. Wewnętrzny spokój? Nie wiem. Może to bas Mateusza. Ja mam wrażenie, że nasza muzyka jest jednak dość dzika.

 

A ja mam wrażenie, że nawet jeśli na "A'more" pojawiają się bardziej jazgotliwe czy hałaśliwe patenty, to z miejsca otulacie je sennymi gitarami i ładniejszymi dźwiękami. To wewnętrzna potrzeba kontrastów czy chęć przymilenia się szerszej grupie słuchaczy?

Zamiłowanie do kontrastów zostało mi po przesłuchanej dużej ilości płyt emo/screamo. Zawsze robiło to na mnie duże wrażenie, ale ostatnio w ogóle rozsmakowujemy się w takim połączeniu, żeby zagrać słodką melodię w możliwie jak najbrudniejszy sposób. To naturalna, szczera potrzeba. Zespołem, który mocno wpłynął na to, że lubię takie patenty jest Kristen. A co do przypodobywania się publiczności, to mam wrażenie, że takie działania działają odwrotnie od zamierzonych, przynajmniej jeśli chodzi o niezalowy światek. My tu wciąż wierzymy w szczerość i prawdziwość!

 

W materiałach prasowych nazywacie siebie obibokami i utrzymujecie, że gracie muzykę dla melancholijnych marzycieli - na ile jest to wasz szczery obraz, a na ile poza wytworzona na potrzeby gry w takim zespole jak Czechoslovakia?

Sami jesteśmy melancholijnymi marzycielami, więc to sto procent szczerości. Jeśli chodzi o określenie "slacker", to bardziej mamy na myśli odwołanie do muzycznej historii, która nas bardzo jara, czyli Pavement, Dinosaur Jr., Weed i tym podobne. Ich brzmienie było wyluzowane, bezpretensjonalne. Pomysł na siebie oryginalny. Chodziło o to, żeby się za bardzo nie zmęczyć, ale żeby to żarło, więc w tym sensie jesteśmy slackerami od początku tego zespołu, kiedy jeszcze w duecie z Pawłem Strzelczykiem robiliśmy proste numery do bitu z samplera przypominającego bardziej metronom niż perkusję. Po prostu minimalizm jest nam bardzo bliski.

 

Na koniec coś rozluźniającego - na wycieczkę polecacie Czechy czy raczej Słowację?

To jest najtrudniejsze pytanie tego wieczoru, więc może odpowiem w punktach. Czechy - lepsze piwo, kuchnia bardziej austro-węgierska, ale mniej zróżnicowany krajobraz, tak samo rozczulające koleje, które wyglądają jak z makiety, większa czystość i czuć bliskość Niemiec, dla Polaka język nieco trudniejszy do zrozumienia niż słowacki. Słowacja - lepszy rozpiździel, nieuporządkowanie, kuchnia bardziej górska, większość kraju to góry, zajebiste koleje, czuć bliskość Ukrainy i Rumunii i piękny aspekt cygański, który moim zdaniem rozwija tę kulturę, mimo że ona się strasznie przed nim broni. Ze Słowakiem dogadasz się bez żadnego problemu. Mam kilku przyjaciół Słowaków, a wśród Czechów tylko kolegów!

fot. Tomasz Bedynek


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive