Gimnastyka Artystyczna: W rzucaniu gównem osiągnąłem kolejny stopień wtajemniczenia

Znowu szokuje, ale jakby mniej. Afrojax - Juliusz Słowacki polskiego hip-hopu - powrócił, by pokazywać, że nic nie jest czarno-białe, a statystyczne polskie zachowania wcale nie muszą być powodem do dumy. Z okazji premiery debiutanckiej płyty jego nowego projektu - Gimnastyki Artystycznej tworzonej wespół z Ignacym Matuszewskim - rozmawiamy trochę o muzyce, ale też o tematach z nią niekoniecznie związanych.

Łukasz Brzozowski: Miałeś w życiu momenty, kiedy poczułeś, że spokorniałeś?

Afrojax: Nawet jeśli tak, to kolejną myślą było: Trzeba coś tu rozpierdolić, za grzecznie się robi. Stąd pewna sinusoida zawartości turpizmu na kolejnych płytach.

 

Pytam, bo kiedy zestawiam "Gimnastykę Artystyczną" chociażby z "Anarcho Porno Gran Turismo", czuje więcej subtelności. Przekaz jest mniej więcej zbliżony, ale forma łatwiejsza do przełknięcia.

Oczywiście i to było w pełni zamierzone. Po czymś takim jak "Anarcho Porno Gran Turismo", mogę długo dochodzić do siebie, ta płyta była chyba moją najbardziej kosztowną wypowiedzią - w takim sensie, że miała ładunek okropnie negatywny. Wyplułem tam tyle śliny, że zanim znów zbiorę jej odpowiednią ilość, by pluć sobie, miastu i światu w ryj, może minąć trochę czasu. To jak refrakcja po stosunku, sięgając do mojej ulubionej puli skojarzeń.

Czyli to nie do końca jest tak, że sztuka stanowi formę terapii? Wyrzuciłeś z siebie dużo szlamu, ale zakładam, że im więcej go wypłynęło, tym większą wyrwę w twojej psychice zostawił.

Oczywiście, że jest formą terapii - gdybym się nie uwolnił od tych przemyśleń, które wtedy z siebie wyrzuciłem, to pewnie by mnie udusiły. Jakoś je sobie przepracowałem, uporządkowałem, a przede wszystkim uzewnętrzniłem w formie społecznie akceptowanej. Może także właśnie dlatego teraz nie mam ochoty na ekstremę? Może jestem zdrowszy? Mikra nadzieja, ale i takiej warto się uczepić. Poza tym raz rzuciwszy tak obszerną stertą gówna, jaką było "Anarcho Porno Gran Turismo", udowodniłem sobie, że w rzucaniu gównem osiągnąłem kolejny stopień wtajemniczenia i teraz stopniowo przechodzę do udowadniania sobie, że i w subtelniejszej poezji stać mnie na następny stopień. "Gimnastyka Artystyczna" oczywiście jeszcze nim nie jest, zawiera sporo brudu już w pierwszym kawałku. To taka płyta tranzycyjna... Być może taka jest, bo jak mi się znów życie pojebie, to nagram zamiast następnej płyty ładnej, kolejną ohydną. Ale w tej chwili nie mam zielonego pojęcia, co jeszcze mógłbym zrobić, żeby to było ciekawsze albo chociaż inne niż wcześniejsze rzygi.

 

Dlaczego nadzieja związana z lepszą kondycją psychiczną jest mikra?

Bo lekarze przypuszczają, że mam ciężką lekooporną depresję, tak w telegraficznym skrócie. Ale nie chcę się nad medyczną stroną swoich peregrynacji po syfie zanadto rozwodzić, bo nie zaakceptowałem jeszcze tego stanu. Byłem wychowywany w etosie zdrowia psychicznego i nadal czuję, że chorować na to nie wolno. Przy czym innym wolno. Mi nie.

 

Z czego to wynika? Przecież sam w swoich kawałkach przekazujesz, że bycie słabym - zwłaszcza wśród płci męskiej - powinno być akceptowalne i normalne. Przecież możemy czuć się niezdecydowani, możemy potrzebować pomocy.

To jest pogląd mojego świadomego intelektu. Kurwa, co za zdanie parszywe... Chodzi mi o to, że na poziomie rozkminionym tak właśnie uważam, a na podświadomym nadal przechowuję zinternalizowane dawno temu trucizny, że facet nie płacze, że depresja to wymówka dla lenistwa i temu podobne horrory. Stary, dla mnie wielkim przełomem było przyznanie się publicznie do tego, że nie umiem się napierdalać, znaczy bić...

Ja się nigdy nie napierdalałem i bardzo mnie to cieszy. Nie chce uprawiać psychologii, ale to, o czym mówisz może być kwestią różnicy pokoleń? Dzisiaj nie musimy umieć się bić i możemy wyrzygać ludziom własne słabości, ale kiedyś nie było to takie powszechne. Siedzi w tobie coś na wzór oldschoolowego mentalu Polski z czasów PRL-u?

Dokładnie tak. Żałuję, że nie urodziłem się później, z perspektywy pedagogicznej to były paskudne czasy, historyczną zostawmy historykom. I nie minęły tak do końca, niestety. Ojcowski pas nadal wisi nad tą ziemią.

 

Kiedyś w jakiejś recenzji trafiłem na zdanie, że Afrojax wyrzuca z siebie w tekstach tak dużo, że aż za dużo.

Ale co to jest za dużo? Jeśli można dawkować ekspresję, to ja tego nie umiem. Próbuję natomaist dawkować refleksje, staram się ograniczać do jednej przewodniej na numer i resztę jej podporządkowywać. Czasem być może nie wychodzi i wtedy jest za dużo.

 

Czujesz, że ten emocjonalny ekshibicjonizm jest czymś misyjnym? Że pomagasz sobie, ale przy okazji może i innym osobom zmagającym się z podobnymi problemami?

Jeśli komuś przyniosłem ulgę, to wspaniale, ale jeśli mam być szczery, to nie zastanawiam się nad taką ewentualnością. Po części dlatego, że jestem egocentrykiem, a po części dlatego, że to by było przypisywanie sobie nadmiernej wartości. Fajny oksymoron, nie? No właśnie nie. Egocentryzm rozumiem tak, że piszę o tym, co znam, bo jeśli czegoś nie znam wystarczająco, to nie mam wystarczająco prawa się o tym wypowiadać. Dlatego z biegiem czasu mniej piszę czysto obserwacyjnie, staram się kierować kamerę na siebie, a właściwie na te swoje przywary, przez które mogę się przyjrzeć większej całości. To właśnie staram się robić przez całe życie - opisywać to, co cudze, z filtrem przez własne śmiesznostki, słabości, przygody, dziwactwa, nałogi, romanse, hamulce... Konfrontować to, co wiem z tym, czego się tylko domyślam i aż drżę z podekscytowania, że mogę się domyślać celnie [śmiech].

Zrozumieć drugiego człowieka, nawet w wymiarze masowym, można tylko poprzez empatię, a ta zawsze dzieje się wewnątrz, zawsze jest skutkiem walki wewnętrznej.

Nie było nigdy momentu, kiedy znudziło cię filmowanie siebie i wolałeś skierować kamerę gdzieś indziej?

Były takie momenty i kierowałem kamerę gdzie indziej. A potem oglądałem to, co nakręciłem i wypierdalałem dziewięćdziesiąt dziewięć procent, bo nie chwytałem sedna sprawy, tylko sam śmieć. Zrozumieć drugiego człowieka, nawet w wymiarze masowym, można tylko poprzez empatię, a ta zawsze dzieje się wewnątrz, zawsze jest skutkiem walki wewnętrznej. Wątpię, czy ktoś zrozumie, co ja tu pierdolę.

 

Pozwól, że spróbuję nakierować - brakowało ci empatii?

Tego to mi akurat nigdy nie brakowało, wręcz mam potężny jej nadmiar, chętnie oddam. Ale brakowało mi czego innego - głębi. Jak malarce w opowiadaniu Süskinda. Ograniczając się do patrzenia, do niczego nie docieram. Reporterem byłbym beznadziejnym. Natomiast dużo, bardzo dużo rzeczywistości wchłaniam i mielę. I to z tego mielenia wychodzą moje teksty. Nie są taśmą filmową, są emocją widza. To jest duża różnica.
 

Dodatkowej partii empatii nie przyjmę, sam mam zbyt dużo. To męczy jak cholera, nie?

Bardzo, ale tylko żartowałem że oddam. Bez niej niczego bym nie napisał. Wolę być chory i produktywny niż zdrowy i jałowy.

Myślałeś, jakby to było, gdybyś był w pełni zdrowy, ale obdarty z emocji? Mam paru kumpli, którzy tak funkcjonują i trochę im zazdroszczę.

Kurde, wydaje mi się, że nie ma takich ludzi. Przeciwnie, im dłużej żyję, tym mocniej jestem przekonany, że brak emocji jest tylko fasadą. No chyba, że ktoś ma jakąś psychiczną dysfunkcję. Ludzie są mniej płytcy i banalni, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. Jeśli nic ciekawego nie widać - kop dalej, na pewno się dokopiesz. Chociaż to nie jest odpowiedź na twoje pytanie... Fajnie byłoby stać się bardziej wypośrodkowanym, to na pewno, i mniej przeżuwać, a więcej trawić. Ale kurde, nie myślałem, jak by to było zmienić się tak drastycznie, jak to opisałeś. Albo zbyt się bałem takich myśli - bo może nie lubię być sobą, ale chcę być sobą. Trudno to wytłumaczyć.

 

Co to znaczy, że nie lubisz siebie? To szerokie pojęcie.

To znaczy, że cały zasób surowych sądów rezerwuję dla siebie. Może dlatego, żeby nie poczęstować nimi kogokolwiek innego. A może taką mam chemię w mózgu.

 

Nie miałeś pokusy, żeby napisać piosenki związanej ze swoim pobytem w szpitalu psychiatrycznym, który dosyć skrupulatnie opisałeś na fanpejdżu?

Nie. Pewnie mikrowzmianek o tym nie da się uniknąć, natomiast moje własne przygody tam były w sumie żadne. Po pierwsze, za krótko tam siedziałem, a po drugie, to nie jest miejsce tak ciekawe, jak sobie mogą to wyobrażać ci, którzy nigdy w nim nie byli. Przede wszystkim słuchając historii współpacjentów, upewniłem się tam po raz enty, że cierpienie nie uszlachetnia. W sumie stąd ostateczny asumpt do napisania kawałka "My mięczaki", do którego bezskutecznie przymierzałem się przy wcześniejszych płytach. Szpital, więzienie, dom wariatów, hospicjum, poprawczak - to nie są fabryki ludzi doświadczonych, to są fabryki ludzi skrzywdzonych.

 

Na sam koniec powiedz mi proszę, czy Wojciech Modest Amaro przestał mieszać zupę fujarą?

Przestał, bo mieszanie jest sztuczką szatana, katolicka zupa musi pozostać jaka jest. Niech mowa twojej zupy będzie Nie Nie Tak Tak, bo wszystko, co ponad to od złego pochodzi. Tak jak pan Jezus powiedział.

 

fot. Jagna Firek


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive