Red Fang: Wychodzi na to, że sztuka jest mniej warta od pizzy

Pandemia rzuciła Johnowi Shermanowi, perkusiście Red Fang, dodatkowe wyzwania - z powodu braku koncertów musiał znaleźć nowy zawód i został stolarzem. 4 czerwca w końcu ukaże się jednak nowy album jego zespołu, co było okazją do rozmowy nie tylko na temat "Arrows", ale również na temat kupowania winyli, nagrywania w basenie, teledysków Kiss czy noszenia makijażu na scenie.

Jarosław Kowal: Po roku w pandemii niemal wszystkie obecnie ukazujące się albumy w jakimś stopniu zostały przez nią naznaczone, ale nie "Arrows" - nagraliście ten album znacznie wcześniej.

John Sherman: Tak, skończyliśmy album jeszcze przed pandemią i pierwotnie miał się ukazać w maju ubiegłego roku. Mieliśmy potwierdzone trasy po Stanach i po Europie, byliśmy gotowi do działania, ale wirus wszystko anulował. Na szczęście nie zdążyliśmy nawet ogłosić tych tras, więc nikt nie wiedział, że są odwołane, nikt nie wiedział nawet o tym, że mamy gotową nową muzykę. To był bardzo dziwny rok... Delikatnie mówiąc [śmiech].

Przy poprzednim albumie spędziliście dużo czasu w studiu i w mieszkaniu Rossa Robinsona, a później ruszyliście w bardzo długą trasę - zmęczenie tym trybem życia było powodem, dla którego wydanie nowego albumu zajęło pięć lat?
U nas zawsze trwa to dość długo. Sporo koncertujemy, a nie potrafimy pisać, kiedy jesteśmy w trasie i doszło do tego jeszcze wiele innych czynników, osobistych spraw, rodzinnych problemów i tak dalej. Kiedy wreszcie udało się znaleźć czas na zespół, wycisnęliśmy z niego maksimum, żeby napisać i nagrać nowy album... Zresztą skończyliśmy go w 2019 roku, więc tak naprawdę to tylko trzy lata przerwy [śmiech]. Taki już mamy tryb pracy, że potrzebujemy czasu... Aż w końcu dostajemy deadline i nagle zaczynamy bardzo intensywnie działać [śmiech]. Dużo piszemy, ale dużo też zmieniamy i miewamy problemy z zatrzymaniem tego procesu, z wybraniem ostatecznego kształtu któregoś z utworów. Na szczęście w końcu wytwórnia wyznaczyła nam termin i dzięki temu skończyliśmy nagrywanie [śmiech].

 

Jednym z moich ulubionych utworów na nowym albumie jest "Take It Back"... Chociaż jest to raczej intro. Ma bardzo tajemniczy charakter i natychmiast wzbudziło nostalgiczne wspomnienia czasów, kiedy wiele metalowych albumów zaczynało się w podobny sposób. Dzisiaj, w epoce streamingu jest to dość niepraktyczne i rzadko stosowane, dlaczego postanowiliście sięgnąć po taki zabieg?
Nie nagrywaliśmy tego kawałka z myślą o początku albumu, dopiero później zastanawialiśmy się, gdzie go umieścić. Tak naprawdę to tylko połowa utworu, reszty nie potrafiliśmy wymyślić. Ktoś w końcu wpadło na to, żeby zrobić z tego intro i chociaż najpierw wydawało mi się to trochę dziwne, szybko zrozumiałem, że takie rozwiązanie faktycznie będzie najlepsze. To upiorna, nastrojowa, dziwna rzecz, a kiedy coś takiego słyszysz na samym początku albumu, nie wiesz, co się właściwie dzieje [śmiech]. Cieszę się, że wspomniałeś "Take It Back", bo wciąż myślimy nad jego zakończeniem i wypuszczeniem w jakiejś formie.

Sam wciąż słuchasz muzyki z płyt? Muszę przyznać, że chociaż wciąż kupuję płyty, a ostatnio nawet częściej kasety, to wiele z nich leży dalej w folii, bo słuchanie przez streaming jest po prostu wygodniejsze.
Faktycznie tak jest. Nadal kupuję winyle, zwłaszcza zaprzyjaźnionych zespołów albo podczas koncertów. Lubię to uczucie, kiedy mogę "potrzymać" muzykę w dłoniach, w pełni docenić oprawę graficzną, poczytać dodatkowe informacje. Uwielbiam, kiedy winyle mają nietypowe kolory - to po prostu wspaniałe, nostalgiczne przeżycie. Z drugiej strony, słuchanie przez aplikację na telefonie, która ma dostęp do milionów utworów, jest tak przystępne, że chociaż całkiem niedawno kupiłem nowy gramofon, używam go znacznie rzadziej niż zakładałem, że będę to robił. Wygoda jednak zwycięża, co jest przykre, bo zwłaszcza wśród młodych ludzi coraz więcej będzie przypadków osób, które nigdy nie kupią żadnej płyty, o ile nie wciągną się w kolekcjonowanie. Po co to robić, skoro wystarczy telefon? Chciałbym się zmobilizować i wrócić do słuchania płyt. Zwłaszcza w obliczu końca pandemii, kiedy będzie można zapraszać przyjaciół do domu - to świetne przeżycie, kiedy można wspólnie przeglądać płyty i wybrać coś, czego razem posłuchamy.

 

Jako twórca nie masz z tym problemu, kiedy ktoś słucha twojej muzyki na przykład poprzez YouTube, z telefonu i siłą rzeczy nie wychwyci wszystkich smaczków, nad którymi ciężko pracowałeś?
Nie mam z tym problemu i tak naprawdę wciąganie się w te wszystkie techniczne szczegóły bywa zgubne. Nawet jeżeli kupisz płytę winylową, ale masz gówniany odtwarzacz i tanie głośniki, nie usłyszysz tych subtelnych smaczków. To nie ma jednak znaczenia. Liczy się tylko to, żeby czerpać radość ze słuchania muzyki. Nawet kiedy nasza muzyka jest bootlegowana albo nielegalnie pobierana z internetu, nie czuję z tego powodu złości. Najważniejsze, że ktoś naprawdę chce nas słuchać. Chyba, że jesteś jakimś bogatym typem z górą pieniędzy i szkoda ci ich na wsparcie zespołu, który lubisz, wtedy pierdol się [śmiech]. Dopóki jednak ludzie naprawdę czerpią przyjemność ze słuchania nas, o nic więcej nie mogę prosić i niczego więcej nie mogę oczekiwać.

Brzmienie perkusji to jeden z najbardziej wyróżniających się elementów "Arrows", długo się w nią wsłuchiwałem, zastanawiając się, co to za sztuczki, aż w końcu znalazłem informacje o tym, że wiele partii nagrałeś w basenie do jazdy na deskorolce. Jak to się dzieje, że ktoś dochodzi do wniosku: Powinienem wstawić perkusję do basenu?
[śmiech] Miejsce, w którym nagrywaliśmy nie jest tylko studiem muzycznym, to cały kompleks budynków przeznaczonych dla artystów, w tym także basen stworzony specjalnie z myślą o jeździe na desce. O ile się nie mylę, zaprojektował go legendarny Lance Mountain. W dodatku basen jest usytuowany tuż na wprost drzwi od studia, więc oczywiście lokalna ekipa musiała w nim przetestować różne instrumenty, ale Chris Funk - nasz producent - twierdził, że nigdy nic ciekawego z tego nie wyszło. Postanowiliśmy jednak spróbować. Coś w moim zestawie - Ludwig Legacy Maple - i w mojej dość siłowej grze sprawiło, że brzmienie okazała się niesamowite i monumentalne. Basen nie jest umieszczony w plenerze, znajduje się w wielkiej hali, gdzie uzyskaliśmy mnóstwo naturalnego pogłosu - to nadawało perkusji potężne brzmienie. Bardzo chciałbym zdobyć surowe ścieżki z samą perkusją, to było coś wyjątkowego.

 

Podejrzewam, że nie da się tego brzmienia odtworzyć w warunkach koncertowych, ale czy w ogóle jest dla ciebie ważne to, żeby brzmieć na scenie podobnie do brzmienia, jakie osiągasz na albumach?
To tak odmienne doświadczenie, że nie byłoby niczego ciekawego w próbie odtworzenia brzmienia z albumu. Jesteśmy zespołem koncertowym, uważam, że najlepiej wypadamy właśnie na scenie i zawsze gramy bardziej surowe wersje naszych utworów. Nie korzystamy z wcześniej nagranych, dodatkowych ścieżek, nie korzystamy nawet z dużej liczby przesterów. Koncert jest bardziej dziki i często coś zmieniamy w poszczególnych kawałkach. Nie jest to może całkowite przearanżowanie, ale staramy się, żeby odgrywanie ich sprawiało nam jak największą radość. Tak moim zdaniem powinno być - słuchanie muzyki z albumu i słuchanie muzyki na koncercie powinny być odmiennym doświadczeniami.

 

Na scenie czujesz się lepiej?
Zdecydowanie lepiej. Rzadko słucham naszych albumów już po nagraniu ich, ale gramy później te kawałki tysiące razy, więc w mojej głowie właśnie w tych wersjach nadal żyją. Kiedy w końcu zdarzy się, że posłucham jakiegoś utworu po miesiącach czy latach, sam jestem zaskoczony zmianami, jakie gdzieś po drodze wprowadziliśmy. Dla mnie wersje koncertowe są z tego powodu najbardziej prawdziwe.

Odnosząc się do teledysk do "Arrows" i słów, jakie wypowiadasz w nim jeszcze zanim zaczyna się muzyka - naprawdę nie lubisz teledysków Kiss?
[śmiech] Nawet nie pamiętam żadnego z ich teledysków. Nigdy nie pracujemy ze scenariuszem, więc po prostu rzuciłem ten tekst spontanicznie. Najpierw był pomysł Roba McConnaughy'ego, z którym nagraliśmy już kilka klipów, później każdy coś improwizował, ale moja odzywka była najbardziej pozbawiona sensu, więc ją zostawiliśmy... Kiedy o tym teraz rozmawiamy, to mam ochotę sprawdzić, jak faktycznie wyglądają teledyski Kiss. Pamiętam tylko jeden... a może nawet nie był to teledysk, tylko fragment "The Decline of Western Civilization", gdzie Paul Stanley stał chyba z sześcioma dziewczynami w bikini. Nie potrzebnie brnę w tę odpowiedzieć, mogłem po prostu powiedzieć: Teledyski Kiss są do dupy [śmiech].

 

W waszych teledyskach zawsze było dużo humoru, co nie jest częste w metalu, a już na pewno rzadko nie jest żenujące. Jako słuchacz wolisz zespoły, które są sobą, chodzą w tych samych ciuchach na scenie i poza nią, nie boją się wygłupiać czy wolisz niemal teatralne doświadczenia, kiedy muzycy wcielają się w inne role?
Lubię obydwa i obydwa są potrzebne. Trochę śmieszne jest to, kiedy zespoły kreują jakąś postać na scenie i próbują nią być także poza sceną, ale poza tym nie widzę żadnego problemu. Myślę, że w naszych teledyskach humor bierze się natomiast stąd, że po prostu lubimy wygłupy. Nie jesteśmy poważnymi, mrocznymi kolesiami. Lubimy się śmiać, a granie muzyki to mnóstwo dobrej zabawy, podobnie koncertowanie. W naturalny sposób odzwierciedla się to w naszym sposobie bycia. Jeżeli poczytasz jednak teksty, a zwłaszcza teksty Bryana [Gilesa], odkryjesz, że są dość ponure. Nie ma w nich niczego zabawnego [śmiech]. Dobrze jest znaleźć jakąś przeciwwagę, bo nawet jeśli nie kręci kogoś agresywna muzyka poruszająca poważne tematy, może go zainteresować klip, w którym szatkujemy pomidory i arbuzy kataną [śmiech].

Jesteś w stanie wyobrazić sobie siebie w takim śmiertelnie poważnym, bardziej teatralnym zespole, gdzie konieczne jest stworzenie alter ego?
Nie wydaje mi się, żebym mógł poczuć się komfortowo w takim zespole. Kiedyś myślałem, że noszenie maski na scenie jest niedorzeczne, ale jak się tak dobrze zastanowić, to te najbardziej znane zespoły mogą na tym skorzystać - wystarczy zdjąć maskę i nikt cię nie rozpozna. Dla mnie byłoby to jednak zbyt nienaturalne, a zwłaszcza noszenie makijażu. Zdecydowanie wolę wygodę ponad styl.

 

Maski i makijaż czy cała ta nieco demoniczna otoczka mogą też byś złudne - pamiętam, że jeszcze zanim usłyszałem Kiss, przez wiele lat znałem ich wizerunek i wyobrażałem sobie, że to jeden z najcięższych zespołów na świecie. A później usłyszałem "I Was Made For Lovin' You".
[śmiech] Tak, to może być bardzo mylące. Miałem podobnie z zespołem Ghost - kiedy pierwszy raz ich usłyszałem, nie mogłem uwierzyć, że tak brzmią. Ale dla mnie zarówno zespoły w jeansach i t-shirtach, jak i te, które dają szalone, spektakularne koncerty są potrzebne. Lubię i czekoladę, i wanilię, lubię wszystkie smaki.

A czy było też żartem, kiedy wspominaliście o wydaniu albumu w formie przypominającej współczesne gry wideo, czyli najpierw podstawa, a później dodatkowo płatne DLC - najpierw instrumentalne ścieżki, później wokal i solówki jako zawartość bonusowa?
To był żart, często wymyślamy takie bzdury, ale mogę się założyć, że teraz ktoś to zrobi [śmiech].

Z drugiej strony ludzie tak bardzo przywykli do darmowej muzyki, że kiedy artysta pyta o wynagrodzenie, wychodzi na chciwego.
Tak i jest to absurdalne. Nie rozumiem, dlaczego tak wiele osób myśli, że czas włożony w komponowanie i nagrywanie muzyki jest bezwartościowy. Muzyki, którą lubią i chcą jej słuchać, ale nie chcą za nią płacić. Nie mogę tego pojąć. Nie dostaniesz pizzy, jeżeli nie zapłacisz za pizzę, a wychodzi na to, że sztuka jest mniej warta nawet od pizzy.

Na tym etapie działalności możecie już żyć tylko z muzyki czy wciąż masz inną pracę?
Do niedawna dało się z tego żyć dzięki koncertom, tylko one pozwalały na przyzwoite wynagrodzenia. Nie było to może dużo, ale wystarczająco, by przeżyć, kiedy mieliśmy przerwy od grania... Przypomina to trochę "Paragraf 22" - kiedy jeździliśmy w trasy, za rzadko bywałem na miejscu, żeby ktoś chciał mnie zatrudnić, a kiedy siedziałem na miejscu, wydawałem wszystko, co wcześniej zarobiłem. Sytuacja zmieniła się przez covid, zacząłem pracować na budowach. Nauczyłem się stolarki. To z kolei zabiera tak dużo czasu, że nie mam go wystarczająco na zespół, ale koniec pandemii jest już w bliskiej perspektywie, więc liczę na to, że niedługo znowu wyruszymy w świat.

 

Jest w tym w ogóle coś ekscytującego, kiedy wypuszcza się album nagrany rok temu i nie można nawet pojechać w trasę? To nie jest po prostu kolejny piątek?
[śmiech] Mimo wszystko, jest to ekscytujące, chociażby dlatego, że mogę rozmawiać z ludźmi z całego świata, jak na przykład z tobą teraz. Wygląda też na to, że koncerty jeszcze w tym roku będą możliwe, bardzo na to liczymy. Pewnie nie będzie to jeszcze trasa w Europie, ale może w 2022 roku uda się do was przylecieć.

fot. James Rexroad


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive