Matt Sweeney & Bonnie "Prince" Billy - "Superwolves"

80%

Nie przepadam za tym, gdy artysta staje się zakładnikiem stagnacji, a w jego twórczości zmienia się mniej niż w rozkładzie na przystanku autobusowym, ale są wyjątki - choćby Bonnie "Prince" Billy. Od początku swojej działalności, czyli gdzieś od trzech dekad, robi w zasadzie dokładnie to samo, śpiewa o tym samym, a cały czas wypada przekonująco. Emocje ciągle w nim buzują, a jego posępna poezja nie traci na sile i aktualności.

Przekaz Prince'a wciąż odznacza się identycznym poziomem szczerości jak na samym początku jego muzycznej drogi, jeszcze za czasów zapomnianego projektu Palace Music. Teraz ponownie nawiązał współpracę z Mattem Sweeneyem, w rezultacie czego po "Superwolf" z 2005 roku, przyszedł czas na "Superwolves". I wiecie co? U tej dwójki wszystko po staremu.

 

Matt Sweeney jest świetnym muzykiem, chociażby w post-hardcore'owym Skunk udowadniał, jak różnorodne dźwięki potrafi zagrać na gitarze, a jego wszechstronność obejmuje także umiejętność schodzenia w cień, ustępowania miejsca drugiej osobie. Na "Superwolves" ta zasada się sprawdza. Bonnie "Prince" Billy jest narratorem opowieści, a gitarzysta zwyczajnie mu sekunduje. Buduje tło do historii ciągnących się przez cały album, dzięki czemu nawet przez chwilę nie ma się wrażenia, że dochodzi do konfliktu ego czy nadmiernego szastania pomysłami.

 

Wspomniałem o braku zmian i odnoszę wrażenie, że ten krążek i tak brzmi jak standardowa solowa płyta Prince'a, a Sweeney stanowi coś na wzór dodatku. Może brzmi to brutalnie, ale nie ma pejoratywnego wydźwięku, wręcz przeciwnie - pozwala spojrzeć na obu artystów z innej perspektywy. Folkowe snuje i alt-country, z których znany jest pierwszy z nich i które zawsze poruszają bogactwem treści oraz oszczędnością formy, zyskują tutaj na poziomie aranżacyjnym. Dochodzi więcej smaczków, muzyka z miejsca staje się bogatsza, bo Sweeney dba o to, by nikt się nie znudził, nie rujnując przy tym kameralnego, momentami wręcz transowego klimatu. Na przykład w "Shorty's Ark" do onirycznej bazy utworu z pełnym spokojem wrzuca kilka gitarowych impresji godnych rockowego kanonu i mimo tego, jak kontrastują z tkanką numeru, nie czuję, że coś tu poszło w złym kierunku.

 

Zaskoczeń jest zresztą więcej, także ze strony Billy'ego. Nigdy nie był specjalnie dobrym wokalistą, ale jego rozedrgany głos - zawsze znajdujący się na granicy fałszu - zachwyca niedoskonałością. Tymczasem w "I Am a Youth Inclined to Ramble" ten sympatyczny pięćdziesięciolatek wchodzi na wyższe poziomy zaangażowania niż kiedykolwiek dotąd, atakuje górne rejestry zupełnie tak, jakby faktycznie umiał śpiewać, bez kompleksów czy forsowania nietrafionej idei. Robi to wrażenie, choć wszyscy najbardziej lubimy muzykę, którą znamy, dlatego moim faworytem na "Superwolves" jest "Resist the Urge" - klasyczny numer nurtu billy'owego z nienachalną, wręcz wesołą partią gitary i dojmującą melancholią, która stanowi coś na wzór światełka w tunelu, iskry nadziei. Tyle lat mija, a on dalej tak umie!

 

Nie wiem, Bonnie "Prince" Billy, jak ty to robisz. Naprawdę nie wiem, jakim cudem jeszcze nie stałeś się niewolnikiem własnej, dosyć ograniczającej formuły, ale pragnę ci pogratulować kreatywności we własnej konsekwencji. Stworzenie dobrej płyty z okolic slowcore'u, americany i folku jest tylko z pozoru prostym zadaniem, a ty robisz to z zamkniętymi oczami, jestem pełen podziwu.


Drag City/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive