Pandemic Outbreak: Death metal jest dość odporny na zmiany

Zaczynali od skocznego thrash metalu, z czasem przeszli w surowy death metal z punkowym podbiciem, a po drodze zdążyli zaliczyć przerwę w działalności. Na szczęście Pandemic Outbreak decyduje się na definitywny powrót do świata żywych, przypieczętowany nadciągającą płytą - "Skulls Beneath the Cross".

Łukasz Brzozowski: Byliście kiedyś w Chinach?

Menzel: Nie byliśmy i na chwilę obecną nie mamy takich planów, ale zakładam, że to pytanie nawiązuje do naszego wydawcy. Cała historia zaczęła się dosyć prozaicznie - brazylijska wytwórnia Kill Again Records wysłała dużą paczkę z materiałami Li Mengowi, szefowi Awakening Records, wśród których znalazła się także nasza EP-ka z 2018 roku, "Collecting the Trophies". Spodobało mu się to, co robimy, więc do nas napisał. Przedstawiliśmy nasze plany nagraniowe i następnie zostaliśmy poproszeni o wysłanie gotowych miksów nowej płyty. Kilka miesięcy później otrzymał rzeczone miksy i jego pozytywny odzew z nimi związany ostatecznie zadecydował o naszej współpracy.

 

Nie będzie problemu z dystrybucją albumu na Europę?

Paweł Snarski: Nie powiedziałbym. Awakening to sprawdzona marka, mają pozawierane różne umowy z wieloma innymi, często europejskimi distro, więc "Skulls Beneath the Cross" trafi do sporej ilości odbiorców.

Orientujecie się, czy któraś z polskich oficyn wydawniczych weźmie wasz album pod swoje skrzydła?

M: Póki co nie mamy bladego pojęcia. Widzieliśmy, że Awakening nawiązało współpracę z Putrid Cult. Niestety nie wiem, na czym ona będzie dokładnie polegała.

 

Putrid Cult kojarzy mi się z wielką kampanią promocyjną związaną z powrotem zespołu Destroyers i dużymi ilościami wąsatego humoru, który za tym stał. Jakbyście się poczuli, gdyby o popularności waszej premierowej muzyki decydowały przyczyny niekoniecznie związane z muzyką? Ugryzłoby was to?

PS: Uważam, że mogłoby to nas ugryźć, bez dwóch zdań. Z drugiej strony, nieważne co mówią, ważne, żeby nie przekręcali nazwiska. Staramy się trzymać tej zasady, choć nie ukrywam, że znacznie bardziej odpowiadają mi tradycyjne sposoby promocji, które trzymają się z dala od niezamierzonej śmieszności.

 

Niby nieważne co mówią, ale w death metalu chyba lepiej zachować powagę. Próby łączenia muzyki ekstremalnej z humorem rzadko kończą się czymś innym niż zażenowaniem.

M: Prawda, można wyczuć to chociażby na lokalnej scenie.

 

Masz jakieś przykłady w zanadrzu?

PS: Do głowy przychodzą mi składy w typie Black Hosts, które stawiają na maksymalną powagę, ale gdzieś obok czai się Tasak czy Tester Gier oparte w dużej mierze o humor i różne poziomy śmieszności.

Przyznam, że liczyłem na coś z otaczającej nas sceny trójmiejskiej.

PS: Jeśli o Trójmieście mowa, to nie przychodzi mi nic na myśl, ale może dzieje się tak, ponieważ nie ma ono zbyt wiele do zaoferowania w kwestii podziemia [śmiech]. Brzmi brutalnie, ale taka jest prawda.

 

M: Jest jedna taka kapela, która forsuje memy związane ze swoim zespołem. Mnie osobiście to mocno żenuje. Dlatego przechodzę obok tego obojętnie. Tu chodzi jednak o to, żeby o nich dyskutować.

 

Z czego biorą się te braki?

PS: Strzelałbym w dosyć małą liczbę zespołów, co nie ulega wzrostowi z roku na rok. Wszystko stało się jednostajne. Do tego dochodzą różnice charakterów utrudniające wiele w kwestii dogadywania się odnośnie różnych spraw. Ludzie mocno się od siebie różnią, a z tego tytułu wynikają różne tarcia, nieporozumienia - wskutek tych dwóch elementów gaśnie zapał i entuzjazm. Kiedy już dojdzie do jakiegoś konsensusu między takimi kapelami, to z reguły po jednym wspólnym koncercie wszystko idzie w diabły. Ktoś odchodzi, coś się rozpada i trzeba zaczynać od nowa.

 

Przeżyliście coś takiego? Może niekoniecznie pod szyldem Pandemic Outbreak, ale w ogóle jako muzycy.

PS: Nie przeżyliśmy czegoś takiego, ponieważ nie trzymamy się z trójmiejskimi kapelami - wyłączywszy oczywiście parę wyjątków - i mamy swoje grono, w którym zwyczajnie czujemy się znacznie bardziej komfortowo.

 

Co rozumiemy przez swoje grono? To dosyć ogólne pojęcie.

M: Mamy swoją ekipę i staramy trzymać się z boku, jeśli mowa o szeroko pojętych dramach, beefach czy innych sporach, które szargają wieloma zespołami. Ostatnio nawet zauważyłem na Instagramie prowizoryczną mapkę trójmiejskiej sceny, na której było rozpisane właściwie wszystko, a niektóre kapele pojawiły się tam więcej niż raz, przy czym my zostaliśmy na uboczu. Nie szukamy taniego poklasku i pierwszej okazji do kłótni, w gruncie rzeczy jesteśmy dosyć pozytywnie nastawieni.

 

PS: Podchodzimy do wszystkich działań muzycznych po swojemu i nie widzimy sensu w podpinaniu się pod innych.

Pozytywne nastawienie odnosi się do samego tworzenia czy po prostu funkcjonowania jako zespół?

PS: Odnosi się przede wszystkim do funkcjonowania na wspomnianej scenie, przez co próbuję przekazać, że praktycznie nas tam nie ma [śmiech]. Wolimy trzymać się z dala od wielu zespołów i ewentualnych konszachtów z nimi, bo z reguły źle to się kończy.

 

Nie jest tak, że kumplując się z kapelą X czy Y łatwiej w przyszłości o zorganizowanie koncertu i promocję własnej muzyki?

PS: Trochę tak, trochę nie. Z perspektywy zwyczajnego obserwatora faktycznie mogłoby tak być, ale trochę już razem gramy i znamy sytuację od podszewki. Masa pokrewnych nam zespołów z okolic Trójmiasta jest bardzo młoda, więc nie biorą się za organizowanie koncertów i to raczej my pomagamy im niż oni nam.

 

Na "Skulls Beneath the Cross" zauważyłem lekkie odpryski bardziej technicznych form death metalu, ale są one jednorazowe, dawkowane z dużą dyscypliną. Celowo wciskacie ten hamulec?

PS: Nie wciskamy hamulca. Mamy raczej zakodowane, by grać przede wszystkim prosto z serca i balansować na granicy. Jasne, lubimy wrzucać różne smaczki do naszej muzyki, ale najważniejszym jest to, by nie przedobrzyć i jednocześnie nie grać na jedno kopyto. Wszystko z głową.

 

M: Mamy różne inspiracje i nie ukrywam, że pomagają nam w otwieraniu się na różne metody komponowania. Ostatnimi czasy słucham bardzo dużo synthwave'u, z czego wzięło się chociażby intro "Skulls Beneath the Cross". Zrobił je nasz kolega z Pruszcza Gdańskiego, Damian Roszak, którego muzykę znam z Bandcampa i wywarła na mnie tak duże wrażenie, że bez wahania zaproponowałem mu drobną współpracę. Efekt wyszedł jeszcze lepiej niż moglibyśmy przypuszczać.

Piwnica, brud i gruz to nieodzowne elementy death metalu

Ciekawi mnie produkcja albumu, bo z jednej strony wszystko słychać, każdy riff i przejście na talerzach ma swoje miejsce w miksie, ale nie idziecie też w sterylne brzmienie. To świadomy proces?

PS: To bardzo ściśle zaplanowany proces. Piwnica, brud i gruz to nieodzowne elementy death metalu, ale ważnym jest, by płyta nie stała się bezbarwną masą dźwiękową, z której nie da się nic sensownego wyciągnąć.

 

M: W dodatku naszym głównym źródłem inspiracji jest scena metalowa z lat 90., czyli tego okresu, gdzie brzmienie płyt robiło się coraz bliższe temu współczesnemu, ale jednocześnie miało w sobie ten brud i surowiznę. Coś na zasadzie pomostu, etapu przejściowego, gdzie wszystkie elementy są idealnie wyważone, świetnie ze sobą współgrając. Chcemy, by słuchacz, który niekoniecznie musi fascynować się death metalem, mógł znaleźć na "Skulls Beneath the Cross" coś dla siebie i zainteresować się tym materiałem.

 

Chcecie uderzyć w trochę szersze grono odbiorców niż jedynie fani ekstremalnego metalu?

M: Zgadza się. Chcemy, by ta płyta zadowoliła standardowych zjadaczy ekstremy, którzy są osłuchani z taką stylistyką, ale także innych odbiorców.

 

Brzmi to tak, jakbyście dobro słuchacza stawiali ponad własną satysfakcję.

M: Żebyśmy się dobrze zrozumieli - mi się to brzmienie bardzo podoba i nie jest efektem jakiegoś zgniłego kompromisu. Nasz inżynier dźwięku, Maciej Nejman, wykonał kawał dobrej roboty od strony produkcyjnej i w całości uchwycił wizję tego, jak to wszystko powinno wyglądać. Był kimś w rodzaju naszego przewodnika, dzięki czemu wszystko ma ręce i nogi.

Jaka była ostatnia deathmetalowa płyta, która waszym zdaniem pchnęła gatunek do przodu?

PS: Bez wahania mogę postawić na "Hidden History of the Human Race" Blood Incantation - to bardzo innowacyjna rzecz, która mocno namieszała w lekko skostniałym świecie death metalu i dała mu w jakiś sposób odżyć.

 

Od mniej więcej dwóch dekad death metal stoi w miejscu i niewiele wskazuje na to, by miał się gdziekolwiek ruszać. Macie swoją tezę, dlaczego tak jest?

PS: Mam wrażenie, że death metal jest dość odporny na zmiany, a jego nieco ortodoksyjna formuła na pewno tego nie ułatwia. Z drugiej strony, siostrzany black metal jest bardzo rozwinięty - co niekoniecznie musi oznaczać, że dobry - i wciąż przekształca się w nowe, zupełnie nieznane rzeczy.

 

Co jest niedobrego w black metalu?

PS: Nie przepadam za tymi dziwnymi wynaturzeniami typu Gruzja czy Biesy, gdzie operowanie ironią ma większe znaczenie niż sama muzyka. Ot, podejście my jesteśmy fajni, a ci wszyscy metalowcy już nie. To dosyć irytująca i żenująca wręcz postawa.

 

Planujecie zmiany i korekty deathmetalowego kierunku w przyszłości czy raczej wygodnie wam tu, gdzie jesteście obecnie?

PS: Mi jest bardzo wygodnie [śmiech].

 

M: Nie planujemy żadnych zmian, ale my w ogóle nie jesteśmy zespołem, który wie, jak będzie brzmieć za X lat. Bazą wypadową naszych poszukiwań jest death metal, ale nie trzymamy się niczego na siłę i po prostu dajemy wybrzmieć naszym inspiracjom.

 

PS: Tak, jesteśmy zespołem z gatunku "tu i teraz", bez niepotrzebnego stresowania się przyszłością. Znacznie bardziej wolimy teraźniejszość.

 

Death metal jeszcze nie umarł (podcast)

 

Czyli w sytuacji, gdy na przykład zasłuchacie się w rock'n'rollu albo hardcore punku, to nie będziecie się bali o wskoczenie na inny tor?

PS: Aż tak szeroko zakrojonych zmian wolelibyśmy nie dokonywać. Jesteśmy zespołem deathmetalowym, otwartym na inne środki wyrazu, ale jednak death metal to sedno i najważniejszy punkt naszej muzyki. Zmiana stylistyki o sto osiemdziesiąt stopni byłaby bez sensu, bo jeśli mielibyśmy na nią ochotę, założylibyśmy po prostu osobny projekt.

 

Mieliście krótką przerwę w działalności - między rokiem 2019 a 2020 - ale wydanie "Skulls Beneath the Cross" jest chyba świadectwem tego, że Pandemic Outbreak żyje i ma się dobrze?

M: Jak najbardziej. Do wznowienia naszej działalności doszło dosyć naturalnie, w zgodzie z nami samymi, bez jakiegoś naciskania. Spotkałem Szymona Wójcika, naszego perkusistę, na koncercie, zaczęliśmy rozmawiać i wpadliśmy na pomysł, by wrócić do grania. Szkoda byłoby marnować pracę, którą włożyliśmy w ten zespół przez lata. Wróciliśmy do prób we dwóch jakoś na początku 2020 roku. Zaraz potem zablokował nas pierwszy lockdown, więc prace ustały. W domu nagrywałem demówki i dopinałem materiał na płytę. Finalnie do studia weszliśmy w październiku 2020 roku, a ostateczne miksy dostaliśmy kilka miesięcy później i rozpoczęliśmy poszukiwania drugiego gitarzysty oraz basisty. Po krótkiej rozmowie z Pawłem jasne się stało to, że znowu będzie grał w kapeli. W międzyczasie ogłosiliśmy, że szukamy basisty i zgłosił się do nas Michał Kotwicki z Wrocławia. Po pierwszej próbie poczuliśmy wspólną energię. Teraz mamy na koncie nową płytę i dobre rzeczy przed sobą.

fot. Mikołaj Zbrzeźniak


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive