Black Midi: Powinniśmy się cieszyć, że ktoś w ogóle chce słuchać naszej muzyki

Drugi album Black Midi to jedno z najbardziej wyczekiwanych wydawnictw tego roku, a przy okazji także jedno z najbardziej zaskakujących. Więcej o nim, o odejściu od improwizacji, komiksach i japońskiej awangardzie opowiada gitarzysta i wokalista, Geordie Greep.

Jarosław Kowal: W jednym z wywiadów wspomniałeś, że w odróżnieniu od wcześniejszego albumu, ten jest naprawdę dobry. Tym razem zrezygnowaliście także z improwizacji, czy to w takim razie oznacza, że uważasz komponowanie za lepszy sposób na tworzenie czegoś ciekawego i wyjątkowego?

Geordie Greep: Pierwszy album do pewnego stopnia napisaliśmy na bazie konkretnych struktur, nie był w stu procentach improwizowany, choć od improwizacji zaczynaliśmy prace nad każdym z utworów. Tym razem postanowiliśmy jednak dać sobie więcej czasu i ciężko pracować nad dopracowaniem pomysłów, całkowicie zmieniliśmy sposób działania, podeszliśmy do niego ze znacznie większymi ambicjami. To pozwoliło na napisanie bardziej melodyjnej muzyki i jednocześnie bardziej satysfakcjonującej, bo kiedy dochodziliśmy do czegoś naprawdę udanego, mieliśmy pewność, że nie jest to jedynie fart.

A nie masz wrażenia, że improwizacja często bywa postrzegana jako coś szlachetniejszego, nadrzędnego w stosunku do kompozycji?
Rzeczywiście często tak jest, że ze względu na tworzenie w pod wpływem impulsu, w danej chwili, coś może wydawać się automatycznie bardziej nieskazitelne, wydobywane prosto z serca. Prawda jest natomiast taka, że o ile nie jesteś wyjątkowo biegłą osobą w improwizowaniu, wyjdzie ci coś nudnego i wtórnego. Improwizacja ma wbrew pozorom bardzo wiele ograniczeń, trudno nieustannie na niej bazować, jeżeli chcesz tworzyć ciekawe, świeże utwory. Są oczywiście osoby, które potrafią pokonać te ograniczenia, ale trzeba być naprawdę wyjątkowym muzykiem, żeby tego dokonać.

 

Zmiana podejścia do tworzenia muzyki była świadomą decyzją czy stopniowo rozwijaliście się w tym kierunku?
Poniekąd i jedno, i drugie, ale nie wyglądało to tak, że któregoś dnia zebraliśmy się i zarządziliśmy: Odtąd tworzymy muzykę inaczej. Po prostu na jakiś etapie nie wychodziło nam z improwizacji nic wystarczająco dobrego. Graliśmy próbę za próbą i wracaliśmy z niczym albo z jakimś fragmentem, którego nie potrafiliśmy dokończyć. W końcu zacząłem zbierać te zręby pomysłów i siedziałem nad nimi w domu tak długo, aż wreszcie przemieniały się w wartościowe utwory. Kiedy już przeszliśmy na drugą stronę, zrozumieliśmy, że ten sposób sprawdza się znacznie lepiej i jest przy okazji łatwiejszy. Poza tym przez koronawirusa i tak nie mogliśmy spotykać się dostatecznie często, więc takie podejście miało najwięcej sensu.

"Cavalcade" ma do tego stopnia zróżnicowaną dynamikę, że przypomina wręcz narrację filmową, ale czy dla skonstruowania jej i wydobycia całego potencjału albumu równie istotne było ułożenie utworów we właściwej kolejności?
Zdecydowanie tak. Cały pomysł na album wiązał się z tym, żeby płynnie przechodzić od najbardziej szalonych fragmentów do tych najspokojniejszych i z powrotem. Miało to przypominać kolejkę górską, miało mieć określoną dramaturgię i na przemian wywoływać napięcie oraz rozluźnienie. Za każdym razem kiedy pojawia się bardziej intensywny moment, wiesz, że zaraz zrobi się spokojniej i w drugą stronę tak samo. Nie da się ani na chwilę złapać oddechu i przyzwyczaić do sytuacji.

 

Tym razem nagrywaliście bez Matta [Kwasniewskiego-Kelvina] w składzie, jak to wpłynęło na tworzenie nowego materiału?
Historia z Mattem jest dość zawiła i skomplikowana, ale nie jest też sprawą nikogo poza nim samym. Na pewno natomiast korzystanie wyłącznie z jednej gitary, perkusji i basu oznaczało, że czuliśmy więcej przestrzeni w naszej muzyce. Myślę o tym w ten sposób, jakby w kuchni zabrakło jednego z kucharzy - dzięki temu łatwiej było napisać ambitne, bardziej zindywidualizowane kawałki.

 

Często w waszym kontekście pojawiają się porównania do krautrocka i słyszę, skąd pochodzą, ale w moim odczuciu Black Midi ma w sobie coś z japońskiej awangardy pokroju Keijiego Haino i jego zespołu - Fushitsusha, Hijokaidan albo Boredoms. Faktycznie są to dla ciebie źródła inspiracji?
Trafiłeś idealnie, bo japoński noise rock był pierwszą inspiracją dla stworzenia Black Midi, a zwłaszcza Boredoms czy zespoły pokroju Melt-Banana albo Ground Zero prowadzonego przez Otomo Yoshihide, które kieruje się bardziej w stronę jazzu. Cała ta scena była dla nas ogromnie inspirująca, ale nie była to jedyna inspiracja.

Zaskoczyło cię to, że przy tak dalekim od mainstreamu, eksperymentalnym brzmieniu zainteresowało się wami bardzo wiele osób?

To naprawdę niesamowite. Zawsze mnie irytuje, kiedy ktoś narzeka na swoją publikę i opowiada, jakiego rodzaju osoby wolałby widzieć na koncertach. Szczerze mówiąc, powinniśmy się cieszyć, że w ogóle ktoś chce słuchać naszej muzyki i czerpie z niej przyjemność.

 

Może po latach upraszczania muzyki ludzie szukają teraz czegoś trochę bardziej wymagającego?

Ciężko powiedzieć... Myślę, że nowe pokolenia niekoniecznie dziedziczą przemyślenia, odczucia czy doświadczenia wcześniejszych pokoleń i nie patrzą na muzykę z historycznego punktu widzenia. Samą muzykę uważam natomiast za najczystszą formę sztuki. Jeżeli za pięć tysięcy lat życie na tej planecie nadal będzie istnieć, nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że muzyka nadal będzie zajmować ważne miejsce w życiach ludzi. Wszystko inne - czy to będzie film, czy książka - musi mieć jaką fabułę, która wciągnie odbiorcę i sprawi, że będzie mógł czuć z nią bliską więź. Nie twierdzę, że od tego zależy, czy film albo książka będą dobre, ale ten element stanowi magnes. Przy muzyce możesz mieć teksty i treść, ale nawet bez nich potrafi wyzwalać intensywne emocje, dlatego uważam, że jest najbardziej pierwotną ze sztuk, działa w najbardziej bezpośredni sposób. Nie możesz przecież czuć więzi z tercją małą, jest czymś nieuchwytny i stałym. Dlatego ludzie tak bardzo uwielbiają muzykę, a także dlatego, bo jest bardzo przystępna - nie potrzebuje języka, nie potrzebuje interpretacji. Wystarczy usiąść i posłuchać.

Od lat można jednak usłyszeć, że rock lada moment dokona żywota, ale tak naprawdę trudno nie odnieść wrażenia, że wróżby dotyczą pierwotnego, bliskiego bluesowi rocka. Wystarczy spojrzeć na dzisiejszą scenę w Wielkiej Brytanii i zespoły pokroju waszego, Fontaines D.C., Squid albo Black Country, New Road, żeby przekonać się o wysokiej formie współczesnej muzyki rockowej.

Przede wszystkim niezależnie od tego, czy będzie to rock, funk, R'n'B czy muzyka poważna, zawsze będzie istnieć publiczność spragniona oglądania i słuchania muzyki tworzonej przez ludzi z krwi i kości. Bez komputerowej kalkulacji pojawia się dodatkowe napięcie i ryzyko. Sama muzyka będzie się jednak przeobrażać - podobnie jak ta z okresu baroku nie jest tworzona po dziś dzień, tak i każda inna nieustannie rozwija się. Nie można trzymać się kurczowo tego, co było grane pół wieku temu, ale powinniśmy zawsze stawiać w centrum człowieka - podstawowy element wykonywania muzyki na żywo.

 

Może w zakresie finansowania muzyki cofnięcie się do przeszłości byłoby jednak korzystne? Ostatni rok pokazał, że opieranie dochodów muzyków o występy na żywo niesie ogromne ryzyko, które gwarantowany przez wytwórnie dochód mógłby zmniejszyć.

Myślę, że dla każdego zespołu byłoby to korzystniejsze. Każdy nagrywałby lepsze albumy, gdyby mógł spędzić w studiu więcej czasu. Wystarczy za przykład wziąć The Beatles - kiedy tylko kończyli trasy, zaczynali skupiać się na tworzeniu nowych utworów i mogli na to poświęcić nawet kilka miesięcy. Podobnie The Beach Boys czy Pink Floyd - mogli pozwolić sobie na luksus długiej pracy w studiu. To jedyna zaleta całej tej sytuacji związanej z pandemią - mieliśmy rok wolnego czasu, który poświęciliśmy na ciężką pracę i wcale nie trzeba do tego nie wiadomo jak wyposażonego studia albo ogromnego budżetu. Strawiński napisał "Święto wiosny" w maleńkim pokoju, przy użyciu jedynie fortepianu i w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Grunt to znaleźć miejsce, gdzie będzie można uwolnić umysł. Myślę, że najbardziej zdrową sytuacją jest nagrywanie albumu, wydawanie go i od razu rozpoczęcie pracy nad kolejnymi kawałkami, ale większość wytwórni spowalnia ten proces. Po przesłaniu do nich gotowego materiału czasami trzeba czekać pół roku albo nawet rok, zanim zostanie wydany.

Pandemia pozwoliła wielu osobom zwolnić, skupić się na pracy i muzyce, ale czy to się może utrzymać, czy jak tylko się zaszczepimy i wrócą trasy oraz festiwale, wróci także stary model działania?

Pewnie wszystko będzie wyglądać tak jak wcześniej. Chciałbym, żeby stało się inaczej, ale nie wierzę w to. Może w pandemii muzycy byli bardziej aktywni, powstało więcej dopracowanych albumów, ale wytwórnie wydają je z jeszcze większymi opóźnieniami, bo czekają aż będzie można promować nowe wydawnictwa na koncertach.

 

Przy tak dużym zróżnicowaniu instrumentów i wysokim stopniu złożoności odegranie "Cavalcade" na żywo w takiej formie, w jakiej zostało nagrane jest możliwe? I czy w ogóle chcecie grać ten materiał bez żadnych zmian?

O to właśnie chodzi - nie da się zagrać tego albumu na koncertach i to jest jego najciekawszym elementem. Już przy "Schlagenheim" chcieliśmy wyraźnie rozdzielić występ na żywo od nagrywania w studiu. Często jest tak, że czekasz na czyjś koncert, wydajesz kupę kasy na bilet, a później doświadczasz czegoś podobnego do słuchania płyty w domu. Nie cierpię tego, uważam, że to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Po co w ogóle grać koncerty, jeśli cały czas chce się powtarzać to samo? Nagrywanie "Cavalcade" okazało się jednak innym doświadczeniem. Przed wejściem do studia odgrywaliśmy te utwory na scenie tak wiele razy, że wyłuskaliśmy z nich najlepsze wersje i trudno byłoby na siłę je przekształcać. Co nie znaczy, że nie zrobimy tego w przyszłości. Przyszłe koncerty i dalsze przemiany będą największym wyzwaniem. Nie mogę się tego doczekać.

Do ekskluzywnego wydania "Cavalcade" dodajecie komiks - w internecie można znaleźć pojedyncze kadry autorstwa Anthrox Studio, ale nic poza tym. To będzie kilka krótkich historii czy jedna dłuższa? Łączy się w jakiś sposób z tekstami?
Komiks nie ma nic wspólnego z tekstami i właściwie w ogóle nie ma żadnej zwartej fabuły. Przypomina raczej sześć krótkich historyjek. Kiedy byłem dzieckiem, uwielbiałem "Przygody Tintina" i stąd wziął się pomysł na nasz komiks - tempo miało być zawrotne. Na przykład ktoś leci samolotem, rozbija się na powierzchni oceanu, zostaje uratowany przez piratów, ale później gubi się gdzieś na pustyni - wszystko na zaledwie kilku stronach.

Nadal czytasz komiksy?
Właściwie nie. Lubiłem tylko niektóre tytuły, nigdy nie wciągnąłem się głębiej w czytanie komiksów. Pewnie dlatego, że nigdy nie przepadałem za superbohaterami. Moje ulubione komiksy to raczej te przygodowe, jak chociażby Tintin. Batman, Spider-Man i cała reszta nie trafiali do mnie.

 

Podczas pandemii wiele osób odkrywa, że tak naprawdę wolą siedzieć w domach. Jak to działa u ciebie? Tęsknisz za trasami koncertowymi czy cieszysz się wolnym czasem?
Właściwie to zawsze wolałem pracę w studiu i tego rodzaju działania związane z muzyką od występów na żywo. Muszę przyznać, że ostatni rok był dla mnie bardzo dobry. Dobrze się czułem w domu, dobrze się czułem z tym nowym sposobem tworzenia muzyki. Gdybyśmy nadal trzymali się improwizowania, na pewno nie mielibyśmy jeszcze wystarczająco dużo materiału na nagranie albumu.

 

Premierę albumu "Cavalcade" zaplanowano na 28 maja (Rough Trade/Sonic Records).


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive