Jad: Bałem się, że wyjdzie nam coś na poziomie Kazik Na Żywo

Występy-instant to jedna z wielu - obok prostej muzyki i konkretnych tekstów w języku polskim - części składowych Jadu, które momentalnie pozwoliły warszawiakom (i gdynianinowi) zbudować silną pozycję zarówno na scenie punkowej, jak i metalowej.

Jak na początek działalności zespołu, długość jego koncertów i kolejny rok bez awansu do Ekstraklasy dla umiłowanej drużyny zapatruje się wokalista, Krzysztof Paciorek? Zapraszam do lektury.

 

Wojciech Michalak: Jad błyskawicznie zdobył popularność, szybko zaczęły wpadać wam oferty koncertowe i o ile dla mnie przyczyny tego są jasne, o tyle jestem ciekaw, jak ty je widzisz.

Krzysztof Paciorek: Sami byliśmy zaskoczeni przyjęciem pierwszej demówki parę lat temu. Zespół powstał tak, że chłopaki się skrzyknęli, a ja dołączyłem na zasadzie "podjadę, nagram wokale i zobaczymy, czy to zaskoczy". Myślę, że elementem, który odegrał istotą rolę są teksty w języku polskim. Zawsze chciałem w nim pisać, kilka ostatnich utworów Calm the Fire też było po polsku. Zresztą myślę, że były to teksty w dość podobnej stylistyce. Jednocześnie bałem się, że wyjdzie z tego coś na poziomie Kazik Na Żywo czy innego strasznego rocka spod znaku Juwenaliów. Ludziom się to spodobało, nas też to zaskoczyło. Wydaliśmy kasetę, siódemkę, zespół zaczął funkcjonować.

Zagraliśmy parę koncertów, potem trasa z Government Flu  po Europie... Jasne, połowa naszego zespołu to Government Flu, ale i tak fajnie było się dokleić. Staraliśmy się co roku nagrywać jedną rzecz. Kaseta promo, w 2019 longplay "Strach", który został dobrze odebrany. Na fali tego udało się zagrać kilka gigów - nie jakoś dużo, ale moim zdaniem były to koncerty wartościowe. Każdy nas zadowalał na każdej płaszczyźnie, nie było to granie dla samego grania. Nie jesteśmy najmłodsi, więc trochę inaczej planuje się takie rzeczy, żeby nie tracić czasu, którego mam coraz mniej. Mieliśmy szczęście, że zespół trafił nie tylko do ludzi ze sceny, ale także zainteresował osoby, które nie słuchają punk rocka. Dzięki temu dostawaliśmy zaproszenia na fajne koncerty. Nigdy nie chcieliśmy się zamykać na jedno środowisko i jeżeli nie czujemy wewnętrznego przypału czy dyskomfortu w związku z daną imprezą, to jedziemy.

Czyli chciałeś uniknąć zjawiska typu Juwenalia, a jednocześnie wszyscy wiemy, w jakiej kondycji jest Jarocin, na którym niebawem gracie.

Tak, jak najbardziej. Jak patrzysz na skład, to wiadomo, że masz wyszydzane zespoły typu Nocny Kochanek, ale też na tym polegają festiwale. Musi być mydło i powidło - bilety trzeba sprzedać. Jest kilka fajnych kapel - Dezerter, Armia. No i jak po dwóch latach posuchy dostajesz zaproszenie na taki festiwal, to po prostu chcesz jechać. Zwłaszcza, że organizatorom też zależało na nas. To bardzo przyjemne, kiedy nie zapraszają cię ze schematu, a autentycznie chcą, żebyś zagrał. Nie mamy żadnego wewnętrznego cringe'u w związku z tą imprezą. Ogłoszenie też zostało dobrze przyjęte w internecie. Niezależnie jakby ten festiwal się nie zmienił i jak nie odszedł od swojej pierwotnej formy, to ta nazwa zawsze działa trochę na wyobraźnie. Dobrze, będzie nowa przygoda. Lubimy grać w nowych miejscach.

 

Jad zawsze postrzegałem jako zespół "wybitnie polski". Przy milionie waszych projektów, ten i tekstowo, i muzycznie jest najbardziej osadzony w rzeczach typu Armia albo Siekiera. Czy z założenia miał być to hołd dla rodzimej sceny, czy wyszło tak w praniu?

Kiedy Marcin [Kucharski] odezwał się do mnie i napisał: Z kawałków wychodzi mi stara Siekiera skrzyżowana z Hoax, wiedziałem, że chcę to zrobić. Super się to zgrało w czasie, bo ja zawsze chciałem tak grać. Raz dwa napisałem teksty i od razu chciałem śpiewać po polsku. Angielski nie pasuje do tej formy i chciałem zmierzyć się z czymś nowym. Wszyscy wychowaliśmy się na Siekierze, Armii czy starych dokonaniach Abaddona. Siermiężny hardcore zza oceanu też nam zawsze leżał. Nasze gusta są zbieżne.

Dlaczego Jad zmienił logówkę?

Michał Ałaj, który był odpowiedzialny za nasze grafiki, podesłał w 2018 roku - przed koncertem na Soundrive - wzór, w którym zobrazował sobie utwór "Czas". Na EP-ce "Wstręt" postanowiliśmy coś odświeżyć i użyć tego bardziej zadziornego loga. Pasowało też do konwencji i nowych wzorów. Używamy tych logówek na przemian, więc nie był to żaden rebranding pod nowy target [śmiech].

 

Jesteście znani z bardzo krótkich gigów. Na który numer byś postawił, gdybyście mieli zagrać jednoutworowy set?

Mam typ na trzy-piosenkowy set. Numery, które uważam za najbardziej hitowe i bardzo lubię je grać. Są to "Strach", "Czas" i "Pętla". Bardzo lubię też "Drogę". Niegranie długich koncertów było jednym z naszych głównych założeń, dla mnie wytrzymanie trzydziestu minut to maks. Chyba, że grałoby The National lub Interpol. Stanie godzinę i słuchanie hałasu męczy. Teraz zagramy na festiwalach i musimy pewnie set trochę wydłużyć. Dotychczasowy rekord to koncert w Pogłosie, gdzie razem z przerwami zagraliśmy osiemnaście minut i nie ukrywam, odczuliśmy to. To było dużo.

 

Robiłem wywiad do Chaosu w Mojej Głowie z Igorem z The Dog, który podał Jad jako przykład punkowej kapeli odnajdującej się w metalowym środowisku. Zgodzisz się z tym stwierdzeniem?

Miło mi to słyszeć, Igora od zawsze lubię i szanuję. Byłem zdziwiony, że scena metalowa nas zarejestrowała. Wiadomo, z jakich jesteśmy kapel, wiadomo, w jakim środowisku się obracaliśmy. Poza jakimiś towarzyskimi kontaktami, nie mieliśmy większego związku z metalem. To było przyjemne, że kolejna scena posłuchała nas i daje nam szansę. Dzięki temu możemy zagrać z Katem czy z Vaderem. Fajnie, to jest miłe. Zakładając Jad, nie chcieliśmy powielać tego, co robiliśmy w innych naszych zespołach i na tym polega przyjemność z grania w tej kapeli - wszystko dzieje się samo, nic nie planujemy, nie mamy żadnej strategii.

Nie brakuje ci Calm the Fire?

Ostatnio miałem taki wieczór, że posłuchałem parę rzeczy i ciut mi tego brakowało. Przede wszystkim dobrze wspominam czas z chłopakami. To był specyficzny band - nie byliśmy super zespołem, nie słuchało nas dużo ludzi, ale w latach 2006-2010 graliśmy sporo i dużo przygód razem przeżyliśmy. Tego mi brakuje. Klimatu, wyjazdów. Ten zespół był trudny, ale udany towarzysko. To zespół zmarnowanych szans, ofert, które nie wypalały. Zespół, który istniał bardzo długo, bo z tych, czy innych przyczyn mieliśmy ciągle przerwy. Z piętnastu lat istnienia można tak naprawdę wycisnąć z cztery, kiedy graliśmy na serio. Szkoda, że nie było koncertów pożegnalnych, ale trudno. Tego najbardziej żałuję.

 

Współdzielimy największy ciężar w życiu, czyli wspieranie drużyn piłkarskich, które absolutnie sobie nie radzą. Jak to u ciebie jest z Arką Gdynia? Skąd aż taka miłość?

Jestem z Gdyni, tu zawsze kibicowało się Arce. Pochodzę z Kamiennej Góry, zawsze byliśmy za Arką. Kiedyś poszedłem na mecz ze Stoczniowcem Gdańsk i tak zostało. Przez wiele lat nie opuściłem żadnego meczu w Gdyni, wkręciłem się tak, że mój wewnętrzny kalendarz w głowie kręci się wokół meczów. Jak ktoś mnie pyta o jakieś wydarzenia sprzed lat, to układam sobie to sezonami piłkarskimi. Później dostałem pracę w Arce, zawsze byłem blisko klubu i to bardzo duża część mojego życia. Nie wiem, co bym w nim zmienił - odkąd nie mam bliższego kontaktu z wnętrzem klubu, bardziej cieszy mnie kibicowanie. Przez fiksację na nieudaczną piłkę polskiej ligi, przestałem śledzić ligi zagraniczne, więc nie wiem, kogo dobrze byłoby tutaj ściągnąć. Zamiast jednego zawodnika, wolałbym ściągnąć kilku perspektywicznych albo budować drużynę z głową.

Doskonale znasz tematykę tras, koncertów, bookowania i tak dalej. Jak to będzie wyglądać teraz, po pandemii?

Nie mam pojęcia. Myślałem dziś o tym, że tęsknię za jeżdżeniem w trasy, ale po tej przerwie trudno wyobrazić sobie powrót. Nowe przepisy, restrykcje... Nie wiem, jak będzie wyglądać ilość i częstość tras, ale oczywiście chciałbym, żeby to wróciło w takiej samej formie, co przed pandemią. Ostatnie półtora roku wymazało mi sporo z głowy, nadal jestem w szoku, jak wiele osób żyjących z tras straciło to wszystko. Rynek pracy zweryfikował nas, ten czas był ciężki dla wszystkich. Radek [Sternicki], nasz perkusista, jest współwłaścicielem Pogłosu i jest tam ciężko. Lipek [Łukasz Lipski], nasz basista, prowadzi lokal vegan bistro i też funkcjonowali w ciężkich warunkach. Marcin pracuje w branży filmowej i też to odczuli. Ja dostałem pierwsze oferty na trasy na 2022 roku, ale ciężko wyobrazić sobie powrót do tego trybu życia po dwóch latach, zwłaszcza, że w tym wieku już się to czuje. Festiwale też ciągle stoją pod znakiem zapytania. Koncerty to ogromny, mocny przemysł zatrudniający setki osób - dźwiękowcy, kierowcy, agencje koncertowe i tak dalej. Cała ta strefa zaliczyła potężny przysiad. Jak to się odrodzi? Myślę, że nikt nie zna odpowiedzi.

 

Moim pierwszym tekstem na Soundrive była relacja z koncertu Jadu. Chciałbym się do niego odnieść i poznać odpowiedź na nurtujące mnie przez lata pytanie - czy Jurand w końcu schował ten telefon?

Jurand już nie ma telefonu! To stało się wewnętrznym żartem w Trójmieście. Ja mało co pamiętam z koncertów, ale Juruś akurat pojawił się w moim kadrze gdzieś z aparatem, a ja od razu muszę powiedzieć, co mi przyjdzie do głowy. No i chciałem też trochę kolegę zawstydzić. A widzisz, jak wyszło, został wyróżniony, doceniony i pokochany. Ja z kolei przez niego znienawidzony.

 

Jad wystąpi na Soundrive Festival 2021, który odbędzie się w dniach 10-15 sierpnia. Więcej informacji TUTAJ.

fot. Mike Champagne


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive