Holly Humberstone: Nie wiem, jak funkcjonowali muzycy przed pandemią

Na pandemię nikt nie mógł się przygotować, ale każdy musiał odnaleźć sposób na przetrwanie. Niektórzy spożytkowali ten czas na wytężoną pracę nad nowymi albumami albo na wzmożoną aktywność w sieci, inni po prostu załamali ręce, ale są także takie osoby, których cała dotychczasowa kariera objęta jest lockdownami i izolacją od wciąż rosnącego grona fanów i fanek. Holly Humberstone jest kimś takim.

Pierwszy singiel brytyjskiej artystki ("Deep End") ukazał się 30 stycznia 2020 roku, wszystkie kolejne już po "zatrzymaniu czasu", ale zainteresowanie jej twórczością bynajmniej nie rozmyło się w gąszczu dziesiątek występów online, niezliczonych wydawnictw promowanych w ramach Bandcamp Friday albo szeregu transmisji na Twitchu. Humberstone właśnie kończy prace nad drugą EP-kę (gościnnie pojawi się na niej między innymi Matty Healy z The 1975) i trudno nie odnieść wrażenia, że jest doskonałym materiałem na "następną wielką rzecz".

 

Jarosław Kowal: Dosłownie kilka godzin temu ukazał się twój najnowszy singiel - "The Walls Are Way Too Thin". Wspominałaś, że jest to utwór odzwierciedlający twoje odczucia związane z przeprowadzką do Londynu i sądząc po jego atmosferze, nie były to odczucia przyjemne.
Holly Humberstone: To prawda. Po raz pierwszy wyprowadziłam się od rodziny, z którą zawsze byłam mocno zżyta. Wychowywałam się z trzema siostrami na wsi, ale nagle, dość spontanicznie postanowiłam się przenieść. Znalazłam odpowiednie miejsce w internecie i uznałam: Jutro się wyprowadzam. Nie oglądałam się za siebie, z nikim na ten temat nie rozmawiałam, po prostu wskoczyłam do pociągu i wyjechałam. Na miejscu okazało się, że to dość szokująca zmiana, kiedy przenosisz się z wiejskich okolic Lincolnshire do południowego Londynu. To był bardzo chaotyczny czas w moim życiu, co przełożyło się na wzmożony introwertyzm i nieustanne siedzenie w zamknięciu w nowym pokoju. Myślę, że teraz wiele osób czuje coś podobnego w trakcie lockdownów, kiedy dosłownie nie mogą wyjść z własnych domostw, a czasami nawet dzielą je z innymi lokatorami, których tak naprawdę wcale nie znają. W tym nowym życiu nie było niczego, co mogłabym znać ze wcześniejszego, czego mogłabym się chwycić, żeby poczuć się lepiej. Poniekąd miałam wrażenie, że tracę poczucie tego, kim naprawdę jestem. To był trudny czas, ale pisanie pomagało mi przez niego przejść. "The Walls Are Way Too Thin" pomogło przetworzyć te wszystkie emocje.

Poprzedni singiel - "Haunted House" - dotyczył z kolei twojego domu rodzinnego, który zaczął popadać w ruinę i przeprowadzka okazała się koniecznością. W pewnym sensie te dwa utwory łączą się ze sobą.
Całą EP-kę napisałam w podobnym okresie, wszystko w moim życiu bardzo się wówczas zmieniało. To było mniej więcej rok temu i ciągnęło się przez całe lato. Powiedziano nam, że musimy opuścić rodzinny dom, który zawsze był dla nas czymś wyjątkowym, traktowaliśmy go jak święte miejsce i dlatego chciałam poświęcić mu jedną z piosenek. W tej chwili jest stopniowo rozbierany, co wygląda bardzo przygnębiająco. W dodatku w ostatnich miesiącach, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w nim, jedna z osób z naszej rodziny, z którą byłam bardzo blisko związana, powoli odchodziła i spędziła tam ostatnie tygodnie swojego życia. Miałam wrażenie, że wiele ważnych elementów mojego dzieciństwa umarło, a "Haunted House" to wyraz tego, że nie chcę odchodzić z tego miejsca i nie chcę, żeby te cenne chwile znikały... Tak naprawdę jest to piosenka o tym, że nie chcę dorastać, ale zmiany były nieuniknione.

 

"Deep End" to z kolei utwór poświęcony podejmowaniu prób wspierania jednej z twoich sióstr, która borykała się z ponurym momentem w jej życiu - mamy więc utwór o rodzinnym domu i tęsknocie za nim, a także utwór o członku rodziny... Wygląda na to, że rodzina stanowi dla ciebie istotne źródło inspiracji.

Tak, rodzina jest dla mnie bardzo ważna i często piszę o osobach, które są mi najbliższe. Kiedy jestem z rodziną czy przyjaciółmi, inspiracje same do mnie przychodzą, mam wtedy wiele pomysłów na teksty czy muzykę. "Deep End" faktycznie dotyczy mojej siostry, ale na pewno każdy ma w otoczeniu kogoś, kto akurat zmaga się z problemami, a świadomość tego, jak trudno takiej osobie pomóc bywa frustrująca. Poprzez "Deep End" chciałam pokazać siostrze, że może nie rozumiem, przez co przechodzi, ale zawsze może na mnie liczyć. Zależało mi na tym, żeby usłyszała ten utwór, ale z drugiej strony pisanie pomaga mi samej zrozumieć wiele skomplikowanych emocji, jakich doświadczam. Dostałam też bardzo wiele wspaniałych wiadomości związanych z tym utworem - to niesamowite, że inne osoby również znalazły w nim ukojenie.

Domyślam się, że jesteś w dość dziwnej sytuacji - wydałaś już pierwszą EP-kę i kilka singli, ale tylko jeden z nich ukazał się przed pandemią, więc tak naprawdę całą twoja kariera rozpoczęła się i rozkwitła w czasie, kiedy nie można było nawet występować na scenie. To dziwne uczucie, gdy widzisz rosnące liczby w odtworzeniach czy polubieniach, ale nie masz realnego kontaktu z ludźmi?

To naprawdę bardzo dziwna sytuacja. Faktycznie zaczęłam publikować muzykę dosłownie tuż przed pandemią i nie zagrałam jeszcze żadnego większego koncertu. Nie wiem nawet, jak to jest być "normalną" artystką, nie znam żadnego innego sposobu funkcjonowania w tej branży. Jak się tak zastanowię, to właściwie nie mam nawet namacalnych dowodów na to, że rzeczywiście słuchają mnie ludzie z krwi i kości. Nikt nigdy nie śpiewał na koncercie moich tekstów, nie skandował mojego imienia - to coś, na co bardzo czekam. W tej chwili media społecznościowe są jedynym sposobem na komunikowanie się w sprawach związanych z muzyką... A właściwie we wszystkich sprawach. Do pewnego stopnia jest to dobrym rozwiązaniem, ale media społecznościowe stają się coraz bardziej toksyczne, zwłaszcza w dobie pandemii.

 

Widziałem na YouTubie kilka filmików z twoich koncertów i wygląda na to, że zawsze występujesz sama. Podobają mi się te surowe, minimalistyczne wersje twoich utworów, ale czy teraz, kiedy jesteś już bardziej rozpoznawalną osobą, zamierzasz z tego zrezygnować i zaangażować zespół?

Chciałabym pozostać przy występach solowych. Sama kiedy chodzę na koncerty, lubię słyszeć każdy utwór bardzo wyraźnie, a często nacisk na jak najlepszą produkcję czy dodawanie kolejnych osób do zespołu tworzą zakrzywiony obraz i nie mają aż tak dużej siły oddziaływania. Przed pandemią udało mi się kilka razy wystąpić na scenie i szybko zrozumiałam, że granie solo z najskromniejszymi wersjami moich utworów to najlepszy sposób na zweryfikowanie, jaką wartość ma to, co napisałam. Kiedy ludzie entuzjastycznie reagują na kawałek opierający się wyłącznie na gitarze albo keyboardzie i głosie, to znak, że udało się napisać coś dobrego.

Na pewno atmosfera podczas takich występów jest wyjątkowa, ale czy nie jest to jednocześnie przerażające, kiedy odśpiewujesz tak osobiste teksty, a wszystkie oczy skierowane są na ciebie?
Jest przerażające i na pewno trochę potrwa, zanim stworzę sobie zaplecze pozwalające na większą pewność siebie, ale to pomaga i chcę w ten sposób występować właśnie dlatego, bo tak bardzo osobiste są te teksty. W ten sposób można nawiązać trwalszą więź z publicznością, koncert w takiej formie są dla mnie bardzo ważne.

 

Muzyka często bywa segregowana ze względu na dekady - lata 80. miały swoje brzmienie, lata 90. miały swoje i chociaż to duże uogólnienie, początek tej dekady upływa pod znakiem osobistych, pełnych emocji tekstów oraz dość ponurej, ale chwytliwej muzyki. To najlepszy sposób na odwzorowanie aktualnej sytuacji na świecie?
Myślę, że tak i moim zdaniem ma to wyłącznie korzystny wymiar, kiedy artyści odsłaniają siebie w swojej twórczości, kiedy piszą bardzo szczere, bezpośrednie piosenki. Zwłaszcza po ostatnim, trudnym roku dobrze jest usłyszeć coś, z czym można się identyfikować. To pozwala poczuć, że doskonale zna się emocje towarzyszące autorowi, a on czy ona doskonale zna emocje, z jakim ja się borykam. Dzięki tak dużej szczerości, nawet w izolacji nie jest aż tak bardzo samotnie. Nie można jednak wychodzić z założenia, że napisze się emocjonalną piosenkę pod kogoś. Zazwyczaj piszę z myślę o swoich odczuciach i o przetwarzaniu ich, a kiedy sama przed sobą nie tworzę tajemnic, inni także odbierają to jako coś bliskiego. Dobrze jest przecież posłuchać, gdy ktoś inny opowiada o sytuacji, w jakiej samemu się znalazło. Wiesz wtedy, że nie jesteś w tym samotna.

Spoglądasz w przyszłość z optymizmem czy pesymizmem?
Myślę, że trzeba mieć optymistyczne nastawienie. Przez ostatni rok na pewno nie było lekko, ale trzeba dalej szukać tego, co przynosi szczęście. Jestem pozytywnie nastawiona, mam nadzieję, że zagram kilka koncertów w Europie w niedługim czasie i wydam trochę nowej muzyki. Bardzo bym chciała, żeby za jakieś pięć lat to była moja jedyna praca.

 

Co w takim razie planujesz w najbliższej przyszłości? Wiem, że niedługo ukaże się druga EP-ka i że nad jednym z utworów pracowałaś z Mattym Healym z The 1975.

W ostatnich kilku miesiącach miałam bardzo dobry okres na komponowanie, chociażby dlatego, że nie było presji na zajmowanie się czymkolwiek innym i miałam sporo czasu na zajmowanie się muzyką. Jestem bardzo dumna z tego, co napisałam, traktuję ten materiał trochę jak kapsułę czasu ze wspomnieniami z kilku ostatnich lat. Nie mogę się doczekać wydania tej EP-ki, pracowałam nad nią z kilkoma ważnymi dla mnie osobami - chociażby z Mattym, który prawdopodobnie byłby zajęty trasą koncertową, gdyby nie covid i nie byłoby szans na nawiązanie tej współpracy. Można więc też znaleźć jakieś plusy obecnej sytuacji.

fot. mat. pras. (1), Jordan Curtis-Hughes (2-4)


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive