5 płyt: Olga Stolarek (Heima)

Wybranie tylko pięciu albumów było ekstremalnie trudne. Musiałam pominąć wielu bardzo ważnych dla mnie wykonawców. Jakoś tak wyszło, że to sami Polacy.

Ted Nemeth - "Ostatni krzyk mody"

Pół godziny siedziałam nad dwoma albumami Ted Nemeth i zastanawiałam się, który wybrać. Ostatecznie uznałam, że ten pierwszy odrobinę bardziej zasługuje na pojawienie się w tym zestawieniu. Głównie z samego powodu bycia pierwszym.

 

Jesienią 2015 roku znalazłam gdzieś w sieci pierwszy utwór chłopaków. Był to bodajże "Richard Bundy". No totalnie przepadłam. Od razu zaczęłam szukać, czy nie grają gdzieś niedaleko koncertu i dopiero wtedy ogarnęłam, że też są z Łodzi. Trafiłam akurat na pierwszy koncert promujący ich debiutancki album - stałam jak wryta. Strasznie imponowało mi to, że istnieje w moim mieście tak świetny zespół. Kupiłam płytę, potem kolejną. Byłam na trzynastu koncertach w różnych miastach. Przez pierwsze dwa lata odkąd mam auto ta płyta nie wychodziła z mojego odtwarzacza. Teraz już znamy się osobiście, graliśmy nawet swego czasu support przed Tedami. Z tego miejsca bardzo dziękuję chłopakom, bo to ich muzyka zaszczepiła we mnie chęć założenia zespołu i bycia tak fajnym jak oni. Gdyby nie to muzyczne odkrycie, Heima może by nie powstała, a może stałoby się to o wiele później i w innej formie.

Lao Che - "Prąd stały/Prąd zmienny"

Z Lao Che miałam równie wielki problem. Posiadam wszystkie płyty tego zespołu w swojej kolekcji, ale chyba z "Prądem stałym/Prądem zmiennym" mam najlepsze wspomnienia i najczęściej gości w moich słuchawkach. Zawsze kiedy jeździłam z rodziną na zimowe wyjazdy, słuchaliśmy tego albumu w aucie. Ja i moi średnio umiejący śpiewać rodzice [śmiech] znaliśmy wszystkie teksty na pamięć i śpiewaliśmy je przez całą drogę.

 

Spięty ma fenomenalny głos, a w połączeniu z jego bardzo inteligentnymi tekstami daje to mieszankę idealną. Tak, tu wychodzi na wierzch, że zdecydowanie w utworach najważniejszy jest dla mnie przekaz tekstowy i barwa głosu wykonawcy. Na koncertach Lao Che zawsze miałam ogromne ciarki. Szkoda, że już nie istnieją, ale liczę na to, że koncerty solowe Spiętego będą równie dobre.

Lenny Valentino - "Uwaga! Jedzie tramwaj"

No co tu więcej mówić, Artur Rojek to moja niezaprzeczalna miłość. Początkowo przeglądałam płyty Myslovitz, ale wpadł mi w ręce Lenny Valentino. To jest totalnie piękny album jako całość. Wszystkie teksty Artura bardzo mnie wzruszają, ale te robią to jeszcze bardziej niż inne. Od małego brzdąca dorastałam przy jego muzyce. Może dlatego teraz tak bardzo cenię sobie melancholię i sama pisze teksty niezbyt wesołe.

 

Cała jego twórczość bardzo wpłynęła na moje życie i na to, kim teraz jestem. Niewielu jest takich artystów, których czuję, że w stu procentach rozumiem, a w tym wypadku tak właśnie jest. Co mnie strasznie smuci, jest to jedyny artysta, którego naprawdę z całego serca uwielbiam, a nie byłam ani razu na jego koncercie. Oby się to zmieniło w najbliższym czasie. Powinny być ku temu okazję. Bonusowo powiem, że moim ulubionym albumem z czasów, kiedy był jeszcze w Myslovitz jest "Korova Milky Bar".

Zabrocki - "1+1=0"

Muzykę Zabrockiego poznałam przypadkiem, na jego koncercie na Olsztyn Green Festiwal. Pierwszy raz wtedy słyszałam o tym artyście, a po chwili okazało się, że to ostatni koncert, który ma zagrać. Z tego, co wiem nie był to występ w pełnym składzie, a mimo to był niesamowity i pełen emocji. Od razu po występie poszłam kupić płytę.

 

Od tamtego czasu jest drugą najczęściej słuchaną przeze mnie płytą w trakcie podróży autem. Może nie jest to najlepsze miejsce do kontemplowania tego albumy, ale ja tak lubię. To kolejny krążek, który jest piękną kompozycją jako całokształt. Nie należy go słuchać fragmentami, najlepiej w całości... kilka razy z rzędu. Dopiero po czasie dowiedziałam się, że został wyprodukowany przez Pawła Cieślaka, który realizuje również wszystkie nasze nagrania.

Bass Astral x Igo - "Orell"

To jedyna płyta w tym zestawieniu z anglojęzycznymi tekstami. W tym wypadku nie są one jednak najważniejsze. Kiedyś wujek zabrał mnie na ich koncert, jeszcze jak nie byli aż tak znani. Kilka dni przed tym sama ich znalazłam. No podobało mi się, ale nie była to moja topka. Ale koncert to było coś. To było moje pierwsze koncertowe zetknięcie z elektroniczną muzyką. Od tamtego momentu bardzo często wracam do tej płyty, gdy chcę się trochę bardziej wyluzować. Bo nie ukrywam, zwykle słucham melancholijnej muzyki, która nie napawa mnie dobrym nastrojem, ale ten album to zawsze jakaś odskocznia. Wracam na koncerty chłopaków, jak tylko jest okazja i zawsze daje mi ogromnego kopa energii.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive